Panie Arturze, jest Pan zapalonym kibicem sportu. Jest jakaś dyscyplina, której Pan nie lubi?
Jest. Nie wiem wprawdzie czy do końca jest to sport, ale nie lubię walk MMA. W ogóle nie lubię jak ludzie robią sobie krzywdę, nawet jeśli robią to za pieniądze, bo one głównie o tym decydują. Żenują mnie takie walki celebrytów. Wiem, że część ludzi lubi to oglądać, ale mnie to żenuje. Nie przepadam również za boksem. Jeszcze ten w maskach to jako tako. Szczególnie, kiedy walczą Polacy to kibicuję. Wolę sporty, które opierają się na umiejętnościach, a nie na robieniu komuś krzywdy.
Jeśli „wrzuci” się w internecie hasło: „Artur Barciś i sport”, to pierwsza informacja wyskakuje o Rakowie Częstochowa, któremu Pan kibicuje. Skąd sympatia do tego klubu?
Bo jestem Częstochowianinem. Urodziłem się w Kokawie pod Częstochową. Sama z siebie jest ona moją małą ojczyzną. Stąd kibicowanie Rakowowi. Na swój sposób to niesamowite, że drużyna z tak niedużego, ale sławnego miasta została mistrzem Polski. Nie ukrywam, że bardzo się z tego cieszę.

Częstochowa to również żużel, o którym piszemy. Sport żużlowy zajmuje jakieś miejsce w hierarchii dyscyplin, które lubi Pan oglądać?
Zajmuje, bo – jak wiadomo – jest Włókniarz Częstochowa. Od dziecka ten żużel był obecny w mojej rodzinie. Mój, już nieżyjący niestety, starszy brat chodził na żużel. Młodszy również. Żużel, można powiedzieć, był, jest i pewnie będzie w „krwioobiegu” wielu Częstochowian. Ja, powiem szczerze, za nim nie przepadałem. Wolałam te sporty, które z ówczesnego, młodego punktu widzenia nie pachniały tak niefajnie. Błoto, smród spalin. Wiem, że niektórzy to bardzo lubią, ale ja jakoś nie za bardzo. Choć przyznam, że czasem w telewizji oglądam. Jeśli Pan mnie zapyta czy byłem na meczu…
To miało być następne pytanie.
Obawiam się, że odpowiedź nie spodoba się czytelnikom. Ja jednak nie zakochałem się w żużlu. Kiedy reżyserowałem przedstawienie „Świecie nasz” Marka Grechuty w Gorzowie Wielkopolskim, to „zaciągnięto” mnie na mecz. Powiem, że fantastycznych wspomnień nie miałem. Jednym z powodów był fakt, iż było to w okresie pandemicznym, ale główną przyczyną, nazwijmy to, niezakochania się jest fakt, że ja bardzo lubię sporty, w których cały czas coś się dzieje. Dlatego uwielbiam siatkówkę, piłkę nożną, czy ręczną. Cały czas w tych sportach jest akcja. Żużel jest takim sportem, w którym – uwaga – mamy 15 biegów trwających około minuty, a mecz trwa około 2 godzin, czyli 1 godzinę i 45 minut nic się nie dzieje. Siedzi się i czeka, aby coś zaczęło się dziać. Dlatego ten sport mnie nie uwiódł, co jednak nie znaczy, że nie rozumiem jego kibiców. Mecz żużlowy to nie tylko sport, ale swego rodzaju spotkanie towarzyskie, gdzie spotykają się przyjaciele i wspólnie oglądają, rozmawiają. Rozumiem również lokalny patriotyzm. Mam przyjaciół w Toruniu, którzy kibicują Apatorowi i ja ich emocje rozumiem, bo kibicuję na tej zasadzie Rakowowi Częstochowa. To jest moja mała ojczyzna.
Żużel. Kto ma najlepszych juniorów w PGE Ekstralidze? Oto ranking! – PoBandzie – Portal Sportowy
Bartosz Zmarzlik pewnie jednak coś Panu mówi.
Ależ oczywiście! Nie sposób tego nie wiedzieć, jeśli interesuje się sportem. Nasz sześciokrotny indywidualny mistrz świata. Doskonały sportowiec.
To teraz TOP 3 Artura Barcisia, jeśli chodzi o sportowe momenty, w których się najbardziej wzruszył.
Na pewno płakałem jak bóbr ze szczęścia, kiedy nasi siatkarze zdobyli mistrzostwo świata. Wzruszałem się, kiedy Anita Włodarczyk zdobywała złoty medal. Ostatnio wiele radości dała też Ola Miłosław, kiedy w Paryżu zdobyła złoto, tym bardziej, że tych medali nie mieliśmy zbyt wiele. Jest wiele takich chwil, które mnie wzruszają. Tam, gdzie wygrywają Polacy na forum świata to jest wielkie wzruszenie. Doskonale pamiętam mecz piłkarzy ręcznych i tekst trenera Bogdana Wenty, który powiedział, że 15 sekund to bardzo dużo czasu i potem wygraliśmy spotkanie. To chwile, których się nie zapomina.
Ile Pana zdaniem wspólnych mianowników mają aktor i sportowiec? Na pewno łączy Was konieczność formy fizycznej czy odporności na stres…
Wie Pan, w piłce nożnej aktorstwo to coś bardzo powszechnego. Inna sprawa, że to bardzo marne aktorstwo. Kiedyś Neymar po muśnięciu przewracał się tak, jakby dostał kijem bejsbolowym. To jest rodzaj aktorstwa, chociaż w moim odczuciu żenującego. Często piłkarze „aktorzą” faul, bo chcą otrzymać rzut karny i to aktorstwo jest obecne. Pojawia się ono w innych dyscyplinach, jak choćby łyżwiarstwie figurowym, gdzie tańczący na lodzie zawodnicy wyrażają swoje odczucia. Aktorstwo w tym przypadku też jest, ale akurat w jego szlachetnym wymiarze.
Czy w aktorstwie, w młodym wieku, podobnie jak u młodego sportowca, wysokie ego może zniweczyć dobrze zapowiadająca się karierę? Pokora przy pierwszych sukcesach pewnie jest wskazana.
Oczywiście. Pokorę do życia trzeba mieć zawsze. Szczególnie młodzi ludzie nie są przygotowani przez rodziców czy trenerów do sukcesów. Woda sodowa i pieniądze uderzają do głowy i bywa często, że jest to równia pochyła. Na szczęście niektórzy potrafią się pozbierać jak tenisistka Emma Raducanu, która wygrała US Open, a potem było bardzo słabo. Reklamy, okładki w czasopismach, uwielbienie fanów zrobiły swoje. Na szczęście się pozbierała. Nie wróciła wprawdzie do poprzedniego poziomu, ale pewnie z tej nauki wyciągnęła wnioski.
Wielu sportowców, kiedy zdobywa mistrzostwo świata czuje się spełnionymi. Kiedy zatem aktor czuje, że jest spełniony zawodowo?
(Śmiech – dop.red.). Nie wiem, może wtedy, kiedy dostaje Oscara lub na naszym „podwórku” gdy jest honorowany nagrodami, a może po prostu kiedy dobrze zagra jakaś rolę? W teatrze zdarza się to dosyć często. Jeśli jakaś rolę gramy wiele, wiele razy i gramy ją bardzo dobrze, to zaraz po zakończeniu dostajemy nagrodę w postaci braw, czasem stojących. To już jest spełnienie, choć aktor to człowiek nienasycony, który całe życie czeka na tę najważniejszą rolę. My gramy do końca życia, do momentu, kiedy jesteśmy w stanie grać i nauczyć się tekstu na pamięć oraz realizować polecenia reżysera. My, jeśli nie musimy, to nie odchodzimy na emeryturę. Ja w tym roku kończę 70 lat i do głowy mi nie przychodzi, aby kończyć zawód, który kocham.
Niektórzy żużlowcy kończą przygodę z żużlem, bo ich to jeżdżenie w kółko na pewnym etapie nudzi. Monotonia, choćby podczas grania tego samego spektaklu, nie potrafi znudzić?
Wie Pan, ja myślę, że jest to kwestia osobnicza. Jednych nudzi, innych nie. Ja na przykład wyreżyserowałem sześć lat temu spektakl pod tytułem: „Nerwica natręctw”, który za chwilę zagramy po raz osiemsetny i nigdy mnie to nie nudzi. Za każdym razem wychodzę na scenę i mam wielką radość z faktu, że mogę grać taksówkarza, który ma arytmomanię. Mam świadomość, że za każdym razem przede mną jest inna publiczność. Fakt, że gramy go po raz siedemsetny czy osiemdziesiąty nie ma żadnego znaczenia. Można się tylko cieszyć, że odniósł taki sukces. W teatrze, jeśli sztuka grana jest sto razy, to już jest bardzo dużo. Jeżeli jest to wielokrotność, to jest to wielkie szczęście. Ja się nigdy nie nudzę.
Sport dzięki swoim bohaterom wyzwala emocje. Pan bardzo często je gra. Czuje się Pan zatem poniekąd sportowcem?
Czasem tak. Szczególnie wtedy, kiedy moja rola wymaga ode mnie dużego wysiłku czy kondycji. Tak jest, kiedy gram Papkina w „Zemście” na deskach warszawskiego Och Teatru, należącego do Krystyny Jandy. Gram tego Papkina 10 lat i za każdym razem, kiedy schodzę ze sceny czuję się jakbym spędził dwie godziny w siłowni. To jest bardzo wymagająca kondycyjnie rola. Czasem to tak wygląda, jak Pan mówi, choć podczas grania oczywiście o tym nie myślę. Dopiero po spektaklu zdaję sobie sprawę ile mnie to kosztowało.
Nadal aktualne jest to, że nie chce Pan znać wyniku danego wydarzenia sportowego zanim nie obejrzy Pan jego powtórki w telewizji?
Tak. Nigdy nie chcę znać wyniku. To zasada panująca w garderobach teatrów, w których gram. Nikt nie może mi podać wyniku ponieważ ja te imprezy sportowe później oglądam. Tak się składa, że wydarzenia sportowe są zazwyczaj w porach spektakli. Po nich wracam do domu czy do hotelu i chcę to obejrzeć tak, jakbym oglądał to na żywo. Robię zatem wszystko, aby się nie dowiedzieć jaki był wynik. Często jak gra nasza drużyna piłkarska na Narodowym, to pomimo faktu, że najbliżej mam drogę powrotną obok stadionu, to z premedytacją wybieram drogę dłuższą, aby nie widzieć kibiców na przystankach i choćby po ich humorze nie poznać wyniku meczu. Dojeżdżam do domu, odpalam nagranie i wtedy mam emocje. Gdybym znał wynik, emocji by nie było.

Gdyby mógł Pan zagrać jakiegoś sportowca w filmie biograficznym, to kto by to był i dlaczego?
Wie Pan, chyba niewielu jest jeszcze takich, których mógłbym zagrać, bo już jestem starszym Panem.
Wiek odłóżmy na bok. Załóżmy, że nie gra on roli. Dowolna postać.
(Śmiech – dop.red.). To bardzo trudne pytanie. Żeby być mistrzem trzeba być niezwykle sprawnym i nawet grając taką rolę sprawność byłaby niezbędna. Może jednak bym się nadawał do jakichś ról. Gdybym był młodszy, to może mógłbym zagrać Bartosza Zmarzlika? Z racji swojej postury, myślę, że do żużla bym pasował (śmiech – dop.red.). Być może mógłbym zagrać jakiegoś jeźdźca, bo umiem jeździć konno. Trudno wskazać kogoś ot tak, z rękawa.
W filmie „Lato leśnych ludzi” z 1985 roku zagrał Pan motocyklistę.
Więc, jak Pan widzi, do motorowej roli może bym się nadawał (śmiech – dop.red.). Bardzo lubię jeździć samochodem, więc może jakaś rola rajdowa (śmiech – dop.red.).
Jaki sukces polskiego sportowca czy polskiej reprezentacji chciałby Pan jeszcze zobaczyć?
Ten, który nadejdzie (śmiech – dop.red.).
To znaczy?
Ten, którego się nie spodziewam. Wczoraj lub przedwczoraj oglądałem Mistrzostwa Świata w darcie. Nigdy ten sport mnie nie pasjonował, ale jak rzucał Krzysztof Ratajski i dochodził do tak wysokich pułapów, to mnie to zaczyna fascynować i oczywiście oglądałem. Wielka szkoda, że przegrał w tym ćwierćfinale. Wie Pan, u mnie oglądanie sportu determinuje, może to za wielkie słowo, patriotyzm. Oglądam i dopinguję to, gdzie są Polacy na forum świata. Jeśli podziwiamy Polaków na forum świata i są oni uznawani w skali globalnej, jak choćby Iga Świątek, to jest to dla mnie bardzo, bardzo ważne, emocjonujące i wzruszające. Uwielbiam to.
Bardzo podoba mi się Pana dbanie o poprawną polszczyznę. Nie denerwują Pana zatem nagłówki sportowe, które są coraz częściej niczym innym, jak „klikbajtami”?
Oczywiście że mnie denerwują. Do tego się już właściwie przyzwyczaiłem. Można tego nie czytać albo nie zwracać na to szczególnej uwagi. Większość artykułów na portalach zaczyna się sensacją, katastrofą i tak dalej tylko po to, aby przyciągnąć uwagę. Taki po prostu stał się ten biznes. Bardzo mnie jednak drażni – i to na serio – zła polszczyzna naszych komentatorów. Jeżeli ludzie zawodowo operujący językiem mówią: „tom piłkom”, to bardzo mi się to nie podoba. Komentatorzy powinni zwracać uwagę na poprawność. Nagminne jest w piłce nożnej, że komentatorzy mówią numer „jedynasty”. Niech Pan zwróci uwagę. Oni nie mówią: „jedenasty”. Nawet mój serdeczny przyjaciel, którego znam od dziecka, Mateusz Borek też niekiedy popełnia ten błąd, choć po polsku mówi bardzo dobrze. Zwracam mu uwagę, że mamy jedenastą minutę, nie „jedynastą”. Przyznaje mi rację, ale co z tego (śmiech – dop.red.).
Czyli jeżeli zatem dam tytuł: „Artur Barciś: Mógłbym zagrać Bartosza Zmarzlika”, to się Pan nie obrazi?
Nie obrażę się, ale wolałbym tego tytułu nie dawać. Jak aktor w wieku lat 70 może zagrać doskonałego żużlowca? Zachowajmy powagę. Napisze Pan tak i zaraz zacznie się jakaś „beka” na mój temat. Jest Pan za stary i pewnie za poważny na takie rzeczy. To nie jest dobry tytuł. Jestem człowiekiem, który nie kryje swoich poglądów. Proszę mi wierzyć, że każdy wywiad ze mną, obojętnie na jaki temat, wywołuje falę hejtu. Jeżeli w nagłówku da Pan jakikolwiek pretekst do tego, to zostanie to wykorzystane.
To pytanie na koniec. Czego Artur Barciś życzy polskim kibicom w roku 2026?
Życzę nam sukcesów na igrzyskach olimpijskich we Włoszech, choć w sportach zimowych orłami już nie jesteśmy. Liczę, że Iga Świątek wróci na tron. Mam nadzieję, że Hubert Hurkacz wyleczy się z kontuzji i wróci do formy. Życzę jak najlepiej naszym młodym piłkarzom oraz siatkarzom, którzy moim zdaniem są najlepsi na świecie. Oczywiście Bartoszowi Zmarzlikowi życzę, aby jako pierwszy na świecie w sezonie 2026 został siedmiokrotnym indywidualnym mistrzem świata. Włókniarzowi, już bardziej długofalowo, życzę jak najszybszego mistrzostwa Polski.
Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA









Żużel. Nicki Pedersen jak… Cristiano Ronaldo?! Wymowny wpis Speedway Kraków!
Żużel. Wielka rewolucja na stadionie Unii Leszno? Jest plan, będzie… dach?
Żużel. Polonia Piła chce kolejnej sensacji! Lider mówi o ucieraniu nosa! (WYWIAD)
Żużel. Włókniarz wybrał kapitana! Postawili na „młodego”!
Żużel. Wyprzedzili wszystkich! Zorganizują pierwsze zawody w Polsce!
Żużel. Motocykl żużlowy… wolny dla Zmarzlika? Mistrz zaskakuje!