Główny partner portalu

Maciej Janowski wznoszący puchar DMP. fot. Jarosław Pabijan
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Niedzielny wieczór już na zawsze zostanie w pamięci wrocławskich kibiców. Betard Sparta po bardzo emocjonującym spotkaniu finałowym pokonała Motor Lublin i wróciła na tron Drużynowych Mistrzostw Polski. Po zakończeniu trzynastego biegu Stadion Olimpijski eksplodował z radości, a potem zaczęło się długie świętowanie piątego tytułu w historii.

 

Na domowym obiekcie spartan długo panowała napięta atmosfera. Wszystko przez to, że Motor bardzo dzielnie stawiał się rywalom i pozostawał w grze o upragnione złoto. Konsternację na trybunach wywoływały momenty, w których Koziołki wychodziły na prowadzenie. Po dziesiątym biegu – przy stanie 31:29 dla Motoru – dało się usłyszeć tego typu dialogi:

– Wiesz, co mi się przypomina? – pytał jeden z kibiców na pierwszym łuku.

– Tak, 2017 – odpowiadał jego kompan z miejsca obok.

Od czwartej serii startów i arcyważnej wygranej duetu Gleb Czugunow – Tai Woffinden na wrocławskim obiekcie robiło się jednak coraz weselej. Euforia sympatyków Betard Sparty rosła z każdym kolejnym zwycięstwem. W końcu, gdy Maciej Janowski dołączył do prowadzącego Daniela Bewleya, przywiózł z Brytyjczykiem podwójne zwycięstwo i doprowadził do wyniku 43:35, spiker Jacek Dreczka mógł ogłosić, że to ekipa ze stolicy Dolnego Śląska będzie panować w polskim żużlu przez kolejny rok. Z wieży zegarowej została spuszczona flaga z napisem „MISTRZ”, a na niebie pojawiły się fajerwerki.

Po kluczowym wyścigu nie dało się już oglądać kolejnych starć w pozycji siedzącej. Kto mógł ten skakał, śpiewał i bawił się na trybunach. Ku uciesze fanów, wrocławianie w świetnym stylu wygrali też ostatni bieg sezonu. Maciej Janowski, podobnie jak w wielu innych tegorocznych biegach, słabo wystartował, ale na trasie zdołał wyprzedzić rywali.

Następnie kibice dostali kilka chwil na odetchnięcie przed ceremonią. Podczas dekoracji również można było zaobserwować piękne obrazki. Pochwalić należy przede wszystkim kibiców, którzy oklaskiwali każdego zawodnika. Gdy wyczytywano imię żużlowca gości, cały stadion wykrzykiwał jego nazwisko. Na koniec dekoracji Motoru wrocławscy kibice odśpiewali nawet: „Motor! Motooor!”.

Po kilku minutach przyszedł czas na wręczenie medali mistrzom. Zdecydowanym królem show można nazwać Taia Woffindena. Brytyjczyk co chwilę się wzruszał, tańczył i śpiewał. Co warte podkreślenia, śpiewał po polsku. Później zawodnicy zrobili kilka rund honorowych. Podczas przejazdów w trybuny poleciały mistrzowskie gadżety. Nowi mistrzowie najwięcej czasu spędzili oczywiście z kibicami spod wieży, którzy najgoręcej ich dopingowali przez cały sezon.

Ładny obrazek można było zobaczyć również na prostej startowej. Fani oklaskiwali gospodarza obiektu – Mariana Bębasa oraz toromistrza – Grzegorza Węglarza. W kierunku drugiego z nich powędrowały też głośne okrzyki: „Zostań z nami!”.

Nie mogło zabraknąć oczywiście efektownego pokazu na płycie stadionu. Tym razem we Wrocławiu nie dominowały fajerwerki, a lasery. Na Olimpijskim zgasły światła i kibice dostali kolejną atrakcję na zakończenie rozgrywek.

Mistrzowską atmosferę wrocławianie tworzyli także podczas powrotu do domów. Wielu z uradowanych kibiców do tramwajów udało się z „pożyczonymi” kartonowymi wizerunkami żużlowców. W tramwajach również było bardzo głośno i radośnie. Nie brakowało przyśpiewek na cześć Sparty i… Motoru. „Mistrz, mistrz WTS” rozbrzmiewało w wielu rejonach Wrocławia jeszcze długo po zakończeniu ceremonii.

Za wrocławskimi kibicami zatem bez wątpienia jedna z piękniejszych nocy. Co najważniejsze, wszystko odbyło się w sportowej i bardzo przyjaznej atmosferze. Fani we Wrocławiu powinni być dumni ze swojej drużyny i śmiało mogą powiedzieć, że warto było czekać te 15 długich lat.