Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W Polsce Rick Miller najbardziej kojarzony jest z zespołem Włókniarza Częstochowa. Amerykanin występował również w bydgoskiej Polonii. Jak sam mówi, miał dwa życia. To na żużlu już się skończyło, a to na scenie filmowej wciąż trwa i to z dużym powodzeniem. 

Żużlowiec podkreśla, że do czarnego sportu nigdy by nie trafił, gdyby nie jego kolega ze szkoły, znany zawodnik – Lance King.

– Do żużla trafiłem w  zabawny i przypadkowy  sposób. Mój tato ścigał się na motocyklach. Ja zacząłem od  motocrossu. Ponoć nawet nieźle się zapowiadałem. W szkole miałem jednak dobrego kolegę. Nazywał się… Lance King. Chodziłem z innym kolegą na treningi i zawody po to, aby oglądać Lanca. Pewnego razu Lance spytał się mnie, czy nie chciałbym się przejechać na jego motocyklu. Wsiadłem na motocykl. Przejechałem się i po prostu zakochałem się w żużlu. Zacząłem trenować, a później ścigać się w tutejszej lidze. Zostałem również mistrzem toru w Venturze, a później przełomowe były dla mnie zawody w Nowym Jorku – mówi Rick Miller. 

Wspomniane zawody US Open Meeting Miller wygrał. To właśnie one sprawiły, że trafił do ligi brytyjskiej oraz pozyskał menadżera. I to nie byle jakiego. 

– To był bardzo udany turniej. Trwał bodajże dwa dni. Były kwalifikacje i następnego dnia finały. Na dwadzieścia cztery biegi wygrałem dwadzieścia trzy. Po zawodach podszedł do mnie nie kto inny, jak Bruce Penhall i zaproponował, że zostanie moim menadżerem. Oczywiście przystałem na propozycję. Bruce spytał mnie wtedy o to, co chcę osiągnąć. Odpowiedziałem, że chcę do Anglii, bo tam startował już Lance King i inni Amerykanie. Bruce odpowiedział, że może to jeszcze nie ta pora i zalecił, abym wciąż trenował. Po jakimś czasie sam do mnie zadzwonił. Spytał, czy dalej chcę do Anglii. Odpowiedziałem: „Tak, ale sam mówiłeś, że to jeszcze nie pora”. Ja się już nastawiłem, że kolejny rok spędzę w Stanach Zjednoczonych. Bruce powiedział, że ma dla mnie miejsce w Coventry. Tam karierę kończył Ole Olsen, ktoś musiał go zastąpić i przy nim miałem się jeszcze podszkolić. Nie było dyskusji. Anglia stanęła otworem – kontynuuje Miller. 

W drużynie z Coventry Rick Miller startował nieprzerwanie od 1983 do 1992 roku. Początek w Anglii do łatwych absolutnie nie należał…

– Pojechałem tak naprawdę nie do końca przygotowany. Była bardzo duża różnica, choćby w długości torów. Trzeba było pewnych rzeczy uczyć się od nowa. Coventry miało wtedy bardzo silny zespół. Nie chcę skłamać, ale w pierwszych dwóch miesiącach zdobyłem może z dziesięć punktów. Pomimo tego, wszyscy mi pomagali i byli życzliwi. Z Ole Olsenem na czele. Mieli do mnie cierpliwość, bo uczenie się ścigania w Anglii zajęło mi sporo. Starałem się też uczyć jak najwięcej od innych. Mój pierwszy bieg pamiętam doskonale. Jechałem w parze z Ole Olsenem przeciwko Kenny’emu Carterowi oraz Dougowi Weyer’owi. Przyjechałem daleko za nimi. Bardzo daleko – wspomina Miller w rozmowie z Nigelem Personem.

Z sezonu na sezon Amerykanin spisywał się coraz lepiej. W sezonie 1987 uzyskał najwyższą średnią meczową – 8.20 pkt. na mecz. 

– Chciałem się rozwijać z sezonu na sezon. Sporo pracowałem, poznawałem nowe tory i po paru latach byłem chyba nawet niezłym punktem zespołu. Coventry wspominam bardzo dobrze i to był mój jedyny klub na Wyspach – mówi były finalista mistrzostw świata.

Oprócz Coventry, Rick Miller zdobywał punkty dla szwedzkiej Ornarny Mariestad oraz dwóch polskich klubów, Włókniarza Częstochowa oraz Polonii Bydgoszcz. W 1991 roku wywalczył dla Lwów 76 punktów w ośmiu spotkaniach. Rok później plastron Polonii założył tylko raz, podczas wyjazdowego meczu we Wrocławiu. W trzech startach zdobył jeden punkt. Działacze Bydgoszczy więcej go nie powoływali. 

Miller pięciokrotnie wywalczył z reprezentacją USA medale Drużynowych Mistrzostw Świata. Najcenniejszy to oczywiście ten złoty zdobyty w Pardubicach w 1990 roku. Amerykanin dwukrotnie w swojej karierze wystąpił w finale indywidualnych mistrzostw świata. 

– Pamiętam, że w finale w Bradford po trzech startach miałem chyba siedem punktów na swoim koncie. Wygrałem z Perem Jonssonem. Wszystko wyglądało bardzo dobrze. Później w jednym z biegów zostałem chyba wykluczony i skończyło się ostatecznie na dziewiątym miejscu. Drugi mój występ to Wrocław, 1992. Skończyłem jedenasty. Tamtego dnia wszystko się jakoś sprzysięgło przeciwko mnie. Z drugiej strony jak teraz oglądam ten finał, to też parę błędów zrobiłem – mówi były zawodnik Włókniarza Częstochowa. 

W 1992 roku Rick Miller spróbował sił jako promotor. Na torze w Coventry zorganizował swój benefis z okazji dziesięciolecia startów w Anglii. Turniej był znakomitym świętem żużla. Wzięła w nim udział czołówka światowa, a sam bohater skakał na bungee. Na starcie pojawili się między innymi Bruce Penhall oraz Bobby Schwartz. Jedną z nagród dla zwycięzcy było 3000 funtów, które „zgarnął” sam organizator. 

– Organizacja zajęła mi sporo czasu, ale myślę, że podołałem. Dwa lub trzy lata wcześniej brałem udział w takim turnieju Tommy’ego Knudsena i wtedy pomyślałem, że warto zrobić podobnego. Myślę, że sportowo i organizacyjnie turniej mógł się podobać – mówił Miller po zawodach w 1992 roku. 

W kolejnym sezonie Miller nie pojawił się już na angielskich torach. Po skomplikowanym leczeniu kontuzji obojczyka oraz „cięciach” płac stwierdził, że czas powiedzieć pas. Zawodnik wrócił do Stanów Zjednoczonych i zajął się poszukiwaniem pracy.

– Mieliśmy małe dziecko i trzeba było czegoś szukać. Zaczepiłem się najpierw jako asystent producenta przy kręceniu reklam. Przez jakiś rok odpowiadałem za dostarczanie jedzenia na plan zdjęciowy. Później odpowiadałem za określone prace porządkowo-organizacyjne na terenie Universal Studio. To nie trwało długo. Przyznam, że bałem się, że ktoś mnie rozpozna. Powie: „Kurczę, tę robotę robi gość z żużla, ten Rick Miller”. Tam waliły codziennie tłumy ludzi. Nawiązałem kontakt ze starymi znajomymi i szukałem pracy związanej zarówno z reklamą telewizyjną, jak i z motocyklami. Ktoś mnie komuś polecił i wystąpiłem w znanej reklamie Hondy Valkyrie – mówi Miller. 

Były żużlowiec wystąpił w wielu reklamach. W sporej części z nich jako kaskader. Był chociażby dublerem słynnego kolarza, Lance’a Armstronga. Jak się okazało, z produkcji reklam blisko jest do filmu. 

– Kiedyś rozpoznano mnie, że jestem aktorem z reklamy. Zaczęto ze mną rozmawiać. Okazało się, że rozmówcy byli z branży filmowej i tak się zaczęła moja obecność na planie filmowym. To był 1997 rok- kontynuuje Rick Miller. 

Umiejętności kaskaderskie byłego zawodnika polskich klubów można podziwiać w takich słynnych produkcjach filmowych jak Batman Początek, Mr. i Mrs. Smith, Starsky and Hutch, czy doskonale znany wszystkim Terminator 3. Miller współpracował jako aktor – kaskader czy doradca zespołu kaskaderskiego łącznie w ponad sześćdziesięciu produkcjach filmowych. Ostatnie z nich to filmy Tenet oraz Poziom mistrza. 

– Jestem ze swoich dwóch wcieleń zadowolony. W pierwszym zrobiłem, co mogłem. Parę lat się ścigałem i co najważniejsze mam na swoim koncie złoty medal dla Ameryki. To obecne wcielenie również daje wiele satysfakcji. Realizuję się i poznaje wciąż nowych ludzi – podsumowuje żużlowiec, którego menadżerem był sam Bruce Penhall.

CZYTAJ TAKŻE