Drużynowe Mistrzostwa Świata na żużlu. Najstarsze po IMŚ rozgrywki o globalny championat. Skąd pomysł? Wiadomo na pewno, że autorami jesteśmy my – Polacy. Co do szczegółów, jak to nad Wisłą, sukces ma wielu ojców. Wokół tej historii narosło już sporo legend.

Oczywiście najbardziej znana jest teoria, iż pomysłodawcą rywalizacji było czasopismo „Motor”. Nie brakuje jednak głosów, że za wszystkim stali działacze z Rybnika, mający w planach przeprowadzenie turnieju z udziałem najlepszych europejskich klubów. Coś na kształ żużlowej ligi mistrzów. „Motor” podchwycił pomysł i „pchnął go” dalej, zaś Władysław Pietrzak (ówczesny przedstawiciel Polski w FIM), przekonał włodarzy światowego speedwaya do tej formuły. Ta zaś, w trakcie dyskusji, przybrała formę rywalizacji reprezentacji narodowych.„Motor” ufundował piękną Srebrną Wazę, którą z wdziękiem prezentowała rozpalająca wyobraźnię mężczyzn aktorka Ewa Krzyżewska.

Przed oficjalną inauguracją FIM postanowiła… przetestować pomysł. Próba odbyła się w 1959, zaś areną uczyniono Oberhausen (RFN). Rozegrano tam turniej z udziałem Norwegii, RFN, Szwecji i Wielkiej Brytanii, który z zamyśle, stanowił imprezę „sondującą” przed drużynowymi mistrzostwami świata. Działacze byli kontenci, zatem DMŚ trafiły do oficjalnego kalendarza. Zawody odbywały się w formie czwórmeczów i składały z 16 wyścigów, a każdy zawodnik w programie miał wpisane cztery występy.

Żużel. Zmarzlik jest inny niż kiedyś? Mówi, co go mocno zmieniło – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. Falubaz musiał zmienić plany! Problem z obozem – PoBandzie – Portal Sportowy

Pierwszy polski finał i pierwsze złoto Orłów zarazem to rok 1961 i Wrocław. Druga edycja po oficjalnej inauguracji w szwedzkim Goteborgu zwycięskim dla  gospodarzy. Zawody „z przygodami”. Miało się rozpocząć o 15.00. Stadion nie posiadał oświetlenia, stąd tak wczesna pora. Ściślej zaś – miał „atrapę” rzeczonego. Gdyby zdecydowano się włączyć jupitery na Olimpico, całe Sępolno by… zgasło. Na to nikt nie wyraziłby zgody. Czemu o tym?

Dzień wcześniej odbywał się finał brytyjski indywidualnych mistrzostw świata. Zawodnicy biorący w nim udział, a także reprezentujący kluby z Wysp Brytyjskich Szwedzi, mieli przylecieć do Polski specjalnie wyczarterowanym przez LOT samolotem, który przy okazji transportował do Paryża… ślimaki. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie defekt, jaki przytrafił się maszynie. Opóźniony przylot. Opóźnieni zawodnicy. Dramat.

Żużlowcy wylądowali we Wrocławiu około 18.00. Dopiero ok.18:30 wyjechali z wrocławskiego lotniska w asyście policji. Do startu w pierwszym wyścigu ustawili się o …19:05. Zawody wreszcie ruszyły, ale robiło się… ciemno. „Podziwiam polskiego ducha improwizacji” – miał powiedzieć po zawodach brytyjczyk W. W. Fearnley. Wiecie co miał na myśli? Dzisiaj rzecz niewyobrażalna. W trakcie rywalizacji zapadały ciemności. Sędzia zawodów w porozumieniu z kierownikiem poprosili kierowców, cyt. „by wjechali samochodami na pas za siatką bandy toru od strony widowni i ustawili się skośnie, maskami w kierunku jazdy”.

Po 20.00 arbiter finału Władysław Pietrzak, poprosił o próbne jazdy zawodników, by zweryfikować widoczność. Było dobrze. Można było kończyć.

Wspomniany Pietrzak w publikacji Roberta Nogi „Żużel jak narkotyk” tak wspominał: „Już w pierwszym biegu zamiast podanego w programie Rune Soermandera widzowie zobaczyli na starcie Sorena Sjostena. Jak bowiem poinformował spiker zawodów Szwedzi zamienili w swym składzie Sörmandera ze Sjostenem tak, że Rune przeszedł do rezerwy, a Soren otrzymał numer 4”. Być może i Państwo mają w swych statystykach nieprawdziwe informacje? Zatem kolejne „przygody” w finale.

Żużel. Oczarował kibiców przebojową jazdą. Kontrakt w Polsce jego szansą – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. Nie chcą dopuścić do spadku z PGE Ekstraligi! Taki plan na utrzymanie ma Włókniarz – PoBandzie – Portal Sportowy

Polacy, ku olbrzymiej radości zgromadzonych w nadkomplecie kibiców, tamten finał wygrali. Raptem o punkt detronizując Szwedów. Jeden malutki punkcik. Przy świetle samochodowych reflektorów, ostatnia seria między dwiema czołowymi reprezentacjami tamtego finału, zakończyła się remisem, zaś Polacy obronili najmniejszą z możliwych – przewagę oczka. Stadion eksplodował. A potem była wspaniała ceremonia dekoracji. Na podium stanęli kapitanowie drużyn  medalistów. Na najwyższym, już przebrany, w cywilnym stroju – Florian Kapała, niżej Ove Fundin i Peter Craven.

Polski sport żużlowy osiągnął wówczas na „Olimpico” pierwszy poważny sukces międzynarodowy – złoty medal w Drużynowych Mistrzostwach Świata. Pierwszy finał w Polsce i od razu nasza reprezentacja zawiesiła krążki z najcenniejszego kruszcu. To musiało działać na wyobraźnię.

Nie wszyscy jednak podzielali zachwyty nad sukcesem Polaków. W krakowskim Tempie ukazał się felieton redaktora Bogdana Brzezińskiego, który złośliwie odnosił się do polskiej wygranej we Wrocławiu: ”Przyjemną niespodziankę sprawili nasi żużlowcy we Wrocławiu. Ale chyba trzeba troszeczkę przyciszyć radosne fanfary, gdyż nie wiadomo jakby naszym poszło w meczu z przeciwnikami jako tako wypoczętymi. Trudno! Jak się nie da zwyciężać zagraniczniaków wypoczętych, to trzeba ich lać po ciemku, kompletnie wypompowanych podróżą.” – ot taki kwiatek.

Kolejne złoto w tych rozgrywkach przyszło tyleż prędko, co absolutnie niespodziewanie. 1965 Kempten (Niemcy) i wygrana Polaków za żelazną kurtyną. To nie było w tamtym czasie takie oczywiste. Byliśmy trochę królami własnego podwórka, zaś obiektywne sukcesy na obcym, zachodnim terenie zdarzały się nieczęsto. Po wrocławskiej euforii, Orły nieco obniżyły loty w kolejnych edycjach. Nie wszystkim decydentom (nie tylko żużlowym) podobało się, że Szwedzi po trzykrotnym z rzędu triumfie, zdobyli nagrodę „Motoru” na własność. Przed Kempten, wicie, rozumicie towarzysze, postanowiono kadrę odmłodzić.

W bój puszczono zawodników, którzy kończyli, bądź ledwie ukończyli ćwierć wieku. W finale kontynentalnym drużynówki w Ufie (wówczas ZSRR) wystąpili Andrzej Wyglenda, Antoni Woryna, Andrzej Pogorzelski oraz Zbigniew Podlecki. Rezerwowym był Paweł Waloszek. Udźwignęli. Zwyciężyli, pokonując gospodarzy – ekipę ZSRR, na czele z Plechanowem. Tym samym awansowali do finału światowego, a tamże już „tylko” trzy nacje do pokonania i… szczęścia. Polacy poszli za ciosem. Wygrali zawody o 5 oczek przed ówczesnymi hegemonami, prawdziwą potęgą na on czas – Szwedami z Fundinem i Nordinem jako liderami. Znacznie pewniej niźli podczas wrocławskiego turnieju, gdzie o złocie decydowało raptem jedno oczko… . Ciekawostką niemieckiego finału niech będzie fakt, że Polacy otrzymali wówczas nową, przechodnią nagrodę. Był to okazały, XIX-to wieczny Puchar.

Andrzej Wygleda tak wspominał tamte zwycięskie zawody: ”Najbardziej wzruszające było, jak orkiestra niemieckiego wojska zagrała hymn polski. Wtedy o wojnie sporo jeszcze u nas mówiono. A tutaj na niemieckiej ziemi, orkiestra bundeswery gra dla zwycięskich Polaków Mazurka Dąbrowskiego. Niezapomniane, wzruszające chwile.”

Komunistyczna propaganda w swoim stylu postanowiła wykorzystać sukces sportowy. Stefan Kubiak w artykule „Żużlowy koncert jazdy w Kempten” dla magazynu”Motor” napisał: ”Sukces wywalczony w Kempten przez nasz żużlowy zespół reprezentacyjny był wielkim, radosnym przeżyciem dla setek tysięcy kibiców kraju. Nasza drużyna jest nie do pokonania, znajduje się na poziomie jakiego nie osiągnął dotąd w historii żużla żaden nasz reprezentacyjny zespół. Nasza przewaga nad żużlem szwedzkim, brytyjskim i radzieckim polega na szerokim zapleczu. Podczas gdy inni mają kłopoty z wystawieniem 5 osobowej reprezentacji my możemy rozgrywać jednocześnie dwa międzynarodowe spotkania.” To doskonale oddaje klimat tamtych czasów.

I tak mogły sobie trwać drużynowe, klasyczne czwórmecze, gdyby nie fakt, że komuś w FIM „zapomniało się”, iż stare przysłowie powiada; „Lepsze jest wrogiem dobrego”. Sezony 1986 i 1987 to pierwsza próba wprowadzenia do rywalizacji „sprawiedliwości” na kształt SGP. Postanowiono bowiem, iż do wyłonienia triumfatora potrzebne będą 3 rundy, rozgrywane na trzech torach w różnych krajach. Na szczęście pomysł upadł. Nie na długo.

W sezonie 1993 odbył się ostatni finał w klasycznej formule na stadionie w Coventry. Od roku 1994 do 1998 rozgrywano w praktyce mistrzostwa par, pod nazwą „drużynowe”, zaś z rywalizacji stricte w duetach (i nazwy mistrzostw) zrezygnowano na dobre. Coś tam jednak świerzbiło żużlowych działaczy, by nadal majstrować przy zawodach, wraz z topniejącą liczbą startujących nacji i malejącą samych zawodników na światowych arenach.  Od 2001 (Wrocław) turnieje rozgrywano jako DPŚ, a od 2018, zgadnijcie? Także Wrocław – już jako SoN. Wreszcie od 2023 (naturalnie – Wrocław) postanowiono organizować naprzemiennie. Co 3 lata DPŚ, w pozostałych edycjach pod nazwą SoN. Czym jeszcze uraczą nas w krótkim czasie gorące głowy „reformatorów” z FIM? Mało rajderów, coraz mniej nacji = kombinacje? Na to wygląda. Szkoda, że bez szacunku dla tradycji, ta jednak, to jak powszechnie wiadomo – dobre imię dla dziewczynki.

W tabelach wszech czasów DMŚ bryluje Dania i dzieci Olsena (Nielsen, Knudsen, Gundersen). Za nimi indywidualnie Tomasz Gollob, zaś zespołowo… Polska. Najwięcej krążków nadal w dorobku Szwedów tyle, że mniej tych z najcenniejszego kruszcu, zdobywanych głównie w pierwszych latach rywalizacji. Relatywnie niska pozycja i skromniejszy dorobek Kangurów wynika zaś wprost z faktu, że Australijczycy, aż do roku 1974, reprezentowali Wielką Brytanię, jako zawodnicy tzw.Wspólnoty Narodów.

Przed nami kolejny finał DMŚ. Czy Zmarzlik i spółka pod wodzą Stanley`a Chomskiego odczarują klątwę Stadionu Narodowego i sprawią taką samą radochę publice, jak było to udziałem ich „dziadków” w 1961? Czas pokaże. Trzymam kciuki.

Przemysław Sierakowski