Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle punktów zdobyła reprezentacja Polski podczas DME na torze w Poznaniu

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów zdobyła reprezentacja Polski podczas DME na torze w Poznaniu
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Jak sam mówi, sentyment do Polski z dwóch względów. Po pierwsze, urodził się w Pile. Po drugie, podczas kariery wiele czasu spędził na torach w naszym kraju. W latach 70. ubiegłego wieku Dieter Tetzlaff był jednym z najlepszych zawodników wschodnich Niemiec. 

 

– Karierę rozpocząłem relatywnie późno. Miałem około dwudziestu lat. Przyczyna była bardzo prosta. Dopiero wtedy w naszym kraju żużel zaczął się poważnie rozwijać. Wcześniej funkcjonował tak naprawdę tylko w Stralsundzie, Meissen oraz Neubrandenburgu. Uwaga tutejszych kibiców sportów motorowych skupiała się wtedy bardziej na wyścigach motocyklowych rozgrywanych na Bergring Teterow. Ja wychowywałem się jako młody chłopak pomiędzy Gustrow, a Teterow. Raz byłem na zawodach żużlowych w Neubrandenburgu i wtedy zakochałem się w tym sporcie – wspomina Tetzlaff. 

Niemiec, aby zacząć jeździć na żużlu, oczywiście musiał skupić swoją uwagę na zdobyciu odpowiedniego motocykla. – Miałem uzbierane trochę marek i kupiłem kompletny motocykl od byłego zawodnika, który mieszkał w Rathenow, a ścigał się na wyścigach trawiastych. Zbiegło się to z powstawaniem żużla w Gustrow i tam też na lata zapuściłem swoje żużlowe korzenie – kontynuuje Tetzleff. 

W latach 70. ubiegłego wieku Tetzlaff czterokrotnie wywalczył indywidualne mistrzostwo wschodnich Niemiec. Ostatni, piąty tytuł padł jego „łupem” w 1980 roku. Łącznie w swojej żużlowej karierze wywalczył dwadzieścia pięć medali w mistrzostwach wschodnich Niemiec na żużlu.

– Trochę tych medali faktycznie się nazbierało. Najcenniejsze są oczywiście te indywidualne. Pięć razy wywalczyłem złoto i cztery razy jego wywalczenie sporo mnie kosztowało. Należy pamiętać, że wówczas mistrzostwa indywidualne składały się z paru turniejów, z których punkty były sumowane. Raz miałem dobrą przewagę już w Stralsundzie i wygrałem „bezstresowo”. Później zapewniłem sobie tytuł na torze w Neubrandenburgu po wygraniu decydującego biegu z Hansem Jurgenem Fritzem. Fritz wygrał start, jednak udało mi się go wyprzedzić – kontynuuje Tetzlaff.

– Podobna sytuacja była również w Meissen, gdzie z kolei chyba do końca rywalizowałem o tytuł z Ginse. Prawie na samym końcu mojej kariery był ostatni turniej o mistrzostwo w Gustrow. Pamiętam, że mocno wtedy padało. Byłem wówczas za tym, aby zawody odwołano. Organizatorzy jednak mnie nie posłuchali i skończyło się wtedy tak, że w trudnych warunkach wywalczyłem czternaście punktów w rundzie zasadniczej. Dopiero w biegu barażowym wygrałem z Tiemerem, który wtedy – o ile pamiętam – ścigał się dla klubu z Lubbenau. Do sukcesów indywidualnych dołożyłem czternaście mistrzostw Niemiec w drużynie i sześć razy byłem mistrzem w parach. Trzeba jeszcze wspomnieć, że być może dołożyłbym jeden tytuł indywidualny, gdyby nie kontuzja. Prowadziłem w mistrzostwach Niemiec i podczas zawodów w Neubrandenburgu miałem wypadek. Złamałem rękę oraz obojczyk. Gdyby nie kontuzja, to kto wie czy nie byłoby kolejnego, szóstego tytułu – dodaje.

W tamtych czasach teoretycznie większe możliwości rozwoju były w Niemczech Zachodnich. Okazuje się jednak, że Tetzlaff nigdy nawet nie pomyślał o tym, aby jak inni rodacy uciec na zachód i tam od nowa „budować” sobie życie.

– Nigdy, ale to nigdy o tym nie myślałem. Mi wtedy tak naprawdę niczego nie brakowało. Wszystko mieliśmy „podstawione” przez klub. Klub dbał o części, motocykle. Miałem do tego oczywiście pracę na pełny etat i jeszcze miałem płacone za punkty. Nawet nie ma co dywagować nad tym, czy gdybym się przeniósł, to moja kariera byłaby lepsza. Wiem, że tak by się nie stało, ponieważ w tamtych czasach zachodni żużel wcale nie był lepszy od tego u nas – komentuje były zawodnik. 

Kto wie, czy gdyby wojenne losy nie potoczyły by się inaczej, to Dieter Tetzlaff nie reprezentowałby barw Polski. Niemiec urodził się bowiem w Pile w 1944 roku. Rodzinne strony odwiedził po raz pierwszy dzięki pomocy Mariana Rosego.

– Rodzice mieszkali w Pile przy ulicy Grabowskiej. W momencie gdy wchodzili Rosjanie w 1945 roku, rodzice uciekali na zachód i ostatecznie osiedlili się w Meklemburgii. Po raz pierwszy pojechałem do Piły ze swoim ojcem, aby zobaczyć rodzinne strony dzięki nikomu innemu jak Marianowi Rosemu. On wysłał nam wtedy zaproszenie, które było niezbędne do wyjazdu. Pamiętam, że parę dni spędziliśmy u Mariana i to był bardzo fajny, sympatyczny człowiek. To było w tym roku, kiedy we Wrocławiu zdobył z Waszą reprezentacją drużynowe mistrzostwo świata – wspomina Niemiec. 

W czasach swojej zawodniczej kariery Tetzlaff wielokrotnie bywał w Polsce. Jak sam mówi, do dziś pozostaje w regularnym kontakcie telefonicznym z Andrzejem Koselskim.

– Do Polski jeździliśmy regularnie na różnego rodzaju zawody. Głównie jeździliśmy na południe. Pamiętam wyjazdy do Opola, Częstochowy  czy Świętochłowic. Ścigałem się tam z Friedkiem, Pawłem Waloszkiem czy Jerzym Szczakielem. To byli fajni koledzy. Na torze się ścigaliśmy, a po zawodach oczywiście był gdzieś czas na rozmowy i wymianę doświadczeń – wspomina Tetzlaff. 

Zawodnik Gustrow wielkiej kariery międzynarodowej nigdy nie zrobił. Jego największe osiągnięcie to dwukrotne uczestnictwo w finale kontynentalnym. Finał światowy w 1970 roku, który rozgrywany był we Wrocławiu jednak „zaliczył”.

– Mówiąc krótko o moich występach międzynarodowych, to jak to najczęściej mówią zawodnicy, dwa razy w finałach kontynentalnych nie miałem swojego dnia (śmiech – dop.red.). Finał światowy w 1970 roku jednak zaliczyłem jako członek ekipy Hansa Jurgena Fritza, który zakończył wówczas zawody we Wrocławiu na jedenastej pozycji – kontynuuje.

Dieter Tetzlaff doskonale zdaje sobie sprawę z czym wiązało się przed laty życie w ustroju socjalistycznym. Dla wielu obywateli nie były to łatwe czasy. Sam jednak przyznaje, że tamta epoka dla niego akurat miała więcej plusów, aniżeli minusów.

– Wiem do czego Pan zmierza. Nie byłem żadnym towarzyszem, który mógł liczyć na profity. To musi być jasno napisane. Nie mogłem też narzekać. Powiem inaczej. W tamtych latach żużel w Gustrow był niesamowicie popularny. Miasto miało czterdzieści tysięcy mieszkańców, z czego na żużel chodziło pięć-sześć tysięcy. Jeździliśmy na zawody za granicę, zarabialiśmy tam za punkty, a tu normalnie nam płacono za etat w firmie, gdzie byliśmy zatrudnieni. Ja pracowałem w zakładzie murarskim, ponieważ taki miałem wyuczony zawód. O tym, że część czasu spędzałem na stadionie nawet nie wspominam. Żyłem wówczas na dobrym poziomie materialnym. Miałem tutaj wtedy status gwiazdy, myślę takiej jaką ma obecnie Maciek Janowski we Wrocławiu. Z tego co mi wiadomo, to swoją „teczkę” miałem, ale jako sportowiec nie miałem ze służbami żadnego problemu. Byłem określany mianem osobnika nieszkodliwego. Bez problemu też za każdym razem dostawałem paszport jak wyjeżdżałem na zawody do Niemiec zachodnich. Ścigałem się w Abensbergu, Kempten czy Rudolphing. W 1982 roku zakończyłem czynną karierę. Uznałem wówczas, że w pewnym momencie trzeba powiedzieć sobie po prostu dość. Po odejściu od żużla otrzymałem wtedy od władz pozwolenie założenia działalności gospodarczej. Założyłem jednoosobową firmę świadczącą przejazdy taksówką, którą kierowałem oczywiście ja. Dopiero po upadku muru berlińskiego mogłem rozbudować firmę i zatrudnić kolejnych pracowników. Dziś mamy osiemnaście samochodów, świadczymy różne usługi przewozowe i zatrudniam około dwudziestu pracowników – dodaje Tetzlaff. 

Po zakończeniu zawodniczej  kariery Tetzlaff od żużla nie odszedł. Został działaczem w Gustrow. 

– Najpierw byłem wiceprzewodniczącym klubu, później praktycznie go prowadziłem jako przewodniczący. Zdobyliśmy mistrzostwa Niemiec. Dzisiaj nadal regularnie śledzę żużel i tak naprawdę niczego nie żałuję, kiedy patrzę wstecz. Być może byłoby coś więcej, jeśli chodzi o osiągnięcia sportowe gdybyśmy mogli systematycznie rywalizować, porównywać się z zachodem i mieć dostęp do sprzętu takiego samego, jaki oni wówczas mieli. Tak mi kiedyś powiedział jeden z mistrzów świata. Czy by tak było? Tego już się nie dowiemy. Mając ćwierć setki medali mistrzostw Niemiec mam poczucie, że swoje na torach zrobiłem – podsumowuje Tetzlaff.