Finał Speedway of Nations – dzień 2.

2020-10-17 19:00:00

Finał PGE Ekstraligi: Fogo Unia Leszno – Moje Bermudy Stal Gorzów 59:30 (103:76)

2020-10-11 19:15:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Betard Sparta Wrocław – RM Solar Falubaz Zielona Góra 50:40

2020-10-11 16:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Fogo Unia Leszno 46:44

2020-10-09 20:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: RM Solar Falubaz Zielona Góra – Betard Sparta Wrocław 37:32

2020-10-09 18:00:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Betard Sparta Wrocław 55:34 (99:80)

2020-10-04 19:15:00

Zakończona

Przejdź

Żużel. Dennis Sigalos: W Sydney miałem swój dzień. Przez siedem lat przeżywałem wspaniałe chwile (WYWIAD)

Dennis Sigalos to jeden z czołowych amerykańskich zawodników przełomu lat 70 i 80 ubiegłego wieku. Jego kariera trwała jednak tylko siedem lat. Przerwała ją kontuzja. O żużlowej przygodzie, słynnym finale w Sydney, aferze z oponami Carlisle oraz łodziach wyścigowych w poniższej rozmowie z Amerykaninem.

Dennis, dlaczego w ogóle zdecydowałeś się zostać żużlowcem?

Jak miałem dziesięć lat, to wybraliśmy się z rodzicami i znajomymi na zawody żużlowe do Costa Mesa. Jak zobaczyłem, jako młody chłopak, jak się ścigają na żużlu, to po prostu się tym zachwyciłem. Wtedy chyba w mojej głowie postanowiłem, że zostanę żużlowcem. Niedługo później zaczęliśmy z kolegami trenować i tak to właśnie się zaczęło w moim wypadku. 

Kto był Twoim pierwszym idolem?

Tutaj nie ma żadnych wątpliwości. Zawsze chciałem być jak Rick Woods. Trzykrotny mistrz Stanów Zjednoczonych.

W 1980 roku zająłeś trzecie miejsce w finale amerykańskim. To był dla Ciebie pierwszy, znaczący sygnał, że możesz sporo osiągnąć w tym sporcie?

Myślę, że tak wtedy na to nie patrzyłem. Ja tak naprawdę cały czas robiłem swoje. Nie myślałem, że muszę wygrać to i to, aby dojść w określone miejsce. Robiłem wszystko, aby się rozwijać i jak u każdego gdzieś z tyłu głowy krążyła myśl, że może kiedyś będę najlepszy. Trzecie miejsce w tamtych zawodach na pewno mnie nie smuciło, ale też nie sprawiało, że uświadomiłem sobie – “ej faktycznie kiedyś możesz być mistrzem”. 

W 1980 roku wystartowałeś też w finale Mistrzostw Europy Juniorów. Został on rozegrany w niemieckim Pocking. Zająłeś trzecie miejsce, ale… jest jedno ale. W pierwszym swoim biegu zostałeś wykluczony. W kolejnych czterech startach zapisałeś na swoim koncie jedenaście punktów. Brązowy medal wywalczyłeś po biegu dodatkowym z Erikiem Gundersenem…

Widzę, że zaczynamy nasze spotkanie od moich porażek (śmiech). Wiesz co ci powiem? Do dzisiaj mam te zawody w głowie. Pamiętam, że w tym pierwszym biegu jechałem z trzeciego pola. Źle wjechałem w łuk, upadłem  i zostałem wykluczony. Sędzia nie mógł podjąć innej decyzji. Byłem bardzo rozczarowany po zawodach. Długo nie mogłem dojść do siebie. Jechałem do Pocking po złoty medal. Po biegu z Erikiem zdobyłem brąz, a wygrał chyba Knudsen. Takie zawody obrazują jednak najdobitniej to, że zawsze musisz być skupiony. Jeden błąd i to, na co długo pracujesz nagle staje się niemożliwe do osiągnięcia. To piękno, ale i zarazem zło żużla. Tam sam sobie zabrałem możliwość zdobycia złota. Całkiem szczerze – sobie zawdzięczam tylko, że nie wygrałem. 

Sigalos Penhall Collins – Los Angeles 1982

W swojej karierze wystartowałeś w dwóch indywidualnych finałach światowych. W 1982 roku w Los Angeles byłeś trzeci. Rok później było zdecydowanie gorzej na torze w Norden. Bruce Penhall był w Los Angeles do pokonania?

Szansa na pokonanie rywala jest zawsze. Takie motto zawsze wyznawałem. Bruce Penhall był wtedy w niesamowitym gazie. Był do pokonania, jednak on okazał się na końcu najlepszy. Jeśli chodzi o mnie, to brązowy medal bardzo mnie cieszył. To był sukces, tym bardziej, że startowałem tak naprawdę, o czym mało kto wiedział, z nie do końca zaleczoną kontuzją. Dwa tygodnie wcześniej na turnieju Hammer w Cradley miałem wypadek z Bobbym Schwartzem i odniosłem kontuzję kostki. W finale nie byłem do końca sprawny, ale nie traktuj tego jak wymówki z mojej strony. W finałach wygrywa ten, kto jest tego dnia najszybszy i popełni najmniej błędów. W Los Angeles królem był Bruce i tyle. Ja się cieszyłem z brązowego medalu i z faktu, że z Brucem stałem na podium. Rok później w Norden było słabo. Jechałem tam, teraz to mogę powiedzieć, aby powtórzyć finał z Los Angeles. Pojechałem trening w Norden, a po nim ustawiliśmy motocykle. Następnego dnia okazało się, że nawierzchnia jest zupełnie inna. Próbowaliśmy się jeszcze jakoś dopasować, ale średnio nam to wyszło. Skończyłem na ósmym miejscu. Karty rozdawał Egon Muller, a ja wyjechałem, podobnie jak z Pocking, rozczarowany. Niemcy mi szczęścia nie przynosiły (śmiech).

Przejdźmy zatem do weselszych tematów. W 1982 roku, wraz z Bobbym Schwartzem, wygraliście w Sydney Mistrzostwa Świata Par. Dennis Sigalos był tego dnia niepokonany. Po finale pojawiły się głosy, że zawdzięczacie swój sukces oponom Carlisle, na których startowaliście. Z kompletem punktów finały par kończyli przed Tobą tylko Ole Olsen i Ivan Mauger…

Zacznijmy od tych opon. To nie było tak, jak pisano. Tych opon używaliśmy już dużo wcześniej. One miały trochę inny, głębszy bieżnik. Tak naprawdę w ostatniej chwili postanowiliśmy z nich skorzystać. Mój tato wysyłał je nam z Ameryki do Australii. Używaliśmy ich jako jedyny zespół, więc może stąd przypisywano im jakąś magiczną moc po naszej wygranej. Na pewno nam pasowały, były chyba bardziej przyczepne, ale nie one zadecydowały o naszej wygranej. Mieliśmy wtedy tak zwany “dzień konia”. Umówiliśmy się z Bobbym Schwartzem, że on będzie jechał po wewnętrznej stronie toru, a moja będzie zewnętrzna. Bobby brał więc pola wewnętrzne, ja natomiast zewnętrzne. Bobby to najlepszy, moim zdaniem, zawodnik z jakim jeździłem w parze. On w ogóle należał do tych zawodników, którzy bardzo mocno myśleli na torze. Dobrze współpracowaliśmy i wygraliśmy z kompletem złoty medal. Ja faktycznie byłem tego dnia niepokonany. Wtedy w końcu byłem z siebie zadowolony. To był mój dzień (śmiech). 

Jak trafiłeś do Anglii i w jakim klubie startowało Ci się najlepiej?

Do Anglii trafiłem tylko i wyłącznie dzięki Ivanowi Maugerowi. Mauger był w Stanach Zjednoczonych na meczu USA kontra Reszta Świata. Ja wtedy zaczynałem poważnie jeździć na żużlu i właśnie wtedy odbyła się rozmowa z Ivanem na temat moich startów na Wyspach. Później się okazało, że oprócz oferty od zespołu Hull miałem także propozycję od Ole Olsena z Coventry. Byłem młody, podziwiałem Maugera i podjąłem decyzję o podpisaniu umowy w Hull. Był tam też, oprócz Ivana, Kelly Moran więc było mi raźniej, niekiedy może aż za bardzo. (śmiech). W Hull dużo się nauczyłem od Ivana. Sporo mi pomagał, jako młodemu chłopakowi. Później startowałem w Ipswich. Tam czułem się jak w domu. Ipswich przypominało mi latem Kalifornię. Kupiłem tam dom i z niego miałem chyba trzy mile do stadionu. Ostatni sezon w Anglii spędziłem w Wolverhampton. Tam pojechałem tylko siedemnaście spotkań. Później było nieszczęsne Long Beach. 

Schwartz oraz Sigalos

Startowałeś w Hull ze wspomnianym Kellym Moranem. Podzielasz opinię, że gdyby nie rozrywkowy styl życia, to on osiągnąłby więcej?

Mówisz Kelly, a ja się śmieje (śmiech). Od razu wracają wspomnienia z nim związane. Kelly miał niesamowity balans ciałem na motocyklu. Podobnie jak Bobby’ego Schwartza, cechowało go myślenie na torze. Nie ulega wątpliwości, że miał skłonności do rozrywkowego trybu życia. Co by było gdyby, Łukasz, to jest tylko gdybanie. Gdyby nie potrafił się bawić, może by nie jeździł tak dobrze na torze? Może musiał odreagowywać? Nikt z nas naprawdę nie wie, co komu siedzi w głowie. Kelly był doskonałym zawodnikiem i niesamowitym kompanem. Do żużla miał ogromny talent. Taki jak ma mało kto. Przez jakiś czas razem mieszkaliśmy i gdybym miał wspominać historię z nim związane, to moglibyśmy rozmawiać do rana. 

Czujesz się spełniony jako żużlowiec?

Pomimo tego, że startowałem na żużlu tak na „poważnie” tylko przez siedem lat, to oczywiście, że tak. Stanąłem na podium indywidualnych mistrzostw świata. Miałem też swój dzień wtedy w Sydney. Przeżyłem wspaniałe chwile, których nikt mi już nie zabierze. Miałem okazję do poznania kawałka świata. Co najważniejsze, przez te siedem lat robiłem to, co kochałem i jeszcze miałem za to płacone. Powiedz, czego chcieć więcej?

W tamtych czasach żużlowcy z Ameryki byli szczególnie lubiani w Europie…

To prawda. Z jednej strony wynikało to chyba z uwarunkowań geopolitycznych. Byliśmy Amerykanami, którzy przybyli z bogatego kraju zza oceanu. Inna sprawa, że my faktycznie mieliśmy charakterystyczny sposób bycia. Z jednej strony uśmiech, luz – z drugiej czyste skóry i motocykle, czyli profesjonalizm w pracy. Ten styl jeszcze było widać doskonale niedawno u Grega Hancocka. Sympatię kibiców faktycznie odczuwaliśmy. Było to bardzo miłe. Z tym spostrzeżeniem w pełni się zgadzam. 

Twoja kariera skończyła się dość niespodziewanie…

Skończyłem karierę po kontuzji nogi, którą odniosłem na torze w Long Beach. Nie pamiętam nazwiska zawodnika, ale miałem wypadek chyba z jakimś młodym Szwedem. Po jej odniesieniu przemyślałem sprawę i prawda jest taka, że moja psychika nie pozwoliła mi już na powrót na tor. O kontuzji zawodnik nie myśli do tego momentu, kiedy jej nie odniesie. Jak się mocno rozbijesz, a leczenie trwa długo, to zaczynasz myśleć inaczej i zdawać sobie sprawę, że to jest wyjątkowo groźny sport. Tak było w moim wypadku. Postanowiłem definitywnie skończyć, nie robić nic na siłę i wbrew swojej „głowie”.

Po zakończeniu kariery na żużlu nie sądziłeś chyba, że zaczniesz wkrótce kolejną. Tym razem, jako uczestnik wyścigów łodzi motorowych. Z Brucem Penhallem w tej dziedzinie też odnosiliście sukcesy…

Widzę mocne przygotowanie do rozmowy (śmiech). 

Przygotowanie średnie. O łodziach wspominał mi w rozmowie Bruce Penhall. Twierdził, że z Dennisem Sigalosem znów czuł adrenalinę. Tak, jak w czasach kariery żużlowej…

Bruce nie przesadził. Z łodziami zaczęło się jakoś dziesięć lat po żużlu. Bruce chyba stwierdził, że znów trzeba mieć trochę zabawy. Zadzwonił do mnie i powiedział, że zaczniemy ścigać się łodziami, stworzymy team i będzie zabawa (śmiech). Z Brucem się mocno kumplujemy do dzisiaj i oczywiście wszedłem do tej „rzeki”. Pamiętam, że w jakichś zawodach pokonaliśmy mistrza świata. Później to powtórzyliśmy. Wtedy jak to z Brucem – spojrzeliśmy na siebie, zaśmialiśmy się i stwierdziliśmy, że weźmiemy się za to na poważnie (śmiech). Był taki moment, że na te wyścigi łodzi jeździły nasze całe rodziny, a zjechaliśmy chyba całe Stany uczestnicząc w zawodach. Nam to pasowało. Wyścigi na wodzie, słońce, kibice i tak dalej. Znaleźliśmy z Brucem swoje miejsce (śmiech). Była adrenalina. Taka łódź osiąga na wodzie w granicach 240 kilometrów na godzinę. To była fantastyczna przygoda dwóch starszych już panów. Pamiętam, że niektórzy mieli nas za „wariatów” Kiedyś ścigali się na motocyklach, teraz myślą, że na łodziach świat zawojują. Najlepsze było, to  że Bruce był partnerem, a nie rywalem. Wiele lat byliśmy kumplami, ale na torze rywalizowaliśmy. Na łodziach graliśmy do jednej bramki.  Odnosiliśmy sukcesy. Nie chcę się pomylić, ale chyba z cztery czy pięć tytułów mistrzowskich wywalczyliśmy. Pokazaliśmy, że po sukcesach na żużlu można się też sprawdzić w wyścigach łodzi motorowych.

Skoro odnosiliście sukcesy, to pewnie też zarabialiście na tych wyścigach łodzi z Brucem?

Płacono chyba za tytuły mistrzowskie, o ile dobrze pamiętam. Nie zarabialiśmy, bo z Brucem aż tak bardzo profesjonalnie tego nie rozbudowaliśmy. Pieniądze szły głównie w sprzęt. W łodzi masz dwa silniki. Pamiętam, że kiedyś po trzech startach musieliśmy jeden silnik kompletnie przerabiać. Taka zabawa w wyścigi łodzi kosztuje naprawdę sporo. 

Sigalos oraz Penhall tym razem jako motorowodniacy

Dennis Sigalos ogląda dzisiaj żużel?

Powiem Ci, że bardzo rzadko. Mieszkam dosłownie dziesięć minut od toru w Costa Mesa. Jestem tam co roku dwa razy na zawodach. Jedne z nich to oczywiście Puchar Connora, tragicznie zmarłego syna Bruce’a. Nie wyobrażam sobie, aby mnie na tych zawodach zabrakło. W telewizji oglądam żużel tylko wtedy jak na niego trafię. Powiem Ci, że jakoś mocno mnie nie ciągnie, aby oglądać żużel w telewizji. Jestem mocno zajęty innymi sprawami. Wystarczy mi jak pooglądam sobie młodych chłopaków na torze w Costa Mesa. 

W 1980 roku byłeś we Wrocławiu podczas Drużynowych Mistrzostw Świata. Jak Ci się spodobała Polska?

Pamiętam te zawody. Byłem podekscytowany tym wyjazdem do Polski. Byłem młodym zawodnikiem, wiadomo jakie to były czasy i Polska brzmiała dla nas egzotycznie. Wspomnienia mam jak najlepsze. Jesteście bardzo sympatycznymi ludźmi. Pamiętam, że na ulicach widziało się uśmiechy na twarzach ludzi. Przypominało to trochę Amerykę. Pamiętam również, że wyjazd do Wrocławia reprezentacji USA wzbudził zainteresowanie amerykańskiej telewizji. Jedna ze stacji poleciała do Wrocławia i przy okazji mistrzostw kręciła jakiś reportaż o Polsce. 

Jak wspominasz Zenona Plecha?

Zenona znałem doskonale. Zarówno z ligi angielskiej, jak i z czasów, kiedy przylatywał do Stanów na zawody. Jeden z wielkich zawodników tego sportu. Poza żużlem był inteligentnym facetem, z dobrym poczuciem humoru. Wiadomość o śmierci przyjąłem z dużym smutkiem. 

Sigalos oraz Peter Collns

Na koniec poproszę o najzabawniejszą historię z czasów kariery

(Śmiech). Musiałbym się zastanowić. Tych historii było dużo i nie każda się nadaje z wiadomych względów. Najbardziej jednak utkwiła mi przygoda oczywiście z Kellym Moranem. Byliśmy w barze. Oczywiście problemem było samo zakończenie biesiady i opuszczenie lokalu. Jak to się udało, to Kelly stwierdził, że ja „spożyłem” mało i możemy wracać samochodem do domu. Wsiadłem za kierownicę, a Kelly stwierdził, że on pojedzie na przedniej masce. Jako, że byliśmy młodzi i szaleni wszedłem w to. Gdybyś widział jego na tej masce, trzymającego się na zakrętach, to byś padł ze śmiechu. Pamiętam, że dowiozłem go zdrowego i obyło się bez interwencji policji. 

Jednak to nie było ostatnie pytanie. Zakończymy pytając o Twoją siódemkę marzeń?

Nie ma problemu. Stawiam na następujących zawodników – Penhall, Hancock, Schwartz, Preston, Autrey oraz oczywiście bracia Moranowie. 

Dziękuję Dennis za rozmowę i poświęcony czas.

Dziękuję. Pozdrawiam kibiców w Polsce. Szczególnie tych, którzy mnie pamiętają. 

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA

LVBET

7 odpowiedzi

  1. Szaleństwo!Co dzień swietne wywiady,jak się pan wystrzelasz z tych wywiadów to o czym bedzie pan pisał?

    1. Czy świetne nie mi oceniać a z tym codziennie nie przesadzajmy)))) Skończą się nam tematy, zamkniemy i będziemy pisali o rybołówstwie może o rybach lepiej nam wyjdzie)))
      pzdr serdecznie

  2. Super macie materiały. Panie Łukaszu Pana wywiady są mega. Sporo pracy musi Pan w nie wkładać. Gratuluję

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.