fot. Taylor Lanning
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W angielskim żużlu nie dzieje się najlepiej. Kluby systematycznie informują o swoich problemach finansowych, a niektóre – jak legendarne Newcastle Diamonds czy Birmingham Brummies – kończą swoją działalność. Pozytywnych wizji na kolejne lata nie rysuje nam także jeden z angielskich promotorów.

 

– W moim klubie jeszcze w miarę to wygląda, ale to tylko dzięki temu, że właściciel jest zamożny. Prawda jest taka, że to nie jest tak, że pandemia wszystko rozłożyła. Pandemia nas po prostu pogrążyła. Nakaz sprzedawania biletów w internecie sprawił, że starsi kibice odwrócili się od żużla. Trudno bowiem wymagać, aby starszy człowiek zgrabnie operował internetem. Spadek widzów widzą sponsorzy. Jak można im coś oferować i chcieć za to pieniądze? Obawiam się, że obecność telewizji niewiele pomaga. Kibice obejrzą mecz w telewizji, ale niekoniecznie przyjdą na stadion. Jeśli nic się nie zmieni, to kolejne lata widzę w ciemnych barwach – mówi nasz rozmówca.

Wieloletni promotor nie szczędzi krytyki wobec całego środowiska angielskich działaczy. Przyczyn obecnego kryzysu upatruje w wielu elementach.

– Prawda jest brutalna. Nasz żużel, atrakcyjny dla widzów czy sponsorów, skończył się w latach osiemdziesiątych. Stoimy w tym samym miejscu od lat. Jako działacze, nie patrzymy w przyszłość, ale w przeszłość. Na siłę utrzymujemy stare modele, a życie idzie do przodu. Co to za atrakcja gdy jeden zawodnik ściga się w dwóch klubach? Jaki sens ma rozgrywanie spotkań w tygodniu, skoro to nie lata 80.? Każdy goni za pieniądzem i po pracy w dzień roboczy nie ma siły, aby iść na stadion, wrócić z niego przed północą i rano biec do pracy. Od wielu lat część z nas postuluje totalną rewolucję. Jedźmy w weekendy, bez zastępstw zawodników czy dziwnych regulaminów. Problem jest taki, że nie potrafimy się dogadać między sobą. Potrzebny byłby taki przykładowo Kelvin Tatum na stanowisku szefa. Taka osoba winna powiedzieć: „panowie, robimy tak i tak”. Kto chce jedzie, kto nie – ten nie jedzie. Liga nie musi mieć ogromnej liczby zespołów, aby być atrakcyjna. Nie mamy zawodników? Zmieńmy ich liczbę w zespole, a nie tymi samymi zawodnikami objeżdżamy parę klubów. Marketing? To pojęcie mało kto dobrze rozumie. Jeśli niektórzy z nas nie rozumieją, że najpierw się daje, a potem wyjmuje, to o czym my mówimy? Ostatnio komuś poradzono, aby dał „kilka” biletów do szkół. Darmowe wejście dla dziecka, dorosły płaci. Niestety stwierdził, że to bez sensu. Gwiazdy zagraniczne? Mówimy, że są za drogie. Owszem oni się zrobili wygodni. Jadą do Polski, objadą mecz i mają nas w tyłku. Jednak gdyby im zapłacić, to część nawet tych średnich by się skusiła. Kolejna atrakcja. Koledzy pytają o to, po ile musiałyby być bilety. Nie rozumieją, że dziś kawa z ciastkiem w Starbucksie kosztuje pod 10 funtów. Widowiska kosztują, a gwiazdy zawsze ściągały publikę, a ona sponsorów – kontynuuje nasz rozmówca. 

Promotor ma drastyczny wniosek na koniec rozmowy. – Powiem coś kontrowersyjnego, więc proszę o anonimowość. To, jak jesteśmy zacofani jako związek i promotorzy, zrozumiał Barry Bishop, który działa na swoją rękę. Tu nie trzeba krytykować Polaków i się na nich obrażać, ale brać z Was wzorce i prosić o pomoc, póki można. Jestem przekonany, że gdyby część Waszych działaczy wzięła w swoje obroty Anglię, to by nas zawstydzili swoimi nowoczesnymi metodami działania – podsumowuje nasz rozmówca.