Na pierwszy ogień – Zmarzlik. Tenże został ponownie mistrzem świata i… wciąż Mu się nie znudziło. Podobnie jak nie znudziło się malkontentom deprecjonować sukcesu. Przynajmniej próbować. Przyznam, że i mnie zdarza się „czepiać” Bartka. Tylko u mnie to bardziej takie „fakty autentyczne”. Tego bowiem, iż Zmarzłemu daleko do Golloba, czy Janowskiego w dziedzinie holowania Partnera za uszy do mety po podwójną wiktorię, czy też, że potrafi, walcząc o swoje, nie zważać na nic i nikogo, często przewracając kolegów z drużyny – nie sposób racjonalnie podważyć. Taki Jego urok. W zawodach indywidualnych, ten swoisty egoizm, to niewątpliwy, obiektywny atut.
Naród mamy jednak klimatyczny i tenże miast kontemplować niepodważalne osiągnięcie… szuka dziury w całym. Przyznam, iż odrobinę mnie to już drażni. Na cóż komu wywody poniewczasie z cyklu: „Co by było, gdyby… ?” Konkretnie – gdyby startowali Artiom i Emil. Nie startowali – kropka. Nieobecni nie mają racji, a co było(by) a nie jest, nie pisze się w rejestr. Bartosz zdobył tytuł bardziej niż zasłużenie i na tym poprzestańmy. A skoro musimy już „gdybać”, to zastanówmy się bardzo serio, co by było, gdyby… Zmarzlika nie było? Kolejny sezon zagryzania paznokci za przełamanie Duzzersa, bądź Magica? Pewnie tak. Bartosz jest czempionem, bo w odróżnieniu od pozostałej dwójki, trzyma bardzo wysoki poziom przyzwoitości.
Wszak to do Niego należy najdłuższa seria turniejów z awansem minimum do półfinału. Po zmianie regulacji – również dał radę i albo bezpośrednio, albo przez eliminator – meldował się zazwyczaj w czwórce. Kiedy nic Mu nie pasuje, a fura zawodzi – Zmarzlik i tak dźwiga. Dźwiga oczekiwania własne i sprzyjającej mu części kibiców. I ta cecha różni Go zasadniczo od pozostałych Orłów, u których wahania formy przypominają sinusoidę. Ze skrajności w skrajność. A wygrane rundy, to dla Bartosza wisienka na torcie. Najchętniej zwyciężyłby we wszystkich, jak leci. Nadal tak ma.
On już przecież nic nie musi. Zarobił krocie, zdobył szczyt i rozgościł się nań na stałe, a mimo to ma wciąż parcie na kolejne sukcesy i nie odpuszcza. Wypada więc raczej docenić i uszanować niż ganić, nawet mimo drobnych przywar.
Kolejny wątek powracający jak bumerang, to przygody kalendarzowo-pogodowe miłościwie nam panujących. A to każą ścigantom startować cztery, czasem pięć razy w tygodniu, ganiając ich po całej Europie na złamanie karku i to nie idzie o imprezy z cyklu Puchar Wójta Pcimia. A to za chwilę fundują rajderom niczym nie uzasadnione, śródsezonowe wakacje. A to znowu antycypując prognozy pogody, odwołują profilaktycznie ważne zawody, jeszcze przed wyznaczonym terminem, ze względu na rzekomo przewidywane gradobicie. Jakby owo, nawet jeśli doń dojdzie, uniemożliwiało atrakcyjne i bezpieczne widowisko. Ręce opadają. A gdzież to napisano, że drobna mżawka nie pozwala się ścigać?
Może zamiast ogromnych traktorów, ciągnących za sobą ledwie dwumetrowy kształtownik o wadze kilku kilogramów, udających, że robią coś pożytecznego warto (za przykładem choćby Szwedów), wyposażyć organizatorów w zestaw maszyn… drogowych. Skandynawowie nawet po ulewie w ciągu najwyżej godziny, potrafią zdjąć warstwę błota, dosypać suchego, przemieszać, uklepać i jechać dalej na twardym, równym i zbetonowanym, skoro współcześnie inaczej ścigać się „nie da”. I nie trzeba zaraz zmuszać klubów do kupna takiego sprzętu. Możliwości jest wiele. Sponsoring, komercyjne wypożyczenie itd. itp. Z tego akurat rozwiązania pożytek byłby zdecydowanie większy, a i sens „operacji” broniłby się sam, w odróżnieniu od obecnych poczynań „na alibi”. A tak – odwoływanie i przekładanie na potęge, nie zawsze uzasadnione. A tu czai się kolejna okazja do załapania na Malinę. Może bowiem okazać się, że oto daty przełożono na tyle niefortunnie, iż te kolidują ze zobowiązaniami gończików np. w prestiżowej Zlatej Prilbie. I znowu klops. I znowu kolejne przekładki. Do znudzenia i całkowitego wygnania kibiców ze stadionów. Obserwując poczynania władz w tej materii, odnoszę wrażenie, że działają po trosze w myśl zasady: „Co by tu jeszcze spieprzyć Panowie, co by tu jeszcze spieprzyć”, jak w znanej patriotycznej pieśni, acz nieco prześmiewczej jednak, autorstwa Wojciecha Młynarskiego.
Skoro zaś o „spieprzaniu” czego się da. Im zasady prostsze, tym bardziej czytelne. Do niedawna wystarczyła broszurka i wszyscy wiedzieli jak się ścigać. Teraz to już opasłe tomiska, których treści nawet autorzy nie ogarniają. A kontrowersji wciąż jakby przybywa – czyż nie? Może warto więc wrócić do podstaw, a ewentualnie „ulepszać” jedynie to, co ewidentnie wymaga poprawy. Fikcyjne licencje i rzekome nadzory, skazywanie beniaminka na rychłą degradację ze względu na ułomne „okienko transferowe”, w praktyce nie funkcjonujące – tu jest sporo do zrobienia. Tylko na pierwszy ogień. Konstytucja USA nie przypomina objętością Trylogii a mimo to państwo sobie „jakoś” radzi.
Na koniec słówko o strażnikach moralności. Dla mnie jako źródło cnót wszelakich jawią się owi nader groteskowo. Za takowych próbują usilnie uchodzić ostatnimi czasy byli działacze takoż najczęściej „byli” parlamentarzyści w jednym. Ten zielonogórski na ten przykład, w zestawieniu z niedawnymi, inicjowanymi przez się, karczemnymi, medialnymi awanturami przeciw Karolakowi Tomaszowi – aktorowi, skądinąnd – znanemu, nie brzmi… wiarygodnie. Niegdyś biznesmen, chwilowo – parlamentarzysta, miał był udzielić pożyczki celebrycie, na sfinansowanie powstania prywatnego teatru tego ostatniego. Syn Melpomeny kaskę ochoczo przytulił, po czym… zapomniał oddać w terminie. I tu już ów moralizujący Dowhan Robert nie prezentuje się ani od strony etyczno-moralnej, ani pod względem skuteczności poczynań nazbyt chwalebnie. Miast pójść do instytucji powołanych z urzędu do rozstrzygania sporów (sąd), a potem zaangażować windykatora (komornik) odzyskując co należne bez zbędnego zamieszania – zaczął publicznie, a to łkać, a to wygrażać, a to straszyć, zupełnie jakby nie znał starego przysłowia: „pożycz komu pieniądze – kupisz sobie wroga”. Saga zdaje się trwa w najlepsze, ale to nie jedyny asumpt do zastanowienia nad moralnością moralizującego. Nie tak dawno bowiem, pan jeszcze senator, zaprezentował światu, podczas Gali Mistrzów Sportu, inspirującą partnerkę w wieku własnej… wnuczki.
Widać taka moda pośród Bohemy. A to Rutkowski, czy inny Korwin pochwali się wszem, wobec, a każdemu z osobna, nową żona/partnerką/kochanką *(niepotrzebne skreślić), trzy razy młodszą od siebie, w pakiecie dorzucając „hot newsa”, że oto owa niewiasta zaszła w ciążę i to rzekomo z nim. A to ś.p Łapicki Andrzej, takoż aktor jak Karolak, tuż przed opuszczeniem ziemskiego padołu poślubi… prawnuczkę. Przecież to oczywiste, że wyłącznie z powodu czystego, bezinteresownego, gorącego uczucia, które przeca nie zna granic – wiekowych też. Toż to od razu widać, że kręcą telewizory kolejny sezon „Miłości od pierwszego wejrzenia”. Rozumiem,iż w przypadku Roberta D. owa gwiazda jednej nocy jest córką zaprzyjaźnionego kominiarza, która poczuła nieodpartą potrzebę posmakowania wielkiego świata, tudzież establishmentu, zaś pan senator uznał, że… można. Znaczy, można pokazać dzierlatce świat celebrytów. Zabrał ją więc był na Galę, a ta odpłaciła zainteresowaniem mediów, z uwagi na wiek (ściśle – różnicę), urodę, karnację, figurę, takoż modny skądinąnd – brak bielizny pod sukienką. Naturalnie wszystko bezinteresownie. A mnie to jakoś kryzysem wieku średniego trąci, choć mogę się mylić. I teraz Pan senator grozi paluszkiem uznając zachowania niektórych za obrazoburcze, nieetyczne i niegodne. Ot, przyganiał kocioł garnkowi, a sam smole chciałoby się rzec.
Podsumowując. Dajcie oddychać Zmarzlikowi, bo bez Niego wciąż czekalibyśmy na polskie laury w światowym speedway`u. Skupcie raczej uwagę na kolejnych absurdach tak licznie i radośnie objawianych przez miłościwie nam panujących. A jak się komu znudzi – zawsze może podywagować o wyższości SoN nad DPŚ, DMPJ nad MMPPK, czy turniejach o kawałek szkła, w których jedynym celem jest kasa. Etykę i moralność pozostawmy ocenie powołanych do tego, wszelkiej maści osób duchownych i uduchowionych, niezależnie od wyznania, że tak haniebnie na koniec… zażartuję.
Przemysław Sierakowski









Żużel. Nicki Pedersen jak… Cristiano Ronaldo?! Wymowny wpis Speedway Kraków!
Żużel. Wielka rewolucja na stadionie Unii Leszno? Jest plan, będzie… dach?
Żużel. Polonia Piła chce kolejnej sensacji! Lider mówi o ucieraniu nosa! (WYWIAD)
Żużel. Włókniarz wybrał kapitana! Postawili na „młodego”!
Żużel. Wyprzedzili wszystkich! Zorganizują pierwsze zawody w Polsce!
Żużel. Motocykl żużlowy… wolny dla Zmarzlika? Mistrz zaskakuje!