Główny partner portalu

Przemysław Sierakowski, autor tekstu
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Zwycięski remis Torunia w Grudziądzu. Buńczuczne wypowiedzi działacza GKM post factum. A na dokładkę – Magic magiczny w Pradze. Tamże Anlas sponsorem tytularnym SGP Czech. Ma się rozumieć z miękką mieszanką, jak w… Mitasach. Troszkę się podziało. Dziś zaś dokończenie, a w zasadzie trzecie podejście do drugich zawodów cyklu, kosztem… memoriału Jancarza.

 

Tę starą, prawdziwą maksymę z tytułu, przypomniałem sobie czytając z niemałym zaskoczeniem wypowiedzi Zdzisława Cichorackiego – członka rady nadzorczej GKM, po de facto przegranym, starciu z Apatorem. Ten remis dał torunianom pewność przedłużenia ligowego bytu, zaś grudziądzan postawił w niemal beznadziejnej sytuacji. Tymczasem… Działacz grudziądzkiego klubu, z sobie tylko znanych powodów, zaprezentował publicznie opinie trącące butą i arogancją. Chyba, że się mylę. Wszak matematyka nauką ścisłą jest, tylko nie bierze poprawki na zawodowy sport. Na jednym z portali ukazała się krótka rozmowa ze Zdzisławem Cichorackim, w której ten bez zająknienia twierdził, że z Pedersenem to GKM spokojnie pokonałby Anioły. Skąd niby ta pewność, chciałoby się zapytać. A może działacz brał pod uwagę wersję z Pedersenem w barwach gospodarzy, a bez Jacka Holdera wśród gości? Wtedy byłoby to realne, acz nie przesądzone. Feralny trzeci wyścig, zakończony przetransportowaniem do szpitala obu liderów, w moim odczuciu, dał handicap miejscowym. Krakowiak, który normalnie nie powąchałby toru, okazał się czarnym koniem zawodów. Przyjezdni „ratowali się” występami juniorów. Efekt. W trójkach 9-6 dla GKM, zaś w śliwkach 6-9. Apator nie woził zer mimo ogromnych problemów personalnych i cały czas dzielnie trzymał się ogona.

Podopieczni Ślączki nawet dowożąc zwycięstwa indywidualne nie potrafili przekuć ich w przewagę zespołową. Skąd więc przekonanie, graniczące z pewnością u grudziądzkiego członka Rady Nadzorczej klubu? Równie dobrze, przy kompletnych zestawieniach, to goście mogli zjeść na surowo gospodarzy. Jeśli miała to być rozmowa ku pokrzepieniu serc i przekonaniu ogółu, że nie wszystko jeszcze stracone – to wyszło najwyżej średnio. No i ta jasność w kwestii plamy Kenia. Ten to bowiem, zdaniem działacza, miał najoględniej, wystraszyć się po karambolu, w którym również uczestniczył, stąd tak kompromitujący dorobek. A ja bym optował zdecydowanie za wersją „brak startów”. Bjerre, jak Doyle – im więcej się ściga, tym jest skuteczniejszy. Każda przerwa, wytrącenie z rytmu, natychmiast kończy się powrotem na start i koniecznością budowania formy od podstaw. A ile pościgał się kieszonkowy Duńczyk między meczami ligowymi w Polsce? No właśnie. W Grudziądzu można wiele poprawić, poczynając od dopasowanego do drużyny, powtarzalnego toru, po… oficjalne wypowiedzi przedstawicieli klubu, by się już bardziej nie ośmieszać. Zawsze lepiej wiedzieć co się mówi niźli mówić, co się wie, a ściślej, co się komu wydaje, że wie. No i skoro o maksymach. Znam i taką, instruującą, że wchodząc na szczyt warto się wszystkim kłaniać, bo wracać będziemy tą samą drogą. Warte zapamiętania i zastosowania. Liczyć na wiktorię przeciw Lwom, to po trosze jak postawić na Szpilkę, albo Najmana w starciu z Furym czy Wilderem. Ale nie takie cuda zna historia sportu. Wszak nadzieja umiera ostatnia. Co na to algebraiczny rachunek prawdopodobieństwa?

W Pradze ruszyły dwie pierwsze rundy tegorocznego cyklu o SGP. Na raty. Nim jednak o rywalizacji sportowej. Tytularnym sponsorem czeskiego otwarcia – Anlas. Turcy kupują sobie względy FIM i wypierają z rynku Mitasa. Tylko. W Polsce zbadano twardość mieszanki obu producentów i okazało się, że… obaj to oszuści. Tak właśnie. Oszuści. Ani Turcy, ani Czesi nie honorowali narzuconych przez federację standardów twardości. I co? Ano nic. Kompletnie nic. W Polsce zawodnicy nadal startują na „lewych” oponach, bo inaczej nie mieliby na czym. To samo w SGP. To po co udawać, że w ogóle obowiązują jakiekolwiek zasady i standardy? Silniki dowolnej pojemności, gaźniki jak kto lubi, mieszanka takoż itd. itp. Skoro można „legalnie” ścigać się na oszukanych oponach, to co z całą resztą – też luz blues? Słabe to i drzwi się odemkły – jak mawiała moja babcia. A podobno taki mamy profesjonalizm. Podobno.

W stolicy Czech, od strony sportowej, sprawdziły się przepowiednie Rafała Dobruckiego. Narodowy coach po tarciu Janowski vs Zmarzlik podczas IMP stwierdził był, że takowe mogą jedynie przynieść… dobre efekty. Motywacja, determinacja – rosną. I tak też stało się pierwszego dnia w Czechach. A sam Dobrucki pokazywał się nie tylko w ujęciach obok profesora z Oxfordu, zatem pewnie uznał, że warto być, ale też aktywnie uczestniczyć. No i jeszcze dwie obserwacje z otwarcia. Komputer i tor. Ten pierwszy miał uruchamiać taśmę startową, gdy wszyscy pozostaną w bezruchu. Coś ewidentnie nie poszło. Czołgali się i celowali jeden przez drugiego, a żywy arbiter nie tylko nie przerywał rywalizacji, ale nawet szczególnie chętnie nie rozdawał warningów. Obiektywnie – system do pilnej poprawy. Albo do poprawy relacje duńsko-duńskie, bowiem owo czołganie dotyczyło głównie Madsena – zatem Hamleta. Co do nawierzchni zaś, wydawało się, że dyrektor cyklu, ostatni raz mam nadzieję dyrektor, postanowił zabawić się z zawodnikami w chowanego, przy tym narażając rzeczonych na groźbę odniesienia poważnych kontuzji. Zreflektował się dopiero od trzeciej serii w piątek, pozwolił działać Tomasowi Topince i mogliśmy wreszcie raczyć się pierwszorzędnym ściganiem. To taka dygresja a propos komisarzy torów w Polsce. Skąd niby facet z zewnątrz ma znać tajniki nawierzchni i wiedzieć jak ta zachowuje się po przelaniu, bronowaniu, bądź przesuszeniu? Oczywiście nie wie. „Broni się” wówczas skałą. W Czechach ów „komisarz” postanowił zaś nieco się zabawić, kosztem ścigantów naturalnie. Dobrze, że późno, bo późno, ale przyszło opamiętanie.

I jeszcze wtręt o IMP, takoż rzekomo nagannym zachowaniu Maćka Janowskiego podczas dekoracji. Przeca był na podium. Hymnu wysłuchał godnie. A że nie miał ochoty fetować triumfu gościa, z którym akurat jakoś niespecjalnie się kocha, to i jego wybór. Że nietaktowny? Prawda. Że naganny? Tu już bym dyskutował. Zamiast nieszczerych uśmieszków pod publiczkę, sztucznego selfie, czy „okrągłych” wywiadów, Magic postanowił zamanifestować delikatną niechęć do rywala. Jego wybór i jego… fala hejtu, której nota bene powinien się spodziewać. Powinien, bo mocno „pod Zmarzlika” komentowali turniej telewizyjni sprawozdawcy, nie próbując nawet skrywać swych sympatii. Oni też dorzucili cegłę nie cegiełkę, do wywołania skandalu i późniejszych jednoznacznych ocen. Zatem czy komentatorzy TV powinni być kibicami, nie kryjącymi swych preferencji? Moim zdaniem – nie. Ale to tylko moje, niewiele znaczące przemyślenia.

Na podium wielkich imprez mieliśmy „prawdziwe” skandale. 2 sierpnia 1936 roku, podczas igrzysk w Berlinie, tylko Maria Kwaśniewska podczas dekoracji rzutu oszczepem, nie podniosła ręki w faszystowskim geście, pozdrawiającym siedzącego w loży Adolfa Hitlera. Dziś mówimy o patriotyzmie, manifestacji ze strony Polki i oceniamy to wydarzenie jako wyczyn. Pozytywny wyczyn. A wtedy? Wszyscy medaliści, jak jeden mąż, karnie wykonywali ów gest. Tylko Kwaśniewska „musiała” się wyłamać. Wówczas ją zmiażdżono, szczególnie w niemieckich mediach. Współcześnie uchodzi za bohaterkę. Przewrotny ten sportowy los – nieprawdaż?

Albo świeżo. Eugene w USA. Amerykańskie kwalifikacje olimpijskie w rzucie młotem. Dekoracja najlepszych. Hymn. Podczas gdy Price i Brooke Andersen stały nieruchomo na podium z ręką na sercu, trzecia w konkursie Berry urządziła swój spektakl. Jej gesty nie wywołały jednak reakcji ze strony trybun. Problemów z jej zachowaniem nie miała też nowa rekordzistka Ameryki: – Uważam, że ludzie powinni mówić to, co chcą. Jestem z niej dumna – powiedziała Price. Berry twierdziła zaś, że zachowanie podczas ceremonii nie było objawem braku szacunku dla hymnu, a demonstracją polityczną: – Mój cel i moja misja sięgają dalej niż sport. Jestem tutaj, aby reprezentować tych, którzy zginęli z powodu systemowego rasizmu. To ważna część. Dlatego jadę  do Tokio. Dlatego dziś tu jestem – mówiła Amerykanka. W mediach społecznościowych pojawiło się jednak wiele komentarzy na temat zachowania Berry. Jedni ją popierali, inni twierdzili, że takim zachowaniem doprowadziła do sytuacji, w której kibice z USA zamiast niektórych swoich sportowców, będą wspierać ich rywali w Tokio. Zatem i tu było gorąco. Gdzie w tej hierarchii umieścilibyście występek Janowskiego? Że nie ten kaliber? No dobra, to przykład adrenaliny i pozasportowych emocji z grudziądzkiego podwórka. 2017 marzec. Mistrzostwa Polski w boksie kobiet. I taki oto lapsusik prasowy: Policja w Grudziądzu potwierdza złożenia zawiadomienia o… bójce między uczestniczkami zawodów: – Postępowanie prowadzimy dwutorowo, bo oponentka (Drabik) też złożyła zawiadomienie, w którym zeznaje, iż to ona została napadnięta i pobita przez rywalkę, a nie odwrotnie – wyjaśnia  Maciej Smarzyński z Komendy Miejskiej Policji w Grudziądzu. Można? No można – tylko nie trzeba. Nikt też (chyba) nie zmusza nikogo do „świętowania” triumfu rywala, którego nie do końca darzy estymą. Co innego odbiór medali i wysłuchanie hymnu. W IMP na żużlu nie doszło przecież do bójki.

No i na koniec podsumujmy wreszcie tę Pragę. Kto bierze Hradczany zdobywa tytuł. To znana prawda. Oby znowu się potwierdziła, bo o niedzielne wyniki Polaków, w przyzwoitych tym razem, miejmy nadzieję, warunkach – jestem dosyć spokojny.

PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI