Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle punktów zdobyła reprezentacja Polski podczas DME na torze w Poznaniu

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów zdobyła reprezentacja Polski podczas DME na torze w Poznaniu
Przemysław Sierakowski, autor tekstu
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Trochę nam się znowu podziało. Nie tylko pod względem sportowym. Okolice polskiego piekiełka żużlowego zrazu zaczynają mocno przebijać się ponad czysty, nazwijmy go tak dla zabawy – sport. W Tarnowie groteska. Z udziałem Niemców w II lidze – takoż. Witold Skrzydlewski zapowiada ciąg dalszy sporu z Tungatem i pomstuje na… Marcina Gortata. Niewiele sportu wokół… sportu. Chciałoby się zapytać klasycznie: – „To ile jeszcze zostało żużla w żużlu”?

 

Prezes Sady oddał się do dyspozycji rady nadzorczej. W Unii Tarnów kipi. Choć bardziej adekwatnym do aktualnej sytuacji byłoby stwierdzenie, że to wokół klubu kipiel. Wewnątrz wszystko zdaje się wyglądać sielankowo. Prezes enty raz oddał się do dyspozycji. Nie żeby zrezygnował z fuchy, podał się do dymisji ze skutkiem natychmiastowym – nic z tych rzeczy. Łukasz Sady, starym sprawdzonym sposobem… oddał się. A rada nadzorcza? Ta chce mieć święty spokój, bez względu na najbardziej nawet dramatyczne okoliczności przyrody, więc łacniej jej udawać wiarę w prawdziwość „rewelacji” dowodzącego o wyjątkowym pechu i kontuzjach, niźli zakasać rękawy i zdziałać cokolwiek… sensownego. Sady pozostał na stołku, zaś na kuriozum zakrawa fragment oficjalnego oświadczenia rady, o tym mianowicie, że każdy potencjalny chętny zostanie przyjęty w klubie z otwartymi ramionami, pod warunkiem wszakże, iż zdecyduje się wyłożyć ciężką kasę i… nie wnikać co się z nią stanie, pozostawiając naturalnie, niejako rykoszetem, obecne status quo na stołkach.

Czyli szukają idioty z forsą? Na to wygląda. Tylko siadając na trybunach musiałby uważać, by przypadkiem nie wstawić tyłka w ostry i kolący oset, bo tych na Mościcach nie brakuje. Na trybunach też. To niebezpieczny moment dla klubu. Zrazu pojawi się wokół padliny stado „cudotwórców” gotowych już jutro wszystko poukładać jak należy. Na tych cwaniaków, chcących wykorzystać tragedię i błysnąć trzeba uważać – będzie przybywało. Tylko kto miałby weryfikować intencje i możliwości? Chyba, że jakiś były policjant, chwilowo zawieszony w czynnościach służbowych. Tu mogłaby się przydać umiejętność przesłuchania i oceny wiarygodności. Do marketingu niekoniecznie. I jeżeli kogokolwiek dziwi bierność Azotów, to przecież warto przypomnieć stare porzekadło: – „Tam gdzie kończy się logika, tam zaczyna się żużel”. Sponsor finansuje klub z nadania, to i nie wnika co tam wewnątrz, dopóki jest „coś” i daje alibi do przekazywania kasy. Grupa Azoty nic tu z własnej inicjatywy nie zrobi, bo nie chce i nie zechce się w te spory angażować. No, chyba że miarka się przebierze i całkowicie zawiesi wpłaty. Zawiesi, ale nie zrezygnuje.

W tym duchu pozostał Witold Skrzydlewski. Ponowił publicznie zarzuty i wywołał medialny dalszy ciąg waśni z Marcinem Gortatem i Rohanem Tungatem. Zdaniem łódzkiego bonza tenże niedawny lider, wmanewrowany w kontrakt dla Tarnowa przez byłą gwiazdę NBA wisi mu. Nie żeby jego sportowe losy onemu „wisiały”. Kangur ma wisieć Skrzydlewskiemu kasę, a ten za punkt honoru postawił sobie przy pomocy sądu powszechnego, przekonać gawiedź do swych racji, zaś niesubordynowanego żużlowca boleśnie, bo finansowo, postawić do pionu. No to ciekawe, kto ma znajomości wyżej w polskich, niezawisłych ma się rozumieć… sądach. Gortat, czy Skrzydlewski? Nawet przy pomocy biletów będących prawnym środkiem płatniczym w Polsce, może być trudno, bo tu już pomagają nie tylko ściany, ale bardziej koneksje i układ lokalny. Dajcie mi człowieka, znajdę na niego paragraf. Waszym zdaniem – kto wygra? Bo moim, bez względu na ewentualne rozstrzygnięcie przed sądem, przegra sport i wizerunek zarówno klubu, jak też jego dobroczyńcy. Koszykarzowi w tej materii nic nie jest w stanie zaszkodzić.

Na groteskę zakrawała za to krótkotrwała telenowela z kwestią udziału, bądź nie Niemców z Wittstock w naszej drugiej dywizji. Jak się zgłaszali –  z otwartymi ramionami przyjmowano jak błogosławieństwo. Bo wyższa konieczność nakazywała. Nie żeby intencją było ratowanie żużla na Zachodzie, bo Germańce aplikowały nad Wisłę zamiast, a nie oprócz Bundesligi, jakkolwiek by ta nie miała wyglądać. Czyli my sobie ścielimy ciepłe gniazdko, jednocześnie niszcząc co jeszcze zostało do zniszczenia za Odrą. Tak to było. No bo przecież koncepcja trzeciego szczebla i słynne 3×8 musiało przetrwać za wszelką cenę. Władza się nie myli. Ta nad Wisłą szczególnie. Tymczasem Niemcy wymyśliły lockdown i Wilki karnie, odwrotnie niż druga z ekip, wycofały swój akces. W tamtym momencie nie mogliby wystąpić. Tylko ich kumple z Landshut dali sobie na wstrzymanie i czekali do końca z oficjalnymi ruchami.

Ci z Wittstock wychylili się przed szereg i o mało nie przypłacili tego ruchu katastrofą. Tym razem bowiem okazało się, że PZMot nie zamierza skorzystać z opcji nakazowo-rozdzielczej, a postanowił dla alibi wprowadzić zasady demokracji i zapytać o zdanie pozostałych uczestników tej ligi. A jak to w Polsce. Ktoś zawsze musiał się wychylić. Najpierw na nie byli bracia bliźniacy opolsko-poznańscy. Poznań trochę nawet „rozumiem”. Nie mogą nazbierać dwóch dych dla rajdera-lidera, a tu każą im dodatkowo urządzać międzynarodowe wycieczki. Z drugiej strony… takie wielkie miasto. O co tam chodzi? Opole to już odrębny temat. Naturalnie już wcześniej pomstowali na drogie eskapady. I tu racja. Skoro jednak takie są warunki gry, nie ma co narzekać. Tylko trafiła się okazja, by jeden z tych wyjazdów odpadł, a przy tym, zważywszy siłę sportową Niemców, odpadło by też sporo za punktówkę w dwóch wygranych spotkaniach. Opole postanowiło skrzętnie skorzystać z dobrodziejstwa demokracji, wykorzystać niezdecydowanie, bądź próbę grania na alibi przez władze (przecież sami chcieliście – nieprawdaż?) i postawić veto. Rozsądne i logiczne z punktu finansowego. Sportowo, skoro już trzeci szczebel „musi” istnieć – niekoniecznie. No i zostali poniekąd zaszczuci. Stanęło ostatecznie na tym, że Wilki zostały na powrót dopuszczone do rozgrywek i to wcale nie za sprawą wytrącenia opolskich argumentów. Tryb nakazowo-rozdzielczy czasem też miewa walory.

A w samym ściganiu? Przetrzebione na własne życzenie Gniezno mogło mieć jeszcze większy problem od deszczu. Ten tor na Krosno wyglądał jak zemsta sąsiada. Poobijany Kildemand niedomagał, ale już ledwie parę dni po wystartował, z równie opłakanym skutkiem, w Danii. Na własne życzenie, a to wedle stanu nawierzchni ma się rozumieć, rozbił się Oskar Fajfer. Juniorzy z obu stron, dali praktyczny pokaz jakości szkolenia i na tym poprzestańmy, zaś gwiazdor… telewizji postanowił, po jednorazowym ślizgnięciu i ocenie stanu „tego czegoś” pod sobą z perspektywy bezpiecznej śliwki, dalszą część zmagań, bo to dobre określenie, obejrzeć z parkingu. Potem, bowiem następnego dnia groziło im następne domowe starcie, uratował gnieźnianom poobijany tyłek deszcz. Mecz przeciwko Łodzi odwołano. Niedawno opowiadał Sqra, że to żadna frajda pokonać niedomagającego rywala. No to będzie miał możliwość powojować z „domagającym”, bo ten dzień po rzeźni jaką sobie zgotował, nie byłby raczej w stanie nawiązać wyrównanej walki.  Żal tylko kości potłuczonych chłopaków, bez względu na poziom prezentowanych umiejętności jeździeckich. Owszem. Torem można sobie pomóc, ale żeby był pod koło, to też trzeba umieć przygotować. To, co było w Gnieźnie, trudno nawet określić kartofliskiem, bo na takim przynajmniej redliny równe. Przy okazji tego spotkania jednak nie dał Kwiecińskiemu jednoznacznej odpowiedzi Jeleń. Na kogo ma postawić trener Wilków? Milik jak Jeleniewski. Z piekła do nieba, od zera do trzech. Nie ma środka. Ze skrajności w skrajność. No to ma szkoleniowiec Krosna zagwozdkę.

Przy okazji niewielki kamyczek do rodzimego, grudziądzkiego ogródka. Po ostatniej domowej potyczce przeciw królowej Unii zacząłem się poważnie zastanawiać. Nad tym mianowicie, czy w 13. starciu meczu z Wrocławiem Ślączka rzeczywiście cokolwiek reżyserował, czy raczej sprzyjał mu fart. Mam wrażenie, że jednak wypowiedź grudziądzkiego coacha o tym, że zwyciężył wówczas sport była… szczera i prawdziwa aż do bólu. Niby taki cwaniak, niby król festiwalu iluzjonistów, a tu ewidentna wtopa. I nie chodzi o kolejne spapranie grudziądzkiego owalu od połowy zawodów, kiedy zaczął być coraz twardszy i zrazu coraz bardziej sprzyjający… przyjezdnym.

Chodzi o brak komunikatu przed biegiem, nomen omen… trzynastym. Skoro nie dało się wygrać zespołowo, to w kontekście siły rażenia miejscowych, należało się delikatnie podłożyć, doprowadzając do (-6) w spotkaniu i możliwości skorzystania z podwójnej taktycznej w nominowanych. Taki as jak Ślączka przegapił? A może z Wrockiem także tylko opatrzność czuwała? Coraz bardziej skłaniam się ku drugiej opcji. A manewr im. Marka Cieślaka nie dość, że utrwalony przez autora, to powielany z powodzeniem przez niego samego. Nic tylko zamiast wymyślać koło i proch – korzystać. To Ślączka kto? Cwaniak? A może… ?

Za nami też eliminacje do SEC. Z udziałem starającego się realnie o powrót do SGP Dudka, ale bez mówiącego o tym Pitera. Jedną z furtek Pawlicki sam sobie zamknął, nie zabiegając o udział w pardubickim ściganiu. To jak jest ze szczerością intencji? Wola jest, tylko czekamy na zaproszenie, czy dziką kartę? Trochę mi tu jedno z drugim nie współgra. Pewnie gdyby tylko poszedł sygnał od zawodnika – chcę, powalczę, załatwcie mi możliwość – to ta „możliwość” znalazła by się już w Pardubicach. Ale dość o tym, bo zbaczamy na peryferia. W zawodach właściwie bez sensacji. Jedyną chyba niespodzianką porażka Tarasienki. Na czele Duzers, potem Bewley, Łogaczow, Lebiediew i… Hansen. Dlaczego po wielokropku? Ano, bo i on i Timo Lahti mieli po 10 oczek, tylko Fin z trzema trójkami, a Duńczyk z jedną. Jak świat światem wyżej byłby Fin, a tu rozegrano… dodatkowy wyścig między zainteresowanymi. Wygrał młody Hamlet i tak o to mamy w stawce jedną nację mniej (Finlandia), na rzecz następnego, acz bardzo młodego w porównaniu – Duńczyka. No i nieco zawiódł drugi z naszych – Kuba Jamróg. Stawka „do powalczenia”, więc Kuba powalczył na miarę aktualnych możliwości, acz bez promocji. Takaż to siła naszego zaplecza, bezpośredniego zaplecza, chciałoby się rzec. No to gdzie ta polska potęga?

PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI