Główny partner portalu

Żużel. Brian Simpson: Pierwszy był John Louis. Poza żużlowcami leczyłem Ewana McGregora czy kaskaderów z Harry’ego Pottera (WYWIAD)

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Z jego pomocy korzystał w ostatnich dekadach niejeden polski żużlowiec. Jeżeli tylko zaistniała  konieczność szybkiego leczenia, zawodnik najczęściej udawał się właśnie do słynnego cudotwórcy z Ipswich, doktora Briana Simpsona. O tym, jak się leczy przedstawicieli czarnego sportu i który z nich jako pierwszy wylądował w gabinecie angielskiego doktora w poniższej rozmowie. 

 

Proszę powiedzieć, od kiedy zajmuje się Pan leczeniem żużlowców i który z nich „trafił” do Pana jako pierwszy?

Jeśli chodzi o sport żużlowy, to tak naprawdę leczę zawodników po dzień dzisiejszy. Pierwszym zawodnikiem speedwaya był nie kto inny jak  legenda Ipswich Witches, John Louis. Miało to miejsce dokładnie  w 1977 roku. John Louis trafił wówczas do mnie z polecenia klubowego lekarza Wiedźm. Uprzedzając następne pytanie, zawsze chciałem zostać lekarzem i pomagać ludziom. Dyplom lekarski zdobyłem w 1966 roku. 

Od lat w środowisku żużlowym w Polsce uchodzi Pan za „cudotwórcę”. Lekarza, który potrafi bardzo szybko postawić na nogi…

Prawda jest taka, że swoją pracę kocham i wykonuję ją z powołania. Każdy wyleczony przypadek to oczywiście dla mnie  wielka satysfakcja. Jeśli mam taką opinię o jakiej mówisz, to tylko mogę się z tego faktu cieszyć. Moja „popularność” wzięła się oczywiście nie z ogłoszeń, a z poczty pantoflowej. Zadowolony pacjent przekazywał opinię kolejnym, którzy potrzebowali pomocy. 

Proszę przybliżyć czytelnikom, w leczeniu jakich schorzeń Pan się specjalizuje?

Od lat leczę schorzenia, które mają wpływ na układ mięśniowo-szkieletowy pacjenta. Mówimy tu o kościach, wiązadłach czy mięśniach. Jednak od lat główną  moją specjalnością z której jestem jak to mówisz “znany”  jest leczenie wspomnianych urazów powstałych u pacjentów na wskutek upadku przy dużej prędkości. Oczywiście mam tu na myśli takie sporty jak wyścigi motocyklowe Moto GP, Superbike czy po prostu jazda konna. 

Słynna terapia laserowa, po której żużlowiec wracał z Ipswich  do Polski i “z marszu” wsiadał na motocykl… Na czym ona dokładnie polegała?

To jest złożony proces. Terapia którą stosuje  polega na specjalnym skanowaniu miejsca złamania u zawodnika, przy użyciu lasera na podczerwień, przy jednoczesnej terapii miejsca polem magnetycznym. Taki zabieg medycznie zdecydowanie przyśpiesza gojenie się miejsca złamania. 

Jest Pan w stanie policzyć, ilu polskim żużlowcom Pan pomógł do tej pory?

Niestety nie. Pamiętam jednak, że pierwszym był na pewno pewien zawodnik, który chyba na początku lat 90 startował dla jednego z angielskich klubów. On później powiedział o wizycie u mnie innym zawodnikom z Polski, ci z kolei następnym i tak to się później już potoczyło. Przylatywało z Polski coraz więcej zawodników. Gdybym miał szacować liczbę polskich zawodników żużlowych, to na pewno przez wszystkie lata byłoby ich ponad stu. Niestety jako lekarz mam to do siebie, że kompletnie nie mam pamięci do nazwisk. Najczęściej trafiają do mnie zawodnicy z Polski ze złamanym obojczykiem i po leczeniu w mojej klinice większość po tygodniu czy po dwóch wsiada z powodzeniem na motocykl żużlowy.

Jaki najpoważniejszy uraz żużlowy miał Pan „okazję” leczyć?

Myślę, że do takich możemy zaliczyć złamanie czaszki, szyi i miednicy. To już są bardzo poważne „tematy”.

Któryś żużlowcy z Polski zapadli Panu szczególnie w pamięć podczas leczenia?

Nie. Wszyscy byli dobrymi pacjentami. Jak mówiłem wyżej, jestem jak Sherlock Holmes. Mam dobrą pamięć do ważnych rzeczy, ale imiona oraz nazwiska mi z głowy umykają. Nawet moja żona to potwierdzi. (śmiech) 

Proszę powiedzieć, czy za leczenie polskich zawodników płacą sami poszkodowani, czy też może ich kluby?

Powiem, że praktycznie nie mam do czynienia z płatnościami. Nad tym czuwa sekretariat kliniki. Większość moich pacjentów finansuje swoje leczenie prywatnie, niemniej ingerencje ze strony klubów, których zawodników leczę, zdarzają się choćby na zasadzie przedpłacania leczenia zawodnika. Ja w to nie wnikam. Moim zadaniem jest jak najszybsze „wypuszczenie” zawodnika zdolnego do ponownego uprawiania sportu.

Zdarzyła się jakaś zabawna historia związana z leczeniem polskiego żużlowca? 

Nie było takiego przypadku, Poczucie humoru bardzo sobie cenię, ale po przekroczeniu drzwi kliniki nie ma czasu na żarty. To czas pracy. 

Jak została pokonana bariera językowa z polskimi zawodnikami w latach 90. ubiegłego wieku? Wtedy mało kto tak naprawdę mówił w Polsce płynnie po angielsku…

Wielu Polaków przylatywało do mnie z oddelegowanym tłumaczem i nie było żadnego problemu z komunikacją. Pamiętam, że na samym początku, z racji faktu, że kiedyś uczyłem się języka rosyjskiego, próbowałem z paroma zawodnikami przy pomocy słownika  rozmawiać po polsku z rosyjskim akcentem, ale tylko ich denerwowałem. (śmiech -dop.red) 

Pytanie z kategorii nie do końca mądrych. Jest jakiś sposób, aby było mniej kontuzji na żużlu. Coś byłby w stanie Pan przekazać żużlowcom?

Nie ma głupich pytań. Powiem, że żużel to jest bardzo  specyficzny sport, rozgrywany w porównaniu z innymi sportami motorowymi na relatywnie małej przestrzeni.  Zawsze kiedy zdarza się moment, że zawodnicy rywalizują w ułamku sekund o praktycznie ten sam „kawałek” toru, to jest duże ryzyko kontuzji. Oni jadą o splendor, pieniądze i punkty. Tym samym obawiam się, że kontuzje niestety będą się zdarzały. 

Podejrzewam, że oprócz żużlowców z usług kliniki korzysta również wiele innych znanych osób?

Przez lata przez klinikę przewinęło się wiele postaci. Od aktorów  Charlie Boomana czy Ewana McGregora po  kaskaderów z serii Harry Potter czy Marvel. Miałem również trzech kierowców Formuły 1 czy też  dziesiątki naprawdę znanych na świecie  piłkarzy. 

A jakiś jeden szczególny przypadek kontuzji, z której wyleczenia jest Pan szczególnie dumny?

Hm. Było ich wiele. Jak mam wskazać tę jedną, to w latach 70. ubiegłego wieku poproszono mnie we wtorek wieczorem o szybkie wyleczenie piłkarza, którego klub bardzo chciał, aby ten zagrał dosłownie cztery dni później w finale Pucharu Anglii. Po specjalnych zabiegach kolana oraz wyjęciu osiemdziesięciu centymetrów krwi strzykawkąm a następnie leczeniu go przez dwa dni, wybiegł na boisko, rozegrał bardzo dobre spotkanie i jego zespół zdobył Puchar. 

Czy są jeszcze jakieś kontuzje, które potrafią Pana zaskoczyć?

Powiem, że nie. Tyle lat praktyki sprawiło, że mało co mnie potrafi zaskoczyć. Są kontuzje, z mojej perspektywy, łatwe do wyleczenia, jak i te nad którymi trzeba tylko dłużej popracować.

Czy zdarzyło się Panu odmówić leczenia jakiegoś pacjenta ze względu na zbyt skomplikowaną kontuzję?

Nie. Z całą powagą mogę odpowiedzieć, że nie było w mojej karierze takiego przypadku. 

Czy uważa Pan, że przy obecnej technologii medycznej może Pan jeszcze przyśpieszyć proces leczenia pewnych kontuzji?

Absolutnie nie. Nasza klinika dysponuje naprawdę bardzo dobrym sprzętem i nic już nie „wymyślimy”. Sprzęt oraz wiedza to jedno. Procesu gojenia się kości u człowieka się niestety nie przyśpieszy. 

Pytanie na koniec. Doktor Brian Simpson ma czas na śledzenie rozgrywek żużlowych?

Oczywiście, że jak tylko czas pozwala, to śledzę żużel w telewizji. Na oglądanie żużla na żywo niestety obecnie już czasu brak. 

Dziękuje za rozmowę.

Dziękuje również i pozdrawiam wszystkich czytelników. 

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA