Finał Speedway of Nations – dzień 2.

2020-10-17 19:00:00

Finał PGE Ekstraligi: Fogo Unia Leszno – Moje Bermudy Stal Gorzów 59:30 (103:76)

2020-10-11 19:15:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Betard Sparta Wrocław – RM Solar Falubaz Zielona Góra 50:40

2020-10-11 16:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Fogo Unia Leszno 46:44

2020-10-09 20:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: RM Solar Falubaz Zielona Góra – Betard Sparta Wrocław 37:32

2020-10-09 18:00:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Betard Sparta Wrocław 55:34 (99:80)

2020-10-04 19:15:00

Zakończona

Przejdź

Żużel. Błaszak: Musisz mieć sporo determinacji żeby podołać. Błagać, prosić, odrzucić wstyd i dumę. Kłaniać się nisko żeby ci pomogli

Bogusław Nowak, Eugeniusz Błaszak, Kamil Cieślar

Eugeniusz Błaszak – figter, wojownik, zawsze szarżujący do końca ku uciesze tłumów, a przy tym skuteczny. Wychował się w Gnieźnie i dołożył swoją znaczącą cegiełkę do najlepszego okresu Startu, ukoronowanego brązem DMP w 1980 roku. U schyłku kariery, przez Rzeszów, trafił do Tarnowa, gdzie wespół z Bogusławem Nowakiem stanowili o sile Jaskółek. Do czasu. Przyszedł feralny 18 IX 1988 roku… Dziś Genio od ponad 30 lat, porusza się na wózku inwalidzkim, a zważywszy wiek 65+ i niewielką rentę, staje się to coraz trudniejsze. O karierze, wypadku i szarej codzienności opowiedział w naszej rozmowie. Daje do myślenia…

Twój pierwszy sukces na torze to był finał MIMP z sezonu 1975 w Zielonej Górze, gdzie zdobyłeś brąz.

Pamiętam doskonale mimo upływu czasu. Jeździłem w barwach Gniezna. To był zacięty finał. Wygrał Bolek Proch po barażu z Tadkiem Berejem. Oni mieli po 14 punktów. Ja o brąz walczyłem w dodatkowym biegu ze Zbyszkiem Studzińskim. Obaj mieliśmy po 12 oczek, ale rywal cztery razy wygrywał i dopiero w ostatniej serii przywiózł śliwkę. Nie wiem czy coś niedobrego stało się wtedy z jego motocyklem, nie pamiętam, ale fakt, że baraż ze mną także przegrał. Tam był wtedy fajny tor. Na drugim łuku po starcie można było pojechać bardzo szeroko. Wejść pod płotem i przejść rywali na okrągło. Jak było się dobrze dysponowanym i odważnym śmiało można było wyprzedzać takim manewrem. Nawet całą trójkę w jednym wirażu. Mnie się to wtedy udało. Na ostatnim łuku przed metą, po szerokiej wyprzedziłem Studzińskiego.

Zawsze uznawany byłeś za walczaka. Faceta nie uznającego straconych pozycji. Publika kochała takich kozaków.

Cóż zawsze jechałem do końca. Miałem to we krwi, w charakterze. Nie wiem. Nie umiałem inaczej. Dzisiaj tylko start, pierwszy łuk i gęsiego. Wtedy tory i różnice w umiejętnościach pozwalały na więcej. Współcześnie podoba mi się pod względem charakteru Leon Madsen. On czasem potrafi zawalić start i skutecznie przebijać się na trasie, jak ja kiedyś. Z czwartej pozycji po starcie na pierwszą na kresce. A publiczność uwielbia takie akcje i takich wojowników. To zrozumiałe. Szkoda, że teraz tak rzadko się to zdarza. 

W seniorskim ściganiu nie miałeś szczęścia do medali IMP. Mimo czterech startów w finałach dwukrotnie udało Ci się zająć “tylko” V miejsce. Najpierw 1979 Gorzów jeszcze w barwach Gniezna i potem w 1986 jako tarnowska Jaskółka w Zielonej Górze.

To prawda. To był taki mój pech, może jakaś klątwa. Wszystko ładnie wychodzi, masz bieg ze słabszymi teoretycznie tego dnia rywalami i zawalasz. Nie znam przyczyny. Brak koncentracji? Chyba nie. Może człowiek się lekko rozluźniał. W tamtych czasach trudno było wskazać faworyta w finale. Cała szesnastka była równa i każdy mógł sięgnąć po tytuł. Decydowała dyspozycja dnia. Dzisiaj właściwie bez błędu można wskazać czterech, pięciu faworytów. Wtedy wszyscy byli faworytami. W każdym klubie było dwóch, trzech zawodników, którzy mieli potencjał na mistrzostwo. Było się z kim ścigać. Można było prestiżowo rywalizować. Ten pierwszy finał z 1979 był niezwykle zacięty. Między medalistami – zwycięzcą Zenkiem Plechem, który miał 13 oczek i pokonał po barażu Mietka Woźniaka. Pechowcem Robertem Słaboniem, który z 12 punktami był trzeci, ale wcześniej wygrał cztery wyścigi, jednak w drugiej serii upadł i stracił szanse na tytuł, a piątym mną z jedenastoma oczkami były tylko dwa punkciki różnicy. Ten mój pechowy bieg, który mogłem i powinienem wygrać, by się liczyć w walce o pudło pamiętam doskonale. Jak nigdy uniosło mi koło ze startu. Niemal mi się to nie zdarzało. Zanim opuściłem motocykl i ruszyłem rywale już odjechali i przywiozłem tylko punkt. W 1986 było inaczej. W Zielonej Górze wygrał z kompletem Maciej Jaworek. Za nim aż trzech zawodników po 12. Żaba, Grzesiu Kuźniar i Andrzej Huszcza. A na piątym miejscu ja znowu z 11 punktami. Wygrałem wtedy trzy wyścigi, ale jeden tradycyjnie musiałem zawalić. Trochę „pomogli” koledzy z Rzeszowa, w którym startowałem przez wcześniejsze dwa lata. Nie mówimy o żadnej złośliwości czy zawiści. Wygrali start. Nałożyli mnie w łuku, zablokowali i nie zdołałem ich dogonić. Nigdy nie miałem zbyt dobrych startów. Bardziej lubiłem walczyć z trasy. Nie zawsze się dało i nie zawsze byłem skuteczny. W tych najważniejszych startach, finałach IMP, zawsze „musiałem” przynajmniej jeden bieg zepsuć. Były jednak fajne momenty. Pamiętam takie biegi w lidze z Andrzejem Huszczą, kiedy na ostatnich centymetrach przechodziłem. On wtedy przyjeżdżał po wyścigu do parkingu zdziwiony, jak to możliwe. Jak to się mogło stać. 

Twoje początki na żużlu to najlepszy okres Gniezna, okraszony brązem DMP w 1980.

Mieliśmy fajną ekipę praktycznie tylko wychowanków, gotowych umierać za klub. Piotr Podrzycki, Leon Kujawski, Kaziu Wójcik, Pankowski, Mierkiewicz, Łoś, Gała, Kaczmarek, Brillowski. Było nas trochę i to nietuzinkowych chłopaków. Wtedy to funkcjonowało. Wszystko pasowało, grało jak należy. Atmosfera była znakomita. A z tym przyszedł wynik. Inaczej to wówczas wyglądało. Wszystko mieliśmy klubowe. Sprzęt też. Nie było zawodowstwa, teamów, busów. Przy sprzęcie trzeba było pracować samemu. Nie tak jak dzisiaj. Po biegu zawodnik siada na krzesełko a mechanicy się brudzą. On potem zakłada białe rękawiczki, wsiada na motocykl i na tor do kolejnego wyścigu. Do dziś widzę jak Zenek Plech, czy Jancarz pracowali w meczu przy motocyklach. Inny świat. Wymienić koło, czy wyprostować widelec jak się wykrzywił, to rękawy do góry i zapieprzali jak każdy. 

Pamiętam, że wtedy zaskakiwał mnie styl jazdy Leona Kujawskiego, czy Kazimierza Wójcika. Oni łuki pokonywali jakby na stojąco.

Każdy miał jakiś swój styl. Swoje przemyślenia i doświadczenia. Nie wiem czy zauważyłeś, ale trochę tak na stojąco jeździł też Zenek Plech. Noga mocno wbita w hak. Potem to ewoluowało, ale początkowo niemal stał na motocyklu. No i ta technika też była inna. Silniki pionowe. Leżaki weszły lata później. 

Miałeś już 34 wiosny na karku, wtedy schyłek kariery, kiedy przyszedł nieszczęsny 18 IX 1988. Derby Tarnów – Rzeszów. Feralny VIII bieg… . Jak to wspominasz?

Ten wypadek nie wyglądał dramatycznie. Nawet nie straciłem przytomności. Wszyscy, którzy to oglądali na żywo byli przekonani, że Błaszak za chwilę podniesie się z toru. Miewałem groźniejsze upadki. Bardziej dramatyczne sytuacje i zawsze wstawałem i jechałem dalej. Ten akurat wypadek obejrzałem dopiero po trzydziestu latach, na yuo tubie. Nie żebym się obawiał, czy miał jakąś traumę. Po prostu nie było możliwości. Oglądałem tę sytuacje od tamtej pory wiele razy, analizując. Miałem po prostu ogromnego pecha. Kiedyś nie było band dmuchanych. Teraz pewnie podniósłbym się bez uszczerbku. Wtedy Tarnów, czy Rzeszów słynęły z tych twardych, grubych dech, wkoło podpieranych szynami kolejowymi. To było tak mocne, że sporo chłopaków łamało się po uderzeniu w płot. W wyścigu prowadził Jacek Rempała, za nim jechał Czarnecki. Wejście w drugi łuk. Jacek nakrył krawężnik, lekko przymknął. Czarnecki zdążył zamknąć gaz i stanąć w poprzek, a ja już niestety nie. Na prostej nabrałem szybkości. Zbliżałem się do nich. Zabrakło miejsca i czasu na reakcję. Miałem puścić motocykl, ale przez myśl przemknęło – nie, bo wleci w rywali i narobi szkody. Zahaczyłem o tył motocykla Czarneckiego, wybiło mnie na prawo, zaczepiłem o pałąk, motocykl pociągnął w deski. Gdybym wyskoczył wcześniej, to może skończyłoby się jak setki razy wcześniej. Gdybym… . Uderzenie nie było aż tak mocne, żeby wywołać aż takie skutki. Stało się. Wystarczyło.

Masz pretensje, może żal do kogoś, do losu o to co się wydarzyło?

Absolutnie nie. Gdyby teraz, po ponad trzydziestu latach na wózku, przyszło powtórzyć życie, znowu wsiadłbym na motocykl. To moja pasja i miłość. Fajny, atrakcyjny sport. Za komuny człowiek się cieszył startując. Można było trochę świata zobaczyć. Było super.

Ale za owej komuny system zabezpieczeń, ani tych powypadkowych, ani rehabilitacyjnych, ani rentowych nie funkcjonował jak powinien?

To zupełnie inna kwestia i największa bolączka tego wszystkiego. Kiedy kilka lat później Cegielski jeździł w Szwecji, zagranicą i miał wypadek, zabezpieczenia i kwoty były zupełnie inne. Znacznie lepiej rozwinięte. Pozwalały na długą i jak się okazało skuteczną rehabilitację. Renta jest wysoka i pozwala na zabiegi do dziś. W takich warunkach można się leczyć, bo najogólniej, jest za co. Ja muszę szukać ludzi dobrej woli, sponsorów, bo z renty nie udźwigniesz. Nie oszukujmy się. Za 2 tysiące wiele nie zdziałasz. 

A fundacja PZM pomaga?

Eeech(westchnienie). Jeśli w ogóle fundacja posiada środki, to raz na rok możesz na coś liczyć. Wszyscy poszkodowani zawodnicy, dostajemy raz w roku po około 2.500 złotych. Słyszałem, że coś ma się zmienić, poprawić. Jakieś turnieje z kadrą. Tak powinno być. Już dawno powiedziałem panu Fiałkowskiemu i przewodniczącemu Szymańskiemu. Powinno być jak w Anglii. Co roku jest turniej. Nazywa się Bonanza. Dochód przeznaczany jest dla poszkodowanych zawodników, a startują aktualnie najlepsi. Pamiętam, że u nas kiedyś też próbowano. Był bodaj raz turniej w Lublinie. Coś swego czasu pomagała fundacja Gloria Victis, ale krótko to funkcjonowało. Rok czy dwa. Po tym turnieju środki przekazano fundacji a fundacja dalej przelała je do nas. To były znaczące sumy jak pamiętam. Można było nowy wózek kupić. To się liczyło. Tylko to były jednorazowe akcje, a nam pomoc potrzebna jest co roku, praktycznie każdego dnia. Z ubezpieczenia za mój wypadek dostałem w tamtych czasach bodaj równowartość 200 dolarów. Dla porównania maluch dostosowany do potrzeb inwalidy kosztował około 1.000 dolarów. 

Na początku lat dziewięćdziesiątych próbowałeś sobie radzić. Jeździłeś z drużyną, nagrywałeś mecze na kasety VHS, sprzedawałeś je na stadionach.

Dużo tego filmowałem, bo jeszcze nie było na stadionach telewizji jak teraz. Jeździłem po Polsce. Na pierwszą i drugą ligę. Mało kto kiedyś coś nagrywał. Na paliwo, dojazd i trochę reszty w kieszeni zawsze jakoś starczyło. No i człowiek wciąż był blisko żużla. Sporo tych kaset kupowali sami zawodnicy. Na pamiątkę. 

Geniu, ale PESELa nie oszukasz. Swoje lata masz (rocznik 1954-dop.red) i czynności dla wielu prozaiczne stają się wyzwaniem.

Cóż. Gdyby ktoś to obserwował na co dzień, to jest rzeczywiście problem. Jak budzę się rano muszę najpierw zrobić półgodzinną gimnastykę. Rozciąganie nóg, stopy, wszystko co niezbędne. Budząc się jesteś zupełnie sztywny. Na łóżku muszę się po tym ubrać. To wszystko ogarniam sam. Z czasem wysiadają barki,  więc dochodzą jeszcze problemy z barkami. Cały czas podnosisz się na rękach – siłą rzeczy wszystko wysiada. Lat przybywa. Młodszy i sprawniejszy człowiek nie jest. 

Medycyna robi postępy. W przypadku Twojej kontuzji ktoś daje jakieś nadzieje?

Nie. To już nie ten etap. Kiedy uległem wypadkowi nasza medycyna była, nie umniejszając nikomu, takie mieliśmy czasy, na poziomie ślusarstwa. Teraz za późno żeby cokolwiek naprawić. Nie ma szansy żebym kiedykolwiek wstał z wózka (smutek w głosie). Podobno gdzieś, coś, ktoś, ale na razie to wszystko na etapie prototypów, eksperymentów. I nie mówimy o naprawieniu ciała, ale poprawie egzystencji. Może dożyję wprowadzenia na rynek. Kilka lat temu próbował, czy testował Rafał Wilk takie protezy, ale od tamtej pory chyba nie wyszły z fazy prób. 

Czyli na całodobową opiekę, nawet kilka godzin dziennie pomocy, także na rehabilitację nie masz co liczyć?

To byłoby bardzo potrzebne i wskazane. Tylko to wszystko koszty. Jedyne co mi się udało, to dołączyłem do ekipy gorzowskiej. Boguś Nowak prowadzi taką fundację. Zbiera gdzie może. Jeździmy raz w roku na dwa tygodnie turnusu rehabilitacyjnego. Dla tych paru zawodników wystarcza. 

Rozwiązanie systemowe wydaje się wręcz niezbędne. Za 2 tysiące renty nie da się wiele.

Z renty rzeczywiście nie ma szans. Opłaty stałe. Mieszkanie, prąd, woda, gaz, telefon to prawie półtora tysiąca miesięcznie. A co dalej? Przecież jakoś trzeba żyć. Radzę sobie, bo muszę. Jak są święta, to byli zawodnicy coś pomagają, coś wpłacą. Jest taka solidarność. Tylko to wszystko na zasadzie wydeptywania ścieżek, jednorazowych akcji, zbiórek. Musisz mieć sporo determinacji żeby podołać. Błagać, prosić, odrzucić wstyd i dumę. Kłaniać się nisko żeby ci pomogli. 

Niedawno rozmawiałem z Krzyśkiem Cegielskim a propos znacznie większych kwot za prawa transmisji, z których część można i należy wręcz przeznaczyć na fundację PZM.

Tak powinno być, tylko co my możemy. Na razie o tym zaczyna się mówić. Niezbyt głośno. Co z tego będzie i kiedy będzie? Czas pokaże. Jeśli cokolwiek w ogóle ruszy, to pewnie i tak dopiero najwcześniej w przyszłym roku. 

Geniu, mimo wszystko, optymizmu żeby Cię nie opuszczał.

Oby tak było. Chciałbym żeby ten cały Covid już minął. Tęsknię za ludźmi. Za spotkaniami, rozmową. Na stadionie zawsze było wesoło, człowiek mile spędzał dzień. Można było pojechać na jeden czy drugi mecz. Zabić czas. Jakoś to wtedy leciało. A tak… . Pozdrawiam wszystkich kibiców i do miłego zobaczenia.

Rozmawiał PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI

LVBET

8 odpowiedzi

  1. GENIU PUBLIKULESZ I NARZEKASZ LECZ CZEKAŁEM NA CIEBIE WIELE RAZY W STARCIE NAWET TERAZ JA MAM POMYSŁ NAPISZ PO PROSTU BRACHU

  2. MIESZKAM WE WROCKU OD ROKU 1972 NP PRZYJEŹDZA DRUŹYNA Z GNIEZNA JESTEM KIBICEM GNIEZNA OD R 1960 LECZ LUBIĘ TEŻ SPARTĘ TO CO W R. 1998 ZROBIŁ BŁASZAK @ KOMPANY TO OPISAŁ WTEDY SZTANDAR MŁODYCH SZKODA,ŻE NIE MIELI MOTYOCYKLI JAK MISTRZOWIE CHYBA BYŁO 58-32 BYŁO 20 BIEGÓW

  3. Panie Gienku był pan moim idolek w Starcie chodziłem na wszystkie mecze itd o puchar Polanexu i inne później była jakaś roszada pan do Rzeszowa Kępa do nas …nic już nie było takie same pozdrawiam o życzę dużo zdrówka Woerny kibic

  4. Pozdrawiam z Tarnowa wytrwałości i ZDROWIA super wywiad a pro po byłem na tym feralnym meczu widzałem dokladnie całą sytuację bo było to na trzecim łuku 18 września MOJE urodziny jeszcze raz pozdrawiam z Tarnowa

  5. Błaszak – najwyzsza półka polskiego żużla. Tego się nie da “odzapomnieć” Pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.