Finał Speedway of Nations – dzień 2.

2020-10-17 19:00:00

Finał PGE Ekstraligi: Fogo Unia Leszno – Moje Bermudy Stal Gorzów 59:30 (103:76)

2020-10-11 19:15:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Betard Sparta Wrocław – RM Solar Falubaz Zielona Góra 50:40

2020-10-11 16:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Fogo Unia Leszno 46:44

2020-10-09 20:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: RM Solar Falubaz Zielona Góra – Betard Sparta Wrocław 37:32

2020-10-09 18:00:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Betard Sparta Wrocław 55:34 (99:80)

2020-10-04 19:15:00

Zakończona

Przejdź

Żużel. Artiom Łaguta: Wierzę, że w cyklu Grand Prix nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa (WYWIAD)

fot. WTS Sparta

Artiom Łaguta – nowy nabytek Betard Sparty Wrocław pochodzi z miejsca, gdzie znajduje się ostatnia stacja kolei transsyberyjskiej. Do Polski ma z domu, bagatela, ponad 10000 kilometrów. Co skłoniło go do takiej wyprawy, kto zainspirował żużel, czy małżonkę poznał we Władywostoku, rodzinnym Bolszom Kamieniu, czy w Europie. Jak wspomina początki w Daugavpils i pierwszy kontrakt nad Wisłą. O tym wszystkim i jeszcze trochę więcej opowiedział w naszej bardzo osobistej rozmowie.

Jesteś przesądny?

A co to znaczy?

Zabobon. Coś, co rzekomo przynosi szczęście lub pecha. Czarny kot, kominiarz…

Aaa. Nie, to nie. Nie wierzę w takie rzeczy i nie zaśmiecam nimi głowy.

Ale urodziłeś się 13-tego, a to podobno przynosi pecha?

Urodziłem się 12-tego. Wikipedia nie mówi prawdy (śmiech).

Na świat przyszedłeś bardzo daleko. Bolszoj Kamień, to ponad 10000 kilometrów od Polski. Jakie masz wspomnienia z rodzinnego domu?

Mieszkaliśmy bardzo daleko od miasta. W małej wiosce. Rodzice cały czas pracowali i nas też uczyli żeby pomagać. Często pracowaliśmy więc razem. Była szkoła, dom, a obok domu tor do crossu. Tam z Griszą mocno trenowaliśmy. Odkąd pamiętam.

Grisza, Twój brat, nie jest jedynym z rodziny, związanym z żużlem. Siostrzeńcem jest Wadim Tarasienko?

Tak się to ułożyło. Mam trzy siostry i dwóch braci. Jestem prawie najmłodszy. Wadim mieszkał bardzo blisko i często z nami jeździł na crossie. Właściwie całe życie jeździliśmy na crossie. Grisza, Wadim i ja.

Bolszoj Kamień nie ma klubu żużlowego. Najbliżej Władywostok?

I tam, we Władywostoku startował taki zawodnik – Igor Stoliarow. On bardzo długo był żużlowcem, potem trenerem. Teraz ma sześćdziesiąt lat i wciąż jest szkoleniowcem drużyny. Nieprzerwanie od chyba 2006 roku. Już znacznie wcześniej, aż do tej pory,  jeździ na motocrossie. Obecne bardziej jako weteran, oldboj ale wciąż w formie. Kiedyś zauważył Griszę na motocyklu crossowym. Wpadł mu w oko i zapytał, czy nie chciałby spróbować na żużlu. Przekonał, że nie będzie trzeba kupować wszystkiego za swoje, utrzymywać i serwisować motocykla. – Przyjdziesz, dostaniesz motor i amatorski kontrakt – nagabywał Stoliarow Griszę. I tak brat zaczął trenować. Pamiętam, że jeździłem z nim na te wszystkie treningi. Oglądałem i łapałem bakcyla. To był rok 2000. Byłem zbyt młody żeby rozpocząć. Oprócz tego cały czas uprawialiśmy motocross. Bez przerwy na motocyklach. Grisza trenował na tym żużlu, a po paru latach, kiedy urosłem, ja też zacząłem. Taka to historia.

Początkowo reprezentowaliście obaj Wostok Władywostok, ale bardzo wcześnie pojawiliście się równolegle w Lokomotivie Daugavpils. To dobre miejsce żeby się wypromować na Polskę, Europę, świat?

W 2006 roku trener Stoliarow zaproponował mi treningi na żużlu. Zanim zacząłem startować już podpisałem amatorski kontrakt. Może przewidywali, że kiedyś będę dobrze jeździł, a może zaryzykowali – nie wiem. Władywostok co roku organizował zgrupowanie w Polsce. Przed sezonem, żeby potrenować. A to w Toruniu, a to w Bydgoszczy, raz też w Rawiczu. Podpisałem kontrakt, więc miałem jechać i ja. Grisza już w poprzednim roku jeździł w polskiej lidze dla Lokomotivu Daugavpils. W 2007 roku mieliśmy mieć zgrupowanie w Toruniu, ale Grisza miesiąc przed tym miał być w Daugavpils. Brat zaproponował, żeby klub kupił mi bilet i pojechałem z nim. Pożyczył mi motor i mogłem ten miesiąc wcześniej rozpocząć treningi. Właściwie moim pierwszym trenerem był brat. To Grisza wszystkiego mnie nauczył. Na początku kariery bez przerwy mi pomagał i wspierał. Jestem mu za to ogromnie wdzięczny. Kiedy Władywostok dotarł do Torunia, ja już wygrywałem z podstawowymi juniorami drużyny. Po kolejnych dwóch tygodniach trener powiedział, że pojadę na pierwszy mecz. I tak rozpocząłem starty. Potem przyszła pora na Daugavpils.

Artiom Łaguta Fot. Jarosław Pabijan.

Władywostok to ostatnia stacja kolei transsyberyjskiej. Bliżej stamtąd do Japonii niż do Europy. Samochodem trzeba by tydzień jechać. Jak wyglądały te podróże?

Nie, nigdy nie jechaliśmy samochodem. Zawsze to był samolot do Moskwy, a stamtąd autobusem lub busem dalej. Z przerwą, bo parę dni zajmowało zrobienie wizy. Dopiero po tym mogliśmy jechać z Moskwy do Daugavpils i dalej do Polski. Z uwagi na różnicę czasu podróż samolotem była bardzo krótka (śmiech). Wylatywaliśmy z Władywostoku o 13.30, a lądowaliśmy w Moskwie tego samego dnia o… 13.30. Ponieważ tato był kierowcą klubowego autobusu Wostoka, jeździł wszędzie z drużyną. Pierwszy raz byłem więc na Łotwie w 2003 roku. Znałem miasto i trochę dojazd. 

A od strony żużlowej?

To było dobre miejsce do rozwoju. Trampolina do wielkiego ścigania. Stamtąd ruszałem w świat. Bardzo dobre czasy. Byłem podstawowym juniorem w parze z Maksimem Bogdanovem. Tam też startował wtedy Grisza. Było raźniej. Bardzo fajne wspomnienia. Pamiętam w 2010 roku Grisza był najlepszy statystycznie w 1. lidze, a ja trzeci. Razem z Lokomotivem zajęliśmy w tabeli drugie miejsce. Wtedy postanowiłem spróbować Ekstraligi. W Polsce najpierw trafiłem do Włókniarza. Wiadomo. Ekstraliga to inne wymagania. Trzeba było się jej nauczyć. Mam bardzo miłe wspomnienia z Częstochowy. Miałem 20 lat, debiutowałem na najwyższym ligowym szczeblu i było bardzo ciężko. Jednak ludzie z klubu bardzo pomagali. Jak umieli. Najmilej z tego początkowego okresu wspominam Tarnów. Tam była bardzo fajna chemia w drużynie. Pamiętam jak dzisiaj, że nie chciałem odchodzić z Tarnowa. Głównie z uwagi na tę atmosferę. Nie wiem dlaczego to się tak ułożyło. Czy Grupa Azoty, czy prezes? Odszedł po sezonie 2014 Greg Hancock, ja odszedłem. Najpierw chcieliśmy zostać i klub nas chciał. Potem to się posypało. Nie wiem, czy zabrakło pieniędzy, czy decyzji. W 2014 mieliśmy tam bardzo dobry skład. Tamta drużyna szybko się rozpadła, a teraz Tarnów startuje w 1. lidze. Wspomnienia mam jednak znakomite. Jeden za drugim skoczyłby w ogień. Każdy chciał, żeby drużyna zwyciężała. Wygraliśmy rundę zasadniczą i przyszło trochę nieszczęścia w półfinałach. Nie było Grega, Martin Vaculik miał kontuzję obojczyka, problemy z łopatką miał Krzysiu Buczkowski. Zabrakło (westchnienie). 

Od kiedy na stałe przeniosłeś się do Polski?

Przez cały czas w Europie musiałem sobie radzić. Nie miałem taty, byłego zawodnika, który mógłby mnie poprowadzić. Pomagał Grisza i za to mu dziękuję, ale miał też własną karierę. Początki były trudne. Często brakowało pieniędzy na życie, nie mówiąc o inwestowaniu w sprzęt. Żeby coś zarobić trzeba było bardzo dobrze jeździć. Żeby jeździć trzeba było sprzętu. Żeby mieć sprzęt potrzebne były pieniądze. Zamknięte koło. Kiedy startowałem rok w Polonii Bydgoszcz przytrafił się najsłabszy sezon w lidze. Miałem dość. Nie chciałem już jeździć w Polsce. Spakowałem się i wróciłem do domu. Pamiętam jak dzisiaj, mieliśmy wtedy taki mecz towarzyski Polska – Rosja w Togliatti. Pod koniec sezonu 2012. Z reprezentacją przyjechał Marek Cieślak. Ja tam zdobyłem 15 punktów, a Cieślak zadzwonił zimą i zaczął mnie namawiać do powrotu. Bardzo chciał żebym jeździł w Tarnowie, który wtedy prowadził. On mocno mi pomógł w dalszej karierze. Pokierował. Powiedział – co, jak, kiedy lepiej. Dawał mi dobry numer startowy. Najczęściej 9 lub 1 na wyjeździe. Dostałem mnóstwo pozytywnej energii. Znowu uwierzyłem w siebie dzięki Markowi Cieślakowi. Jestem mu bardzo wdzięczny za zaufanie. Kiedy przekonywał mnie przed sezonem 2013, że będę robił 10-12 punktów w lidze, nie wierzyłem. – Panie Marku, jak zdobędę 7,8 oczek już będę bardzo zadowolony – odpowiadałem. No ale wyszło, że miał rację. Zrobiłem wtedy nawet 3 komplety. A dojazdy? Zawsze na koniec sezonu wracaliśmy do Rosji. W 2012 kupiłem w Bydgoszczy mieszkanie, ale i tak na zimę wyjeżdżaliśmy do domu. Stopniowo narastała jednak myśli, żeby zostać w Polsce na dłużej, potem na stałe. Ogromna odległość do Władywostoku miała główne znaczenie. W Bydgoszczy mam też wszystko zorganizowane logistycznie. Tu są moi pracownicy. Mechaników mam bardzo blisko. Jeden mieszka dosłownie 20 metrów ode mnie. W następnym bloku na Glinkach. Mam teraz wygodniej i wszystko pod ręką. 

Tylko dziadkowie tęsknią za wnukami? 

No pewnie tak. Ale oni mają kim się zająć na miejscu. Dotąd doczekali trzynaściorga wnucząt. Od czasu do czasu przyjeżdżają też z wizytą do Polski. Bardziej to chyba nam doskwiera brak dziadków w pobliżu. Nie ma nawet z kim dzieci zostawić kiedy potrzeba. 

Niedawno cała Twoja rodzina przeszła zakażenie covid-em. Jak zdrowie?

Przede wszystkim powiem, że rok temu, kiedy wybuchała pandemia, było dużo strachu w mediach. Mówiono, że jedni przeżywają, inni umierają. Ja wtedy nie bałem się koronawirusa. Przyszło lato, kolejny sezon. Nie myślałem o tej chorobie. W lutym byliśmy we Włoszech na crossie. Wróciliśmy i syn poszedł do szkoły. Okazało się, że w szkole jedno, czy dwoje dzieci było zarażonych. 9 marca obudziliśmy się rano i wszyscy w domu czuli się dziwnie. Kręciło się w głowie, chciało się wymiotować. Temperatura podskakiwała. Pojechaliśmy zrobić testy i niestety wypadły pozytywnie. Jak usłyszałem, że wszystkie badania dały pozytywny wynik, na początku był strach o najbliższych. Nie docierało też do mnie, że ja mogłem zachorować. Jak to możliwe? Wytrenowany organizm, bardzo dobrze przygotowany fizycznie? Byłem pewny, że nie zachoruję. Wyszło jak wyszło. Ta choroba mocno doskwiera. Nie ma jednego rodzaju dolegliwości. Początkowo miałem wysoką temperaturę. Nie mogłem jeść, spać. Później dusiło mnie w klatce piersiowej, dalej doszły dolegliwości w płucach. Praktycznie codziennie bolało coś innego. Nikomu nie życzę. Pięć dni miałem trudnych. Żona przeszła chorobę trochę inaczej. Jej doskwierało zupełnie co innego niż mnie. Na szczęście bardzo łagodnie, praktycznie bezobjawowo przeszły zakażenie dzieci. To najważniejsze. O nie najbardziej się bałem. 

Po kwarantannie wznowiłeś już treningi?

Tak, po pięciu dniach trenowałem już w mieszkaniu. Rowerek, rozciąganie. Pierwszego dnia po wyjściu z domu byłem oczywiście na crossie. Całe szczęście, że wszystko skończyło się dobrze. Mam nadzieję, że nigdy więcej nikt z najbliższych nie będzie już chorował. 

A propos małżonki, Aveliny. To znajoma z podwórka, ze szkoły, czy historia jest inna?

Nie, nie. Poznałem ją w kinie. To był 2010 rok.

Ale nie występowała na ekranie?

(śmiech) Nie, nie występowała. Tam się poznaliśmy i od tego czasu już 11 lat jesteśmy razem. W Rosji też obowiązują oświadczyny. Musisz poprosić wybrankę o rękę. To zrobiłem w roku 2011. Było romantycznie, bo w Paryżu. Akurat w lipcu miałem przerwę w lidze, pojechaliśmy pod Wieżę Eiffla i… zaręczyłem się. Rok później, w listopadzie wzięliśmy ślub.

Artiom, kiedy obserwowałem Twoją jazdę w ostatnich sezonach, to odnosiłem takie wrażenie, że szczególnie ambitnie walczycie ze sobą. Biegi przeciwko Griszy, czy Emilowi, to aż iskry szły?

Nooo… Hmm… (uśmiech). Nie wiem jak to wytłumaczyć. Trochę jak u Polaków wyścigi Zmarzlik – Pawlicki. Takie derby Rosji. Jeden drugiemu chce pokazać, który jest lepszy. Ale poza torem jesteśmy kolegami, rozmawiamy i trzymamy się razem. Potem często przy jednym stole opowiadamy sobie o tych biegach, śmiejemy się, przygadujemy. Ale na torze nie ma litości, choć wszystko oczywiście fair. 

Przyjechałeś do Polski. Inny język, inni ludzie, ale też inna… kuchnia. Brakuje ci jakiś smaków dzieciństwa?

Raczej nie. Mam żonę Rosjankę, wychowaną niemal w tej samej miejscowości co ja. Avelina potrafi kupić w sklepie co potrzeba i przygotować tradycyjne dania. Jedyne czego brakuje, to owoce morza. Kraby, kawior. Jak mieszkałem z rodzicami, to do wybrzeża mieliśmy najwyżej kilometr. Niedaleko była też Kamczatka. Zawsze tych dobrodziejstw było pod dostatkiem. Na wyciągnięcie ręki. 

Twój syn ujeżdża wszystko co ma koła, szczególnie crossówkę – pójdzie w ślady taty?

Nie wiem. Zobaczymy. Na razie radzi sobie bardzo dobrze na motocyklach. Ściga się z rówieśnikami, czasem wygrywa. Lubi jeździć. Zobaczymy co będzie dalej.

Od niedawna masz też Polski paszport, ale w reprezentacji nie zamierzasz startować?

Paszport mam od roku. Jestem bardzo zadowolony, bo to wiele ułatwia. Raz jeszcze chciałbym podziękować tym wszystkim, którzy pomogli mi go uzyskać. Szanuję Polską kadrę, ale nie uważam, że powinienem w niej występować. Czułbym się trochę jak intruz, zabierający komuś miejsce. Dla mnie to byłoby dziwne. Najlepiej nie zapominać o korzeniach i zostać tym, kim się jest. 

No i w SoN lejecie naszych regularnie?

No jakoś tak… fajnie się układa (śmiech). Walczymy zawsze do końca, mamy niezbędne szczęście i wygrywamy. Polacy ostatnio mieli nie do końca taki skład, jaki mogli mieć. To inna prawda. Ale zwyciężyliśmy i jest się z czego cieszyć. Najgorsze, że w Rosji nikt tego nie docenia, nawet niewielu o tym wie. List Emila Sajfutdinowa do Władimira Putina też pozostał bez echa. Ciężko się przebić. Mało kto zdaje sobie sprawę w Rosji jaka to trudna dyscyplina, ile wymaga wyrzeczeń i samozaparcia. Tam mają swoje, inne priorytety. Żużla nie ma na tej liście. W plebiscycie na najlepszych sportowców Rosji nie mielibyśmy żadnych szans. Nie wiem czy nawet znaleźlibyśmy się w gronie nominowanych (śmiech). Przykre to, ale niestety prawdziwe. 

W ubiegłym roku z klasą i sympatycznie pożegnałeś się z Grudziądzem. Jak Ci było w GKM-ie?

(westchnienie) Spotkałem tam bardzo poważnych ludzi. Jak powiedzieli – tak było. Na nic nie mogę narzekać. Atmosfera była bardzo dobra. Klub mocno się starał żeby awansować do pierwszej czwórki. Zawsze czegoś jednak brakło. Znakomici są też kibice. Chciałem jednak powalczyć o medal DMP. W Grudziądzu brakowało szczęścia. Powoli zapominałem co to play off. Sierpień i koniec sezonu. Po sześciu latach postanowiłem spróbować w innym miejscu. 

Artiom Łaguta i Przemysław Pawlicki FOT. JĘDRZEJ ZAWIERUCHA

W GKM-ie byłeś niekwestionowanym liderem. We Wrocławiu będziesz jednym z kilku. Nie masz obaw?

Wierzę, że awansujemy do play off, a potem powalczymy o najwyższe cele. Chciałbym zdobyć medal DMP. W drużynie jest dwóch zawodników światowej czołówki – Maciej Janowski i Tai Woofinden, do tego młodzi, głodni sukcesów – Czugunow i Bewley. Na papierze mamy mocny skład. Wszystko okaże się jednak na torze. Liczę, że codzienna współpraca z Maćkiem i Taiem, obserwacje, wymiana uwag, dyskusje, pozwolą mi także podnieść poziom w walce o tytuł IMŚ. Mam nadzieję, że w cyklu SGP nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. A GKM z pewnością pokusi się jeszcze o niejedną niespodziankę dla kibiców. To ambitny zespół.

Artiom, dziękuję serdecznie za rozmowę. Uściskaj najbliższych, szczególnie dzieciaczki i spełniaj marzenia.

Ja również dziękuję. Życzę wszystkim zdrowia i wielu emocji na torach.

Rozmawiał PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI

LVBET

2 odpowiedzi

  1. Hahaha, Chopak juz na dzien dobry zaoral SieRakOWskiego ktory do wywiadu przygotowuje sie na lekturze wkipedii, no to mamy odpowiedz skad ten pan “dziennikarze” bierze swoje sensacje. jezeli z teakiego samego zrodla lub tym poodbnych to ja nie mam slow i pytan.

    ps: Rybnik ma sie dobrze i prosze zajac sie grudziadzem, a tak swoja droga to Laguta musial odjesc z grudziadza a bypan SieRakOW ski go dostrzegl.. no tak. to z kolei wyjasnia dlaczego zajmuje sie pan sprawami innych klubow dookola ale problemow grudziadza nie widzi.

    1. Ufffff ! Padłem na pysk i nie mogę wstać
      Czy ktoś powie temu …………itd….
      A w ogóle to po co ja komentuję taki d…..zm

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.