Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Swego czasu pisaliśmy o tym, jak słynny angielski promotor Len Silver kontraktował w Hackney Zenona Plecha. Dziś pora przypomnieć innego promotora, Martina Rogersa. To właśnie on był tą osobą, dzięki której po raz pierwszy na  torze Kings Lynn wystartowali Zenon Plech oraz Edward Jancarz. 

 

Martin Rogers to dziennikarz i wieloletni brytyjski promotor. W swojej karierze był między innymi opiekunem Leicetser Lions czy Kings Lynn. To w czasach, kiedy pracował w tym ostatnim klubie za cel postawił sobie zakontraktowanie Zenona Plecha. 

– W latach 50. i 60. ubiegłego wieku do Anglii przyjeżdżali już Polacy. Byli Henryk Żyto, Marian Kaiser, Paweł Waloszek czy Stefan Kwoczała. Ci zawodnicy startowali choćby w finale na Wembley. Później sytuacja się zmieniła i Polacy nie byli chętnie wypuszczani za granicę. Dopiero gdy Antoni Woryna znajdował się u schyłku kariery, pozwolono mu na starty w Poole – zaczyna swoją opowieść Martin Rogers. 

Jak przyznaje nam rozmówca, ze względu na niechęć polskich władz do startów Biało-Czerwonych żużlowców, na Wyspach sensacyjnie przyjęto wiadomość o występie w turnieju Pride of the East w 1973 roku Zenona Plecha i Edwarda Jancarza. 

– Miałem w Polsce, dzięki swojej pracy dziennikarskiej dobrego przyjaciela, Zbigniewa Puzio, który był wówczas wpływowy w polskim PZM. Podczas Drużynowego Pucharu Świata na Wembley zaczęliśmy rozmowy na temat przybycia do Kings Lynn Zenona Plecha i Jerzego Szczakiela. Jerzy Szczakiel jednak po zdobyciu tytułu mistrza świata tak słabo pojechał na Wembley, że ostatecznie polskie władze nie zgodziły się, aby puścić go do nas i odmówiły mu wyjazdu. Zamiast niego oddelegowano drugiego zawodnika z Gorzowa – Edwarda Jancarza. Doskonale pamiętam jak przyjechali do nas dwoma Fiatami, a Edward Jancarz  ciągnął swoim samochodem przyczepkę z motocyklami – kontynuuje Rogers. 

Start w turnieju na torze w Kings Lynn wypadł dla Zenona Plecha doskonale. Z dwunastoma punktami na koncie zajął trzecie miejsce za Michankiem oraz Olsenem. Jancarz zawody skończył z siedmioma oczkami. 

Podium turnieju w Kings Lynn – Olsen, Michanek, Plech

– Przyznam, że nie wszyscy koledzy promotorzy byli zadowoleni z faktu, że Polacy jadą w turnieju na naszym torze. Wiedzieli czym to „pachnie”. Na turniej przybyło bardzo wielu kibiców, również za sprawą startu obu Polaków. Obaj pokazali się z bardzo dobrej strony, ale to o Zenonie długo się po turnieju u nas mówiło. On po prostu na torze i poza nim miał coś w sobie – wspomina Rogers. 

Rzeczą naturalna było to, że po doskonałym występie w tak prestiżowym turnieju jak Pride of the East nasz rozmówca chciał pozyskać dla Kings Lynn Zenona Plecha. Ta sztuka jednak się nie udała, a w pojedynku o Polaka górą okazał się Len Silver. On zakontraktował gorzowianina w Hackney Hawks.

– Chciałem Zenka sprowadzić na ostatnie mecze sezonu 1973. Jeździliśmy wtedy bez kontuzjowanego Phila Crumpa, lecz ostatecznie żadnych ustaleń wiążących nie poczyniliśmy. Celem było sprowadzenie go zatem na sezon 1974. W zimie jednak doszło do globalnego kryzysu naftowego, który spowodował niepewność finansową. Promotorzy przegłosowali wykluczenie zawodników spoza Wysp w sezonie 1974. Tak więc temat upadł. W 1975 roku, kiedy ponownie się „otworzyliśmy”, do gry wszedł Len Silver z Hackney. Z racji epizodu jako menadżer reprezentacji Anglii miał swoje kontakty i ostatecznie pozyskał Zenka dla Hackney. O ile dobrze pamiętam, to zastąpił on Chistera Lofqvista. Nie ukrywam, że byłem wtedy i zaskoczony i nieco rozczarowany. Na całe szczęście mieliśmy wtedy młodego Michaela Lee, który zaczynał u nas karierę – wspomina Martin Rogers. 

Martin Rogers ( w środku) podczas wywiad z Darcy Wardem

Były promotor nie ukrywa, że po dziś dzień ma same miłe wspomnienia związane z ówczesnym pobytem obu Polaków w Anglii. 

– Ich pobyt u nas w 1973 roku wspominam bardzo miło. Co utkwiło najbardziej w głowie? Pamiętam, że z hotelu w Londynie pojechaliśmy z nimi na wystawę samochodów w Earls Court i byli obaj zachwyceni samochodami, które były wystawiane. Jak mówili, nigdy niczego takiego jeszcze w życiu nie widzieli. Wiele rzeczy było dla nich nowych, niespotykanych. Później chcieliśmy ich „eskortować” do Kings Lynn naszym nowym Vauxhallem Ventora, który – jak na ówczesne czasy – miał nowoczesne wyposażenie. Zenek jednak uparł się, że pojedzie naszym samochodem razem z moją żoną. Podczas drogi w  kółko bawił się radiem i przełączał przyciski. Był zachwycony ówczesną techniką w samochodach. Mamy z ich pobytu jedną wspaniałą pamiątkę do dzisiaj. W naszej gablocie w australijskim Quennsland stoi piękny zestaw do herbaty. Dostaliśmy go z żoną właśnie jako prezent od Zenona i Edwarda, kiedy się poznaliśmy. Ma on na sobie elementy żużlowe (oprócz żużlowca na ówczesnych filiżankach Stali Gorzów znajduje się traktor. Klub znad Warty w latach 70. ubiegłego wieku bardzo blisko współpracował z gorzowską filią zakładów Ursus – dop.red.). To jest fantastyczna pamiątka. Być może, jak kiedyś będę rozstawał się z pamiątkami, wrócą do Polski… – mówi nam były promotor. 

Vauxhall Ventora który budził zachwyt zawodników Stali
Zestaw filiżanek gorzowskiej Stali z 1973. Prezent dla Martina Rogersa

Pozyskać Plecha w 1973 roku angielskiemu promotorowi ostatecznie się nie udało. Jednak misja pod tytułem „Andrzej Huszcza” przeprowadzona parę lat później zakończyła się powodzeniem.

– W latach 70. ponownie paru Polaków pojawiło się na Wyspach. Nieźle poczynał sobie wedle mojej oceny Bolesław Proch. Jancarz startował dla Wimbledonu w 1977 roku, dla Leicester punkty zdobywał Jerzy Rembas, również człowiek ze Stali Gorzów. Jak zostałem promotorem w Leicester proponował mi paru Polaków. Jedynym, który przypadł mi do gustu był Andrzej Huszcza. Był młodym, obiecującym zawodnikiem. Dużo czasu zajęły nam formalności, ale ostatecznie w 1980 roku pojawił się u nas. Na przeszkodzie ku jego regularnym występom w naszych barwach stawał fakt, że Andrzej często musiał wracać do Polski, a my musieliśmy za niego stosować zastępstwo zawodnika – podsumowuje Martin Rogers, który do dziś popija herbatę z prezentu przywiezionego blisko pół wieku temu przez dwie największe legendy gorzowskiej Stali.