Główny partner portalu

Żużel. Andrew Edwards. Dla Penhalla wynajął bolid F1. Do szkoły chodził z wokalistą Led Zeppelin (WYWIAD)

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W latach świetności żużla w Anglii regularnie pisała o nim tamtejsza prasa. Andrew Edwards po dziś dzień jest jednym z najsłynniejszych dziennikarzy żużlowych. Ponad 30 lat pisał o czarnym sporcie dla Motor Cycle News i był świadkiem wielu zakulisowych wydarzeń. O nich i nie tylko w poniższej rozmowie.

 

Andrew, jak to się stało, że „zakochałeś” się w żużlu? Kiedy widziałeś żużel po raz pierwszy na żywo?

Pierwszy raz byłem na żużlu w latach 60. ubiegłego wieku. Oczywiście było to na stadionie Cradley Heath. Ten zespół startował wówczas w lidze prowincjonalnej. Byłem zauroczony atmosferą. Na oświetlonym torze ścigali się gladiatorzy w czarnych skórach. Na srebrnych maszynach i przy zapachu metanolu. Nie mogło być inaczej. Zakochałem się w tym sporcie natychmiast. 

Z tego co mi wiadomo, to pierwsze swoje dziennikarskie kroki stawiałeś pod okiem Phila Malpassa. Malpass oprócz tego, że był pełnoetatowym dziennikarzem jednocześnie całkiem nieźle radził sobie na żużlu…

To prawda. To jest w ogóle niesamowita historia. Pracowałem z nim w lokalnej gazecie, kiedy on zaczynał swoją karierę. Jak wiadomo, przez pewien okres Malpass był kapitanem Cradley Heath. Zdobywał punkty na torze, a oprócz tego pracował w gazecie na pełnym etacie. To on tak naprawdę wprowadzał mnie w dziennikarstwo sportowe. Wyobraź sobie, że Malpass brał z pracy urlop tylko po to, aby móc wystartować  w wyjazdowych meczach Cradley. Obojętne jak daleko był mecz, jakim wynikiem się zakończył, następnego dnia Malpass rano zaczynał pracę w redakcji County Express. 

Jako dziennikarz miałeś swój ulubiony klub i był nim zawsze Cradley Heath.

Dokładnie tak. Dziennikarz też ma prawo mieć swoje ulubione zespoły czy zawodników (śmiech). Od roku 1960 aż do „upadku” Cradley w 1995 zawsze im kibicowałem. Widziałem ich całą drogę, od samego dołu po wielkie dni chwały, kiedy dla Cradley punkty zdobywali Bruce Penhall, Erik Gundersen czy Jan Osvald Pedersen i zostawali mistrzami świata. 

Wykształcenie zdobywałeś z nie byle kim. Kolegą ze szkoły był nie kto inny jak Robert Plant, wokalista zespołu Led Zeppelin.

Zgadza się. Chodziliśmy razem do szkoły i się kumplowaliśmy. Do dziś mam jedno wspólne zdjęcie z czasów szkoły, które zostało wykonane w 1963 roku. Można powiedzieć, że w młodości należałem do szkolnego gangu Roberta Planta (śmiech). On później wraz z Jimmym Pagem stał się sławny, dzięki Stairway to Heaven, a ja poszedłem w dziennikarstwo. Zaczynałem pisząc o ślubach, pogrzebach i innych rzeczach. 

Kenny Carter oraz Andrew Edwards

Po dziś dzień jesteś kojarzony jako dziennikarz Motor Cycle News. Pracowałeś tam ponad trzydzieści lat. Przedtem jednak pracowałeś także dla innych gazet…

W Motor Cycle News spędziłem najwięcej czasu i wtedy chyba najlepiej pisałem (śmiech). Oczywiście, że były inne gazety. Zaczynałem właśnie w County Express u boku żużlowca-dziennikarza Malpessa. Później była między innymi niedzielna gazeta Mercury w Birmingham, a potem gdzieś zobaczyłem ogłoszenie o naborze dziennikarzy do Motor Cycle News. Wysłałem do nich swoje zgłoszenie i przyjęto mnie do pracy, która zmieniła moje życie. Mogłem pisać o żużlu, a nie o rocznicach ślubów i tym podobnych rzeczach w lokalnej gazecie. Tak to się zaczęło. Powiem więcej, pierwszego dnia pracy w poniedziałek pisaliśmy o finale w Chorzowie, w którym to Jerzy Szczakiel pokonał Ivana Maugera. Od razu w nowej pracy pojawił się polski akcent. W ogóle uważam, że Jerzy Szczakiel, człowiek który nigdy nie zabiegał o rozgłos, został najbardziej „zapomnianym” człowiekiem polskiego żużla. On powinien być za czasów życia odpowiednio uhonorowany jako mistrz świata, a wydaje mi się, że nie do końca miało to miejsce. Dla mnie on był bohaterem, który utorował Polsce drogę do późniejszych międzynarodowych sukcesów. W 1974 roku zostałem przez redakcję wysłany już jako samodzielny dziennikarz do Szwecji, skąd relacjonowałem finał, który wygrał Anders Michanek. 

Kiedyś nie było telefonów komórkowych czy Internetu. Praca dziennikarska była trudniejsza aniżeli obecnie?

Oczywiście, że tak. Pamiętam, że jak w piętnastym biegu zawodnicy wpadali na metę ostatniego biegu, to się biegło do telefonu i relacjonowało w „minutę” zawody, aby zdążyło to pójść do druku na następny dzień. Nie należy zapominać, że nie byłem jedyny na stadionie, który miał potrzebę skorzystania z telefonu w klubie i niekiedy trwała „walka” o słuchawkę. (śmiech)

Przez trzydzieści lat bywałeś na wielu żużlowych finałach. Jakie masz wspomnienia z Polski? Kiedy byłeś u nas po raz pierwszy?

Po raz pierwszy w Polsce byłem w 1970 roku na finale światowym we Wrocławiu. Tam od razu zrozumiałem, dlaczego wy mówicie na żużel czarny sport. Po paru biegach we Wrocławiu nasze twarze były czarne od pyłu z toru (śmiech). Pamiętam, że postanowiłem przejechać się we Wrocławiu autobusem miejskim. Wsiadłem, usiadłem i po pewnym czasie, widzę że się ze mnie ludzie śmieją. Okazało się, że usiadłem na miejscu dla kobiet w ciąży. Kierowca tego samego autobusu został zatrzymany i ukarany przez policję za wyprzedzanie tramwaju po niewłaściwej stronie. Nie zapomnę również fantastycznego wówczas zielonego centrum miasta, gdzie z okazji finału tańczyli tancerze w waszych strojach narodowych. Oczywiście jak pewnie wiesz, finał wygrał wtedy nie kto inny jak Ivan Mauger. 

W latach 70. na angielskich torach pojawili się Zenon Plech czy Edward Jancarz…

Plecha doskonale pamiętam z prestiżowego turnieju Pride of the East w Kings Lynn. Był bodajże drugi za Michankiem. Później oczywiście doskonale spisywał się w Hackney. Edwarda Jancarza również pamiętam jak startował dla zespołu Wimbledon. Pamiętam jeszcze Kazimierza Bentke, który w Polsce startował chyba w Lesznie, a w Anglii bronił barw Pszczół z Coventry. Kojarzę Tadeusza Teodorowicza, który jeździł dla Swindon, ale niestety na wskutek wypadku zginął. Jak Bentke odchodził z Coventry, to w programie meczowym pisano, że odchodzi jeden z najlepszych polskich zawodników. 

Przez lata pracy jako dziennikarz miałeś kontakt z wieloma zawodnikami. Z którymi z nich byłeś związany prywatnie najbliżej?

Przez tyle lat pracy poznało się setki zawodników na bliższej lub dalszej płaszczyźnie. Bardzo blisko pracowałem z nieżyjącym już Simonem Wiggiem, dla którego przygotowywałem materiały prasowe. W tym wypadku mogę powiedzieć, że byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Podobnie jak dla Wigga „prasowo” współpracowałem z Jasonem Crumpem, Leigh Adamsem czy Stevem Johnstonem. Z zawodników „starszego” pokolenia byłem w bliskim kontakcie z Peterem Collinsem, „dzikim dzieckiem speedwaya” Michaelem Lee, Brucem Penhallem czy Kennym Carterem. 

Zdjęcie Petera Collinsa podczas treningu na motocrossie wykonane przez Andrew Edwardsa

Z tym ostatnim nazwiskiem związana jest pewna historia, która Cię zastanawia po dziś dzień.

Tak. To niestety smutna historia, Z Carterem, muszę Ci powiedzieć, zawsze miałem bardzo dobry kontakt. Być może wynikało to z tego, że nadawaliśmy na tych samych falach. Dzień przed tą tragedia, która się wydarzyła Carter dzwonił do mnie do biura, szukał mnie i koniecznie chciał się skontaktować. Niestety akurat wtedy miałem wolne, a jak wiesz telefonów komórkowych nie było. Po powrocie do pracy następnego dnia sekretarka poinformowała mnie, że szukał mnie Carter. Miałem się z nim skontaktować, odłożyłem to na później. Później przyszła wiadomość o tragedii, która się wydarzyła. Do dziś niekiedy się zastanawiam po co dzwonił. Na tyle go znałem, że wiem, że skoro dzwonił to musiało być coś ważnego. Być może gdybyśmy porozmawiali wszystko wyglądałoby inaczej… Tego niestety się już nie dowiemy. Ja już nigdy się nie dowiem, co Kenny chciał mi wtedy powiedzieć… Historia Cartera i przedwczesne odejście Simona Wigga to bardzo smutne przeżycia. Simon był doskonałym zawodnikiem oraz takim samym człowiekiem. Wiele razem przeżyliśmy i powiem ci, że po jego odejściu żużel dla mnie już nie był taki sam jak kiedyś.

Które z finałów światowych, na których byłeś obecny, zapadły Ci szczególnie w pamięć?

Tu nie ma żadnych wątpliwości. Były to nie finały indywidualne, a finały Drużynowych Mistrzostw Świata w 1973, 1974 oraz 1975 roku. Wiesz z jakiego powodu?

Z powodu zwycięstw Anglii.

To po pierwsze. Po drugie, w każdym z nich doskonale pojechał mój przyjaciel Peter Collins. Te trzy finały to była magia żużla w wykonaniu Petera oraz reprezentacji Anglii.

Który wyjazd na żużel był dla Ciebie szczególny? Taki, z którym wiążą się najlepsze wspomnienia.

Wyjazdów było bez liku. Jednak raz z przyjacielem poszliśmy na całość. Zrobiliśmy cztery imprezy w cztery dni. Szalony wyjazd. W piątek byliśmy na Wolverhampton z Cradley Heath, w sobotę oglądaliśmy z kolei Cradley ze Swindon. Po meczu polecieliśmy do Wrocławia na finał światowy, a w poniedziałek w Anglii byliśmy na meczu w Cradley, podczas którego Mauger prezentował puchar, który wywalczył dzień wcześniej we Wrocławiu. To był oczywiście rok 1970. Świętowaliśmy z Maugerem i we Wrocławiu i dzień później w Anglii. 

Andrew Edwards

Mało kto z kibiców wie, że to właśnie nie kto inny jak Ty zaaranżowałeś testy dla Bruca Penhalla na torze Formuły 1. Czy zatem stałeś także za biciem rekordu prędkości na motocyklu żużlowym przez Simona Wigga?

Różne były historie podczas mojej pracy dziennikarskiej. To prawda. Mało kto wie, ale w 1982 roku na torze Silverstone za kierownicą bolidu Formuły 1 jechał żużlowy mistrz świata, Bruce Penhall. Powiem Ci, że on sobie wtedy w tym bolidzie radził naprawdę dobrze. Penhall miał smykałkę chyba do wszystkiego. Pamiętam, że na prostej na Silverstone jechał ponad 160 mil na godzinę. Bicie rekordu prędkości na motocyklu żużlowym to był mój autorski pomysł. Simon Wigg bardzo pomógł nam w jego realizacji dla Motor Cycle News. Wigg włożył w ramę silnik Goddena, jego brat Julian zakładał opony drogowe, ponieważ żużlowe nie dawały sobie rady z prędkością i asfaltem. Simon, aby uzyskać maksymalną prędkość jechał niemal położony na motocyklu z nogami wyciągniętymi do tyłu. W najlepszym przejeździe osiągnął 127 mil na godzinę, choć później Simon przekonywał, że 130 mil jest do pobicia. Do dziś uważam, że to największa prędkość jaka została uzyskana na normalnym motocyklu żużlowym bez żadnych „udziwnień”. 

Andrew, co musi zrobić angielski żużel, aby „wyjść” z kryzysu?

Na pewno jest to złożony problem. Nie widzę innej drogi, aniżeli stawianie na szkolenie młodzieży. Musimy mieć więcej młodych zawodników. Myślę, że dużą rolę ma do odegrania też Polska, która teraz rządzi w światowym speedwayu. Na tyle, na ile jest to możliwe powinniście pomagać w rozwoju tej dyscypliny. 

Co dziennikarz żużlowy o takim stażu jak Ty może polecić młodszym kolegom po fachu?

Na pewno dziennikarz, nie tylko żużlowy powinien lubić i umieć słuchać swoich rozmówców i „wyciągać” z nich to co najlepsze. Ja często pisałem tak, jak pisałbym scenariusz do filmu fabularnego. Na pewno należy unikać pisania tanich sensacji i należy mieć wiedzę w tym temacie, o którym się pisze. Szczególnie w pisaniu o żużlu jest ona niezbędna.  To chyba podstawa. Najważniejsze jednak mieć pokorę do swoich rozmówców i ich szanować. 

Lada moment ukaże się Twoja autobiografia, nad którą pracowałeś sześć lat.. 

Tak. Książka MCN Days Speedway Nights to moje żużlowe wspomnienia. Myślę że dla tych, którzy znają język angielski będzie to pozycja warta przeczytania. Zawiera wspomnienia z imprez żużlowych, wspomnienia zawodników. Co ważne, nie brak w niej polskich wątków. 

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA