Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Włochy są obecnie krajem najdotkliwiej doświadczonym chorobą COVID-19. To właśnie w Italii mieści się fabryka silników GM, bez których nikt obecnie sobie żużla nie wyobraża. O tym, jaki wpływ na wspomniane silniki ma koronawirus, w poniższej rozmowie z przedstawicielem fabryki – Vittorio Marzotto, synem Giuseppe. 

Jak przedstawia się sytuacja w Waszej firmie podczas trwania epidemii koronawirusa?

Cóż, oczywiście, że nasza sytuacja nie jest kolorowa. W związku z regulacjami nałożonymi przez nasz rząd, byliśmy zmuszeni z dnia na dzień  całkowicie wstrzymać produkcję. Trwa to już ponad trzy tygodnie i jest dla nas odczuwalne. Nie wiadomo również, kiedy to się wszystko skończy. 

Jakie perspektywy czekają GM w związku z kryzysem?

Nie jest łatwo w tym położeniu cokolwiek przewidzieć. Sytuacja ciągle się zmienia, każdy dzień przynosi „nowe liczby”. Miały one już spadać, i tak faktycznie było przez trzy dni. Po tych trzech dniach padł natomiast rekord zgonów. Rząd przewiduje, że niebawem liczba zarażonych będzie jednak  spadać. Mam nadzieję i wierzę, że za jakiś miesiąc będziemy mogli wrócić do normalnego trybu pracy.

Jak dużo silników macie teraz „w zawieszeniu”, w swoim magazynie, z powodu tego, że zawodnicy nie regulują należności?

Mamy już dużo zrealizowanych zamówień. Czekają u nas i są gotowe do natychmiastowej wysyłki. Czekają właśnie tylko na uregulowanie należności. Spora część silników została wysłana do zawodników wcześniej, jeszcze przed wybuchem epidemii. Jednak ogólnie rzecz biorąc, nasza sytuacja nadal jest tragiczna. Kluby nie mogą otworzyć swoich obiektów, ruszyć z normalną działalnością, a co za tym idzie – nie płacą zawodnikom pieniędzy. Dalej łańcuch jest prosty. Możesz resztę sobie dopowiedzieć. Tu jedno naruszone ogniwo sprawia, że sypie się kolejne. Żużel to system naczyń finansowo połączonych. Jeśli zawodnicy nie otrzymują pieniędzy z klubów, to nie składają nowych zamówień na materiały, w tym również sprzęt i silniki. Musimy poczekać i zobaczyć jakie to wszystko będzie miało skutki.

Jak Pan myśli, czy firma „Jawa” może wrócić do gry w tej sytuacji? Nawet jeśli również boryka się ona ze swoimi problemami?

Czy wrócą? Nie wiem. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, żużel wcale nie jest łatwym rynkiem. Liczby są tutaj bardzo małe. Cały żużlowy rynek to maksymalnie 450-500 silników. Do tego, wszelkie komponenty i podzespoły muszą być tanie oraz jak najlepszej jakości. Inaczej nikt by tego nie zamówił. To nie jest Moto GP, gdzie rynek jest ogromny i niewielkie tąpnięcia nie mają dużego wpływu na całokształt działalności. My jesteśmy firmą rodzinną, pasja pozwoliła nam nauczyć się wielu rzeczy, które wpływają na ograniczenia kosztów działalności. Gdybyśmy byli w takiej sytuacji, gdzie musielibyśmy zapłacić inżynierom, technikom, działowi produkcji, inwestować w badania i rozwój, to już byśmy, bez cienia wątpliwości, zbankrutowali.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również. 

Rozmawiał SEBASTIAN SIREK