lotto partner główny serwisu
pon. Sie 19, 2019

Stefciu w rurkach, czyli po co komu żużel?

Kiedy 15 grudnia 1923 roku, na torze do wyścigów kłusaków, w australijskim West Maitland zorganizowano pierwsze ściganie, dziś już tylko z nazwy przypominające zawody “dirt track”, nikt pewnie nie przypuszczał, że prawie 100 lat później… wrócimy do punktu wyjścia.

Czasy koniunktury i rozwoju naszej ukochanej dyscypliny, niestety, odchodzą w niepamięć, po trosze wskutek zmian politycznych, po trosze przez coraz większy dobrobyt w krajach rozwiniętych (szczególnie), po trosze z nieprzymuszonej woli “władz” światowego i lokalnego żużla i wreszcie, z powodu coraz wyższych kosztów uprawiania, o które nota bene same żużlowe władze “prosiły”, wprowadzając kolejno szereg ograniczeń, nie zawsze uzasadnionych “wyższymi potrzebami”.

Jeszcze niedawno rozgrywki o tytuły mistrzów świata, indywidualnie, drużynowo i parami, mobilizowały kilkadziesiąt nacji, z czego kilka jeśli nie kilkanaście, mogło wystawić wartościowe, przynajmniej duety. Liczyli się reprezentanci Nowej Zelandii, Norwegii, Czech, Węgier, Związku Radzieckiego, Finlandii, Włoch, czy Niemiec, mając po kilku, a przynajmniej po jednym wartościowym żużlowcu. Przewijali się Francuzi, Holendrzy, Bułgarzy i oni także potrafili “zamieszać”. Eliminacje do mistrzostw prowadzono w dwóch strefach (z uwagi na ówczesny podział, głównie, polityczny świata), a już zawody ledwie ćwierćfinałowe, ale rangi mistrzostw, przyciągały na trybuny nadkomplety fanów. Komu to przeszkadzało, chciałoby się zapytać?

Rozkwitały turnieje na lodzie, trawie i długim torze, nie będąc przy tym geriatryczną atrapą “prawdziwej” rywalizacji, ale gromadząc na starcie doborowe, głodne sukcesów towarzystwo z całego żużlowego świata. Dlaczego to już przeszłość? Dlaczego w miarę przyzwoicie egzystuje tylko klasyczny speedway, a i to jedynie w trzech wartościowych ligach (Polska, Szwecja, Wielka Brytania) i kilku, ledwie, kadłubowych rozgrywkach, złożonych z cyfry, nie liczby drużyn (Dania, Niemcy, Czechy, Rosja), w których główne role grają te same gwiazdy, które brylują w trzech najlepszych ligach, bądź się w nich nawet regularnie nie łapią do składów, więc szukają możliwości pojeżdżenia? Tego niestety nie wiem i nie znam recepty, jak ten agonalny stan odwrócić. Wiem jednak, że (uwaga, trudne słowo) wszechobecna komercjalizacja powoduje, iż młodzi niechętnie, najoględniej mówiąc, garną się do ryzykownej, kontuzjogennej i słabo opłacanej dyscypliny, gdzie znacznie poważniejsze od możliwości zarobku, jest ryzyko przedwczesnego zakończenia kariery i “normalnego” życia, na wózku inwalidzkim. Po co młody lew Albionu miałby się “pchać” w tak niepewny teren? Podobnie Szwed, Duńczyk, Francuz itd. A co z biedniejszymi nacjami? Tu pęd do sukcesu i sporych, jak na tę skalę odniesienia, pieniędzy, powinien być zdecydowanie wyższy, jednak na przeszkodzie stają, po pierwsze brak dobrego PR dyscypliny w ogólnie dostępnych mediach (któż miałby o to zadbać?), brak reklamy, brak dostępności sprzętu i finansów na jego przygotowanie już na starcie oraz brak… miejsc do treningu. Spójrzcie choćby na Węgrów. Jeszcze kilka lat temu Adorjan, Kocso, Petrikovics, Tihanyi, Body, Hajdu… Można by długo wymieniać. Do tego liczna liga, sporo ośrodków ze stadionami i torami, sukcesy międzynarodowe, a dzisiaj? Gruzowisko, niestety i tylko wspomnienia. Długie lata bronili się Czesi, przede wszystkim ze względu na fabrykę “Java”, konkurującą skutecznie najpierw z “Weslake”, potem “Godden`ami”, a wreszcie “GM”, dzięki czemu sprzęt mieli dobry, tani i “pod ręką”. Wraz jednak z przekształceniami ustrojowymi, również oni nie dali rady, choć przeżyli zarówno zmianę silników z dwu- na czterozaworowe, czy z pionowych na tzw. leżaki. Obecnie próbują się podnieść, pomaga im i mocno wspiera m.in. Mirek Dudek z Rybnika, przesympatyczny i bardzo konkretny facet, który za cel postawił sobie obniżenie kosztów w żużlu. Ja także bardzo Mu w tych staraniach kibicuję, choć uczciwie, nie widzę większych szans przebicia się przez grubą warstwę ochronną granatowomarynarkowych, którzy pewnie woleliby, aby speedway dokonał samoeutanazji, dzięki czemu jeden “problem” uległby samorozwiązaniu.

Jak więc ponownie pobudzić dyscyplinę, jak zaradzić, by za kilka lat nie pozostać także w Polsce z trzema klubami “na krzyż” i kilkoma hobbystami, grubo po pięćdziesiątce, udającymi sportowców, aby żużel przetrwał? Na to nie mam recepty. Wiem, że kilka lat temu po ogłoszeniu naboru do szkółki, na stadion przybiegało pół miasta. Dziś przychodzi zwykle Stefciu w rurkach, z mamusią za rączkę i od razu pyta: “za ile?”

Czy można to jeszcze zmienić?

Przemysław Sierakowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.