Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

I oto od kilku dni mamy ogólnonarodową dyskusję. Okazuje się, że największym problemem polskiego żużla, sądząc po gorących komentarzach, jest to, że pewien Australijczyk zabrał pewnemu Duńczykowi pieniądze z tytułu bonusa. Jack Holder demonstracyjnie przed metą postanowił nie ukończyć wyścigu i tym samym Kennethowi Bjerre kasa za bonusa uciekła sprzed nosa.

Wszyscy labidzą nad losem filigranowego Duna, pojawił się nawet pomysł grupy kibiców, aby zrobić zrzutkę na wyrównanie Bjerre jego straty. No pięknie. Jakoś w tym jazgocie umknęła sprawa najistotniejsza. Taka otóż, że Holder swoją demonstracją, za którą podobno przeprasza (o zakład idę na żądanie klubowych władz, a nie na skutek własnej refleksji), nie zrobił kuku jedynie rywalowi z toru. Australijczyk zakpił bowiem także z kibiców zgromadzonych na stadionie, dzielnych chwatów komentatorskich i równie dzielnego zespołu reportersko-prezenterskiego, który prowadził transmisję z tego meczu, a za jej pośrednictwem zakpił także ze wszystkich zgromadzonych przy telewizorach. Pokazał środkowy palec wreszcie ekstralidze żużlowej, namiętnie reklamowanej jako „najlepsza na świecie”. W końcu, jakby nie było, naruszył jej wizerunek – instytucji profesjonalnej i profesjonalnie prowadzącej rozgrywki.

Cóż więc robić? A przywalić mu finansową karę, tak żeby potem i on, i ewentualnie inni żartownisie zastanowili się, nim drugi raz wytną taki numer. Przywalić tyle, żeby starczyło na opłacenie bonusa dla Bjerre i zostało jeszcze sporo na szkolenie młodzieży. Gdzie jak gdzie, ale w Toruniu powinni być z tego zadowoleni. Żartowałem…?

ROBERT NOGA