Bartosz Smektała kolekcja
lotto partner główny serwisu
betard
sob. Sty 18, 2020
wlodzimierz-luczak-wykonczenia-wnetrz
Polcopper

Grigorij Łaguta.

Słowo Łaguty, czyli nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe

Soczysty i obfity hejt wylał się ostatnio tuż po zaskakującej decyzji Grigorija Łaguty o zasileniu barw beniaminka z Lublina, kosztem „macierzystego” Rybnika. Owszem, można było i wręcz należało rozegrać sytuację po ludzku, zatem z otwartą przyłbicą, szczególnie wobec prezesa Mrozka, który chroniąc interesy „swojego” zawodnika, naraził się na niechęć akuratnych działaczy. Można było, ale się nie zrobiło.

Jeśli Mrozek był rozsądny, to nim zaangażował się w obronę „Griszki” powinien się zabezpieczyć, na wypadek podobnych okoliczności, przynajmniej od strony finansowej, bo o wizerunkowej kwestii nie wspominam. Żużlowcy to odważna nacja, choć wielu brakuje odwagi cywilnej i namiastki choćby dyplomacji, by wyjść z podobnych opresji z twarzą i nie palić za sobą mostów. Działacze mają w tej materii podobnie. Jeszcze niedawno Kępa junior odgrażał się wszem wobec, a każdemu z osobna, że póki on w Lublinie, noga Hancocka tam nie postanie. Amnezja wybiórcza? Pewnie tak, choć lubelski menedżer i tak nie był doskonały w swych poczynaniach. Idealnie byłoby bowiem zaangażować lidera konkurencji, osłabiając przy tym wyraźnie siłę przeciwnika. Hancocka więc Kępa nie weźmie, bo niesłowny, jest fe i be i w ogóle niedobry, ale już podebrać Rybnikowi Łagutę to cacy. Klasyczny syndrom Kalego. Kali ukraść krowę dobrze?

Nie jest niestety Łaguta, ze swym zachowaniem, żadnym wyjątkiem. Moralność, przywiązanie do barw, czy wdzięczność, to pojęcia martwe, najwyżej encyklopedyczne. Sam pamiętam, jak swego czasu jeden z ówczesnych liderów GKM-u, jeszcze wieczorem uzgodnił warunki kontraktu ze swym indywidualnym sponsorem, jednocześnie członkiem zarządu klubu, umówił się na podpisanie dokumentów następnego dnia w południe, po czym telefon mu się „zepsuł”, a kolejny dzień przyniósł wieść o przenosinach ridera do konkurencyjnego Leszna, prowadzonego przez Rufina Sokołowskiego. Rufin osiągnął ideał. Jednym transferem osłabił rywala, jednocześnie wzmacniając swój team. Od Kępy juniora był więc skuteczniejszy, ale aspekt etyczny pozostawiam ocenie czytelników. Nie zapomnę jednak wściekłości owego sponsora, a jego słów nie przytoczę, gdyż z pewnością byłyby powszechnie uznane za obelżywe, wobec samego zawodnika, jak też postępowania obu pozostałych stron „transakcji”.

A co z listem intencyjnym Madsena w GKM-ie kilka sezonów temu? Podobnie. Dogadujemy się „na gębę”, przybijamy „piątkę”, dla większego bezpieczeństwa podpisujemy nic nie warty, jak się okazało, papier i po chwili wolta, gdyż zawodnik ujawnia się jako reprezentant innego klubu. O współpracy i wymianie informacji między prezesami nie wspomnę, bo przecież kto współdziałałby z „wrogiem”, a tak traktuje się konkurenta. Żeby nie było tak całkiem „grudziądzko”, zahaczę jeszcze o wątek Vaculika. Wybrał kasę – zgoda. Poszedł do Zielonej – w porządku. Spalił za sobą mosty w Gorzowie – jego sprawa. Przecież każdy inny klub także czekałby cierpliwie i pomagał w jak najszybszym powrocie na tor przy kontuzji – tak rozumują. Zapytam tylko, kto i w którym mieście przywitał byłego zawodnika banknotami rzucanymi z trybun? A teraz fajnie, bo nasi sprytniejsi?

Odejścia, transfery, kasa, karuzela się kręci. Co jednak, gdy zawodnik zostanie „wyrolowany” przez klub? Niemożliwe? Ależ możliwe. Kilka lat temu śniący o potędze Gdańska, były prezes Majewski, zwany w środowisku „Majonezem”, żył z rozmachem, choć na kredyt. Długo mamił gruszkami na wierzbie Roberta Dadosa, a ten i jego opiekunowie, na swoje nieszczęście, wierzyli. Do ostatniej chwili ufali, że w Gdańsku jest potężna kasa, choć okazali się na tyle chociaż przezorni, że niczego nie podpisali na „piękne słówka”, czekając bezskutecznie na przelew. Dla mnie od początku tych rozmów było jasne, że zapewnienia „Majoneza” to mrzonki. Czekałem więc cierpliwie w klubie, niemal do północy, ostatniego dnia transferów, z gotowym kontraktem „warszawskim” dla Roberta. Krótko przed przyjechali ekipą po nieudanej eskapadzie do Gdańska, bez ostrzeżenia, bez wcześniejszego telefonu, czy informacji, ot z nastawieniem, że w klubie „musi” ktoś być. Nie mam pretensji, ale forma pozostawiała nieco do życzenia. Umowę podpisaliśmy i każdy poszedł w swoją stronę, jakby nic się nie wydarzyło.

„Ta piosenka jest, pisana dla pieniędzy” jak śpiewał Ciechowski. Ja bym nieco parafrazował tekst : „Ta piosenka jest śpiewana o pieniądzach”, a życie dopisze kolejne zwrotki. Jedni będą się wściekać, inni cieszyć, a zawodnicy kasować „ile wlezie”. Pokrzywdzonym zaś nielojalnością żużlowców, ostatnio szczególnie Krzysztofowi Mrozkowi, polecam utwór „Budki Suflera”, nomen omen z Lublina pt. „Przegrywać czasem, to normalna rzecz”. Jest tam też wątek optymistyczny „upadać nisko, by się wyżej wznieść i czasem gdy zaboli Cię, nie wstydzić się swych własnych łez, to także zwykła, to normalna rzecz”.

Oby zatem Rybnik zrealizował tegoroczny cel. Z Łagutą, czy bez. Z rzekomą kasą, na którą prezes Mrozek ma kwity, czy bez niej. Grunt, żeby skutecznie, bo razów i ciosów zewsząd chyba już wystarczy.

PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI