Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle tytułów indywidualnego mistrza świata wywalczył obchodzący w tym tygodniu 89 urodziny Ove Fundin.

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów zdobyła reprezentacja Polski podczas DME na torze w Poznaniu
Przemysław Sierakowski, autor tekstu
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Rozpędzają nam się tegoroczne wicemistrzostwa eWinner 1. Ligi. Po kilku, nomen omen, kolejkach, można już w miarę bezpiecznie pokusić się o pierwsze wnioski. Naturalnie kontuzje, przebłyski nowych gości w składach, nieprzewidziane absencje, czy zawirowania organizacyjno-finansowe mogą jeszcze dokonać zwrotów akcji, ale nie radykalnych. Sporo więc widać.

Na czele hegemon w postaci toruńskiego Apatora. Mimo niezbyt obfitego wsparcia ze strony narybku, mimo pewnych problemów na torze w Dyneburgu, kroczą od zwycięstwa do zwycięstwa. W kontakcie ze światową czołówką pomaga tercetowi Aniołów kontakt z Ekstraligą. Holderowie i Miedziński nie zawodzą swych możnych mocodawców jako goście w ich ekipach, startują więc relatywnie często, a przy tym zarabiają zacnie, może nawet lepiej niż gdyby podpisali zrazu kontrakty ekstraligowe, nawet bez pandemicznych aneksów. Młodzieży w Toruniu ani widu, ani słychu. I tu w kontekście nieprzeciętnych możliwości finansowych Aniołów, mamy prawo przypuszczać, iż po sezonie, zatem po powrocie do elity, Pierniki nie zasypią gruszek w popiele i staną się aktywnym graczem na ubożuchnym rynku.

Za plecami Apatora dzieje się sporo. Mimo mizernych widoków na promocję piętro wyżej, pozostałe zespoły wyraźnie zamierzają utrzymać się w rozgrywkach, najlepiej na 2. miejscu. Kto wyjdzie zwycięsko z tej batalii? Za wcześnie wyrokować, ale wyraźnie widać też parę autsajderów. Łotysze z Daugavpils nie zasmakowali jeszcze radości zwycięstwa, jednak Kola Kokin z pewnością jest w stanie coś wykombinować. Fajnie postawili się faworyzowanemu Toruniowi na swoich śmieciach i to mimo poważnego osłabienia. Nie jechał zmagający się z trudnym powrotem po parszywej kontuzji Linus Sundstroem, zabrakło gościa, w osobie znanego na Łotwie Wadima Tarasienko, bo temu przeszkodziły trudności logistyczne, a mimo wszystko gospodarze postraszyli wielki Apator. Znakomitą robotę wykonują i wykonali w tamtym meczu, juniorzy, wśród których uwagę zwraca ledwie 17-letni Francis Gusts. Jedzie dojrzale, z zębem, a kiedy pozna kolejne obiekty i rozkmini do końca tajniki ustawień motocykla pod konkretny tor, będzie z niego niezły grajek. Warto zapamiętać chłopaka.

O utrzymanie nad granicą oddzielającą amatorkę od profesjonalnego żużla powalczy z Łotyszami zapewne bydgoska Polonia. Ekipa Jerzego Kanclerza wydawała się posiadać zbilansowany skład. Liderzy w osobach Bellego i wypożyczonego w ostatniej chwili Dawida Lamparta, wspierani solidną drugą linią z Berge, Brzozowskim, Huckenbeckiem i jednym z dwójki Lyager/Ivacić a do tego solidny Orwat w formacji młodzieżowej. Na papierze wyglądało dobrze. Gdyby nie kontuzja Francuza i więcej skromności w ocenie własnych walorów taktyczno-menedżerskich przez właściciela – skądinąd sympatycznego właściciela – klubu, mogło być i wciąż może być lepiej. Prośba tylko, by Jerzy Kanclerz nie szedł szlakiem Krzysztofa Mrozka, z hasłem „Ja siama” na ustach, bo jak się to kończy widać po Rybniku coraz wyraźniej. Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania… był taki mądry wierszyk.

Jerzy Kanclerz fot. Jakub Soboczyński

Po stracie Bellego w Polonii zrobiła się wyraźna nie tylko dziura, a wręcz wyrwa. Bydgoszczanom wyrwano serce. Także to do walki. Kanclerz szuka rozwiązania, testując Lyagera z Ivaciciem, dotąd jednak bez większego efektu. No i nie objawił się w Bydgoszczy następca Dawida. Żaden z obecnych w składzie zawodników nie udźwignął roli przywódcy, a bez takowego zadanie przed drużyną arcytrudne. W dwumeczu z Daugavpils bydgoszczanie wcale nie muszą być faworytem, a dwa oczka u siebie zdobyte kosztem Łodzi staną się bezcenne tylko wówczas, gdy ekipa Skórnickiego wywiezie punkty z Dyneburga. Kto więc opuści szeregi eWinner 1. Ligi? A może nikt. Kadłubowa 2. Liga wystarczająco nabiła rewolwery oponentów argumentami za likwidacją tego szczebla. Tu jednak działanie musiałoby być kompleksowe. Najpierw poszerzenie Ekstraligi, a dopiero później kolejne ruchy, z likwidacją trzeciego poziomu na czele. Czyli biorąc pod wzgląd realia i dalekowzroczność decydentów… bez szans. Niestety.

Wygląda więc na to, że tegoroczne wicemistrzostwa 1. Ligi zaczynają się układać. Wygra Apator, za nim 5 zespołów z szansami o wyrównanym potencjale, zdolnych wygrać mecz wyjazdowy, by za chwilę polec u siebie z równorzędnym rywalem, a z tyłu dwie ekipy „walczące o spadek”, by zacytować klasyka. Nie znaczy to bynajmniej, że będzie nudno. Mimo jazdy o nic, bądź rezygnacji z awansu z założenia, z przyczyn innych niż sportowe, kluby eWinner 1. Ligi tworzą widowiska palce lizać. Magnesem i motywacją dla zawodników i kibiców są play off-y. Zatem 4 mecze więcej, a ściśle za 4 mecze więcej. No i jedno z ekscytujących kibiców pytań – kto pokona Toruń.

I na koniec. Po sezonie ekstraligowi potentaci ruszą z pełnymi sakwami na polowanie. Najbardziej pożądanym trofeum będą solidni juniorzy. A na tym polu w eWinner 1. Lidze średnio. Jest wystający ponad szklany dach Mateusz Cierniak w Tarnowie. Jest oswojony ze ściganiem, skuteczny Karol Żupiński w Gdańsku, a dalej to już tylko pojedyncze wyskoki, najczęściej u siebie, bądź jak Stalkowski, na byłym domowym torze. Z tego grona wyróżnia się, głównie wiekiem, Sebastian Szostak z Ostrowa. Tylko Ekstraliga dla tych chłopaków, wyłączając Cierniaka i Żupińskiego, to jeszcze zbyt wysokie progi. Co więc uczynią nakręceni na sukces, bogaci prezesi klubów Ekstraligi? Nowa fala naturalizowanych Polaków, czy zapis o startach obcokrajowców z pozycji juniorskich? Oby nie. A pomóc mogłoby poszerzenie E-lipy do 10. drużyn. Trochę mniejsza presja, niższe wymagania i oczekiwania, większy komfort po jednej czy dwóch porażkach – byłoby gdzie się uczyć. Tylu chętnych, nie odstających finansowo i personalnie, to by się jeszcze znalazło. I beniaminkowie mieliby łatwiej. No i praktyki zawodowe tyleż wartościowsze, co z lepszym efektem. A na efekty przymuszonego szkolenia dałoby się cierpliwie te dwa, trzy lata poczekać.

PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI