Główny partner portalu

Michał Korościel na motocyklu żużlowym w Krakowie. FOT. twitter.com/michalkorosciel
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Kolejnym gościem naszego nowego cyklu “Pod szprycą pytań” jest dziennikarz Radia ZET, Eurosportu i Eleven Sports, Michał Korościel. Z komentatorem meczów PGE Ekstraligi i prowadzącym studio podczas Pucharu Świata w skokach narciarskich porozmawialiśmy m.in. o jego pracy, zainteresowaniach i doświadczeniach, co pozwoli każdemu z telewidzów i słuchaczy poznać go lepiej. Nie zabrakło też tematów stricte żużlowych i narciarskich… Który żużlowiec jest najbardziej przeceniany? Za który klub ściskał kciuki? Kamil Stoch czy Adam Małysz? Zapraszamy.

Pańskie ulubione przedmioty z czasów szkolnych to…

Wychowanie fizyczne, ale lubiłem też matematykę i język polski.

Pańska ulubiona książka to…

„Nędznicy” Wiktora Hugo.

Pański ulubiony film to…

„7 uczuć” w reżyserii Marka Koterskiego.

Pański ulubiony aktor to…

Keanu Reaves.

Pańska ulubiona aktorka to…

Agata Kulesza.

Cechą, którą Pan najbardziej lubi u ludzi jest…

Poczucie humoru.

Pańska ulubiona potrawa to…

Klasyczny polski kotlet schabowy z ziemniakami i mizerią.

Pański ulubiony gatunek alkoholu to…

Lubię smakować piwa z mniejszych, regionalnych browarów.

Pańskie ulubione miejsce na wakacje to…

Polskie morze.

Pański pierwszy samochód to…

Na początku jeździłem polonezem truckiem mojego wujka, ale jeśli chodzi o moje auto to fiat seicento.

Pański ulubiony klub żużlowy to…

Pochodzę z Zielonej Góry, więc niejako byłem skazany na Falubaz. Poza tym od dziecka sympatyzowałem z Indianerną Kumla w Szwecji i Wolverhampton Wolves w Wielkiej Brytanii. Teraz, z racji obowiązków zawodowych i poznania wielu zawodników prywatnie, nie przywiązuję do tego dużej wagi.

Pańscy idole żużlowi to…

Idole to za duże słowo, jednak spośród Polaków bardzo lubiłem Jarosława Szymkowiaka i dwóch Tomaszów – Golloba i Jędrzejaka. Z zagranicznych najmilej wspominam Larsa Gunnestada. 

Większą przyjemność sprawia komentowanie speedwaya czy praca w radiu?

(Chwila ciszy). Jedno i drugie bardzo lubię, ale te zajęcia są nieporównywalne. Jeśli muszę wybrać, to chyba komentowanie żużla wzbudza większą adrenalinę.

A gdyby porównać żużel ze skokami narciarskimi, to praca przy której z tych dyscyplin sprawia więcej frajdy?

Obydwie znakomicie się uzupełniają. Kiedy kończą się skoki, zaczyna się żużel i odwrotnie. Porównując te dyscypliny, muszę wskazać na żużel, jednak podczas konkursów w Zakopanem czy w Lahti nie myślę o speedwayu.

Czy planuje Pan kiedyś zmienić studio podczas zawodów Pucharu Świata w skokach na kabinę komentatorską, czy też panowie Igor Błachut i Marek Rudziński mogą spać spokojnie?

Nie, nie mam takich planów (śmiech).

Żużlowcy podczas zawodów ligowych mają doparowych, a komentatorzy sportowi i prowadzący audycji sportowych mają swoich współprowadzących i współkomentatorów. Z którym z partnerów pracuje i uzupełnia się Panu najlepiej?

Tych konfiguracji było sporo. Przez jakiś czas pracowałem z Marcinem Kuźbickim przy Elite League. To właśnie jego bym tutaj wskazał.

W poprzednim sezonie prowadził Pan „Magazyn PGE Ekstraligi” na kanale Eleven Sports. Co tydzień zapraszaliście do studia jednego, dwóch gości – najczęściej zawodników, ale również inne osoby związane z żużlem. Czyją wizytę wspomina Pan najlepiej i jednocześnie której z tych osób wróży przyszłość w roli komentatora telewizyjnego?

Na pewno najzabawniej było z Glebem Czugunowem. Ten odcinek odbił się dużym echem w całej żużlowej Polsce, a Rosjanin udzielał ciekawych odpowiedzi na nasze pytania. Większy problem mam z odpowiedzią na drugą część pytania… (Chwila ciszy). Jakub Jamróg jest kompetentny do takiej roli. Gościł u nas zarówno w „Magazynie” jak i podczas meczów, wypadając bardzo dobrze.

Których żużlowców uważa Pan za najbardziej niedocenianych?

Michaela Jepsena Jensena i Szymona Woźniaka.

A których za najbardziej przeszacowanych?

Od razu na myśl mi przychodzi Peter Kildemand. W 2015 odjechał ostatni dobry sezon w Rzeszowie, a i tak przez cztery kolejne lata utrzymywał się w Ekstralidze.

Lotne starty – przepisy powinny przewidywać rygorystyczne pilnowanie przez sędziów Waszej nieruchomości czy też należy wrócić do liberalnego podejścia sprzed lat?

Ani jedno, ani drugie. Sędziowie powinni mieć możliwość trzymania zawodników na starcie dłużej niż obecnie. Co prawda to nie jest zapisane w żadnym regulaminie, lecz skądinąd wiem, że mają odgórne wytyczne, by zwolnić taśmę po – w mojej opinii – zbyt krótkiej chwili. Żużlowcy nie powinni być karceni za to, że zostali obdarzeni lepszym refleksem od kolegów, ale wszelkie próby toczenia się powinny się spotykać z reakcją sędziów.

W obliczu pandemii i zamknięcia zakładów fryzjerskich czyje uczesanie Pan wybiera – Jarosława Hampela czy Antonia Lindbäcka?

Nie mam zbyt dużego wyboru. Bez mojej ingerencji już niedługo będzie fryzura na „Hampela” (śmiech).

Spośród nestorów swoich dyscyplin – Noriakiego Kasaiego i Grega Hancocka – wybierze Pan…

Hancocka, mimo wszystko Hancocka. Noriaki wciąż skacze, ale od dwóch lat wypadł nawet nie tyle z czołówki światowej, co z całego Pucharu Świata. Fajnie, że jest, ale bardziej w ramach ciekawostki niż poziomu sportowego.Amerykanin zaś jeździł do samego końca na najwyższym poziomie.

Musiała przyjść pora na najbardziej polaryzujący temat zimowych dyskusji – Adam Małysz czy Kamil Stoch?

(Chwila namysłu) Małysz. Nie ma sensu wchodzić w dyskusje na temat ich dorobku medalowego, bo nigdy byśmy jej nie skończyli. Adam Małysz był pierwszy. Otworzył wszystkie drzwi. Zaczął małyszomanię. Był prosty, prawdziwy, nieprzerobiony przez maszynę medialną. Poza tym chyba nikt nie zdystansował swoich rywali w tak zdecydowany sposób. Każdy obserwator skoków dobrze pamięta sezon 2018/19 w wykonaniu Kobyashiego, kiedy wygrywał bardzo wyraźnie, a przecież to była zaledwie namiastka formy Małysza choćby z Turnieju Czterech Skoczni na przełomie 2000 i 2001 roku.
Kamil Stoch jest bardzo dobry i poukładany, ale skoki Małysza stanowiły początek rewolucji. Z „Orłem z Wisły” jest jak z The Beatles – prawdopodobnie były po nich lepsze zespoły, jednak w większości rankingów na najlepszy zespół w historii muzyki rozrywkowej wygrywają właśnie liverpoolczycy, bo to oni rozpoczęli nową erę.

Czy może Pan przytoczyć swoją najzabawniejszą anegdotę związaną z pracą przy żużlu?

Oj, tego jest tak wiele, że ciężko wskazać jedną. Chyba przytoczę tę z początków mojej pracy jako dziennikarza zajmującego się sportem. Historia miała miejsce w 2005 roku. Trenerem Falubazu był wspomniany już wcześniej Jarosław Szymkowiak, a jednym z jego podopiecznych legenda Stali Gorzów Wielkopolski, Piotr Świst. Mówiąc delikatnie, nie był to najlepszy występ „Twisty’ego”, w związku z czym Szymkowiak zastosował za niego rezerwę. Po meczu udałem się do parku maszyn.
– Co się stało? – zapytałem Śwista.
– Zapytaj Koniuszego – odparł. Mocno mnie ta odpowiedź zaskoczyła.
– A kto to jest Koniuszy? – spróbowałem dopytać, na co pan Piotr mi powiedział.
– No jak to? Zapytaj naszego Stajennego. – Ponowiłem pytanie, bo wciąż nie znałem tożsamości wskazywanej osoby. Na to po trosze zirytowany, a po trosze rozbawiony Świst wypalił.
– To co, chłopcze, chcesz pisać o żużlu, a nie wiesz kim jest Koniuszy?
Dopiero po jakimś czasie skojarzyłem, że Szymkowiak ma konie, a wściekły na niego Świst próbował w ten sposób dać upust swojej złości. Podsumowując tę historię, ostatecznie udało nam się przeprowadzić ten wywiad, jednak w tamtej chwili słowa pana Piotra mocno podcięły mi skrzydła (śmiech).

A czy ma Pan na swoim koncie wtopę, która do dziś powoduje u Pana gęsią skórkę?

Na pewno były jakieś błędy i nie wypieram się ich, ale nie przychodzi mi żaden konkretny do głowy. Jest jednak pewna historia – na swój sposób traumatyczna – związana z pierwszym, niestety nieudanym, Grand Prix na PGE Stadionie Narodowymw 2015 roku. Byłem spikerem podczas tego turnieju, natomiast sędzią był Brytyjczyk Jim Lawrence. Arbiter kilka razy podejmował określone decyzje, by po chwili je zmieniać. Ja niezwłocznie przekazywałem te komunikaty publiczności, lecz po którejś z rzędu weryfikacji publiczność zaczęła na mnie gwizdać. Rozwścieczeni kibice zdawali się myśleć, że to ja jestem idiotą i podaję błędne komunikaty. Po zawodach okazało się, że z sędzią były pewne problemy, m.in. na wieżyczce towarzyszyła mu żona, co mogło zmniejszyć jego koncentrację, lecz złość publiczności ogniskowała się na mnie.

Jakie jest Pana największe marzenie związane z pracą dziennikarską?

Nie chciałbym wyjść na aroganta, ale szczęśliwie życie układa mi się tak dobrze, że nie mam żadnych marzeń. Po prostu chcę, żeby było równie dobrze jak dotąd. Mam świetną pracę w Radiu ZET, którą udaje mi się łączyć z moimi zainteresowaniami. Jasne, troszkę zazdroszczę Tomkowi Dryle, że miał możliwość skomentować finał Grand Prix, w którym złoty medal wywalczył Polak. Cieszyłbym się, gdyby i mi się nadarzyła taka okazja, ale absolutnie nie myślę o tym jako o celu, po którego osiągnięciu będę spełnionym dziennikarzem.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Rozmawiał JAKUB WYSOCKI