PGE Ekstraliga: RM Solar Falubaz Zielona Góra – Moje Bermudy Stal Gorzów

2020-07-12 19:15:00

Planowana relacja

Przejdź

PGE Ekstraliga: Eltrox Włókniarz Częstochowa – Motor Lublin

2020-07-12 16:30:00

Planowana relacja

Przejdź

eWinner 1. liga: Arged Malesa Ostrovia Ostrów Wlkp. – Abramczyk Polonia Bydgoszcz 30:24

2020-07-12 14:00:00

eWinner 1. liga: Orzeł Łódź – Lokomotiv Daugavpils 32:10

2020-07-12 14:00:00

Zakończona

Przejdź

eWinner 1. liga: eWinner Apator Toruń – Car Gwarant Kapi Meble Budex Start Gniezno 55:35

2020-07-11 19:15:00

Zakończona

Przejdź

eWinner 1. liga: Zdunek Wybrzeże Gdańsk – Unia Tarnów 44:46

2020-07-11 16:30:00

Zakończona

Przejdź

Po co ludziom prezesura. Przecież można tylko stracić

Dariusz Śledź i prezes Andrzej Rusko. fot. Paweł Prochowski

Każdy klub sportowy, bez względu na dyscyplinę, powinien hołdować wyraźnemu podziałowi obowiązków. Za część sportową odpowiadają trenerzy, skauci, menedżerowie, zaś organizacja klubu i dopilnowanie strony finansowej, to już rola prezesa i jego ludzi. Ważne, by każdy z nich szanował swoją rolę, by nie wchodzili sobie wzajemnie w kompetencje i by jeden nie próbował niczego robić za dwóch, na bazie szalonego przekonania, że przecież na sporcie, to każdy się zna.

Kiedy zespół osiąga sukcesy, docenia się głównie sztab szkoleniowy i gwiazdy ekipy. Przy okazji mistrzostwa sportowego, rykoszetem obrywa prezes. Nikt, co najwyżej niewielu, doceni jego wkład w osiągnięcia drużyny, ale już na ten przykład, za odmowę przedłużenia kontraktów gwiazd, którym sukces przewrócił w głowie i postawiły zaporowe warunki, większość zacznie wieszać psy na… zawodnikach? No nie. To są bożyszcza. A prezes? No pewnie. Skoro nie potrafi zadbać o najważniejszych zawodników, to pewnie pomylił role. I na nic zdroworozsądkowe tłumaczenie, że przecież jeszcze chwilę temu przyczynił się do zwycięstw. Przecież nie on. To zawodnicy, trener, a prezes tylko od tego żeby kasa się zgadzała. Nic nadzwyczajnego – myślałby kto. Którzy prezesi ostatnich lat odcisnęli swój ślad w speedway`u? Kilku ich zapewne było.

Jakie więc powinno być główne zadanie szefa, to już ustaliliśmy. On ma zapewnić spokojną głowę trenerom i zawodnikom. Niby proste. Choć odpowiedź jest jasna, to samo zadanie jest już sprawą trudną, bo przecież trzeba zadbać o wiele aspektów funkcjonowania przedsiębiorstwa sportowego. Najpierw odpowiedni skład, z którym będą chcieli się identyfikować kibice. Dalej zapewnienie finansowania niezbędnych wydatków, naturalnie w granicach obowiązującego prawa, także obwarowań związkowych, które nakłada dodatkowe  obowiązki mające zwiększyć bezpieczeństwo fanów i sportowców, choćby w kwestii wymogów Ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych, a to najczęściej tworzone jest przez ludzi, pojawiających się na obiektach najwyżej sporadycznie.

Ilu prezesów odniosło prawdziwy sukces? Z całą pewnością zdecydowanym liderem w tej grupie jest wciąż aktywny duet Krystyna Kloc/Andrzej Rusko. Nie znam sytuacji, które stawiałyby WTS w złym świetle pod kontem zabezpieczenia finansowego, czy organizacyjnego. Nawet w dobie pandemii potrafili zadbać o niezbędne finanse. Co Boskie jednak Bogu, a co cesarskie… Decyzje, nazwijmy je, dość nowatorskie, owego duetu wciąż najdelikatniej nie zjednują mu przyjaciół w środowisku. Problem w tym, że owo środowisko się zmienia, przewijają nowe twarze, a Kloc i Rusko niezmiennie trwają na posterunku, nie zabiegając przy tym przesadnie o poklask dla swych poczynań. Skupmy więc swe zainteresowanie na tych, którzy odnieśli sukces, wciąż są przy żużlu, a przy tym nie wywołują co i rusz tylu kontrowersji, co rzeczony duet. Skoro zaś stosujemy system dwójkowy, to w mojej ocenie wyróżnili się w ostatnich latach, naturalnie pozytywnie wyróżnili, Robert Dowhan i Józef Dworakowski. Dlaczego? Za medale? One były konsekwencją tego, że potrafili stworzyć drużynę i atmosferę wokół zespołu i klubu, a to już prawdziwy sukces. Dodam tylko, że w przypadku prezesury Roberta Dowhana, chodzi mi dokładnie o tytuł z 2009 roku, bo to co było później, to już zupełnie inna historia.

Józef Dworakowski przez kibiców jest różnie postrzegany. Należy jednak podziwiać go, tak po ludzku, przy tym obiektywnie, za to, że do swoich sukcesów doszedł w oparciu o wychowanków, a jednocześnie potrafił tychże wychowanków pożegnać, gdy jego zdaniem, źle wpływali na drużynę. Po pożegnaniu z klanem Kasprzaków i Pawlickich, a więc z teoretycznie słabszym składem, Unia niemal zmiażdżyła rywali, zasłużenie zdobywając tytuł mistrzowski. Wtedy to Dworakowski zamierzał odejść. W trakcie turnieju pożegnalnego Leigh Adamsa wyszedł na murawę i dał do zrozumienia, że kończy pracę w Unii. Wtedy z parkingu pojawił się… Jarek Hampel, przejął mikrofon i oświadczył, że podpisuje kontrakt na dwa lata, ale prezes musi zostać. Na ile było to wyreżyserowane? Tego nie wiem, ale myślę, że na pewno nie dało się przewidzieć takich reakcji. Podobnie jak ostatnich wydarzeń z rzeczonym Hampelem w roli głównej, z ostatniego sezonu i poczynań w tej kwestii następcy Józefa Dworakowskiego, przy jego cichym błogosławieństwie.

Na czym polegał zaś sukces Roberta Dowhana? Ten był zupełnie różny od wersji leszczyńskiej. Tam niewielki ośrodek i tocząca okolicę żużlowa epidemia. W Lesznie nie można nie chorować na żużel. Dowhan spełnił marzenia zielonogórskich kibiców. Powrócił do historycznej nazwy Falubaz i zadbał o wychowanków w składzie, by kibice mieli z kim się utożsamić. Z Grzegorzem Walaskiem i Piotrem Protasiewiczem w zespole, to było coś, za co wielu zielonogórzan pokochało prezesa. Zdobycie mistrzostwa było już tylko i aż zarazem, dopełnieniem szczęścia. Problem w tym, że sukces chyba wyczerpał motywację prezesa, bo sportowo już więcej nic nie da się osiągnąć. A może był tylko swoistą trampoliną na salony? Nie mnie to oceniać. Późniejsze wojny z prezydentem nie były nikomu potrzebne, choć potęgowały wrażenie, że późniejsze lata były troszkę taką próbą wykorzystania wcześniejszego sukcesu, do promowania własnej osoby, a dwa kolejne medale to efekt przede wszystkim dużo większych pieniędzy. Co prawda stadion nadal pęka w szwach, ale jest to efekt stworzenia żółto-biało-zielonej mody, która, jak każda – przemija. Co będzie, gdy ta moda się skończy?

Czy oprócz wymienionego kwartetu nikt inny nie zapisał się w pamięci? Swoją funkcję stracił w Częstochowie Marian Maślanka. Z doniesień medialnych można było wyczytać, że nie miał zamiaru rezygnować, a jego odejście miało rzekomo spowodować „hurtowy”powrót sponsorów. Jakoś taka argumentacja do mnie nie trafia. Problemy powstały dużo wcześniej i według mnie były spowodowane trzema podstawowymi błędami w budowaniu klubu i wyniku sportowego. Włókniarz postanowił oprzeć się na jednym, strategicznym sponsorze, którego odejście spowodowało dziurę w budżecie. Dalej stworzono swoisty dream-team, czyli de facto, działanie owo stanowiło próbę kupienia sobie mistrzostwa oraz, co bardzo istotne, przy jednoczesnym, niemal całkowitym zredukowaniu roli wychowanków. Można oczywiście przekonywać, że gdyby nie plaga kontuzji w sezonie 2008, to Włókniarz byłby mistrzem, ale to dosyć naciągana teoria, o sile której nie czas i miejsce, by szczegółowo pisać.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwą perłę. Senator Władysław Komarnicki. Orędownik talentu Bartka Zmarzlika, wierny kibic Tomka Golloba, miłośnik cygar. Jako prezes Stali podniósł gorzowski speedway z kolan, wprowadzając klub na żużlowe salony. Gorzowski obiekt z małego stadioniku, z trawiastym wałem na drugim łuku, stał się przepięknym, nowoczesnym obiektem, z piętrowymi, krytymi trybunami. Sukces? Organizacyjnie na pewno tak. Sportowo jednak do końca panu Władysławowi się nie powiodło. Cztery lata pompowania solidnych pieniędzy w kolejnych najemników i zaledwie jeden brąz DMP – to raczej powodu do dumy nie stanowi. Tym bardziej, że w swych ostatnich trzech sezonach, został upokorzony, przez największego rywala. Ostatnie wybory do senatu pokazały, że prezes Komarnicki, obok szerokiego grona popleczników, ma też całkiem spory elektorat negatywny. Istotne jednak, że obecny włodarz Stali – Marek Grzyb, tworzy wokół klubu znakomity klimat, także medialny, zgodnie z zasadą, że to nieważne, czy ja lubię gazetę, ważne, czy ona mnie lubi. Panu Markowi brakuje już „tylko” sukcesu sportowego. Cierpliwość cnotą, sezon dopiero się rozkręca.

Co najważniejsze, a wynika z tej pobieżnej analizy, tak naprawdę sprowadza się do trzech punktów. Nie jest łatwo być prezesem. Nie jest łatwo odnieść sukces. Nie jest łatwo pozostać sobą po odniesieniu sukcesu.

PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI

CASH BROKER

  1. Jak to po co prezesura. Jak się jest Grzybem to można zdjęcia z furami i warningami wstawiać na media społecznościowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.