Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Przez cały zeszły rok wmawiano mu, że jest tylko kevlarem, nie zawodnikiem. A teraz, na dokładkę, usłyszał, że „jak zaczniemy korzystać z Dróżdża, to daleko nie zajedziemy”. Bo sport, by dla jednych był piękny, musi być dla innych brutalny. Tu się wygrywa kosztem drugiego człowieka. Kosztem przegranego.

No i mamy Grand Prix Challenge bez Polaka. Po raz pierwszy od zarania dziejów niemalże, od 22 lat. Nie da się ukryć, że na własne życzenie, prawda? Bo synom marnotrawnym postanowiono udzielić lekcji wychowawczej. Gdy kilka lat temu krajową kwalifikacją do reprezentacji Polski uczyniono finał Złotego Kasku (zdaje się, że stoi za tym Piotr Szymański), pomysł wydawał się sensowny. Miał być kroplówką dla kiedyś niezwykle szanowanej, lecz dokonującej żywota imprezy. Przecież ona miała onegdaj umowny status rewanżu za finał indywidualnych mistrzostw Polski. O trofeum walczono w cyklu nawet dziewięciu imprez, jak dziś o tytuł IMŚ. Zatem fuksy na końcowe podium nie wchodziły, tylko ci najwięksi: Kapała, Wyglenda, Pogorzelski, Woryna, Jancarz, Plech, Cieślak, Jankowski, Żabiałowicz, Kasprzak, Załuski, Drabik…

Czy w minionym sezonie po raz ostatni próbowano wyłonić w ten sposób reprezentantów Polski na światowe eliminacje IMŚ? To całkiem prawdopodobne. Stawka jest przecież ogromna, a czas i miejsce akcji mało odpowiednie. Drugoligowe areny na przełomie marca i kwietnia… Choć to bez wątpienia kapitalna promocja dyscypliny tam, gdzie na co dzień jej poziom nie jest szczytowy. Sam, jako gówniarz, musiałem czekać do późnej jesieni, by zobaczyć na wysłużonym Olimpijskim niedostępnych na co dzień Korbela, Skupienia, Jankowskiego, Krzystyniaka, Kasprzaka, Huszczę. Była końcówka lat 80. i wtedy właśnie – ten jeden raz w sezonie – odpalano jupitery. A mec. Malicki, ówczesny spiker, rokrocznie powtarzał, że nie ma piękniejszego obrazka niż kobieta w tańcu, żagiel na wietrze i żużel przy sztucznym świetle. Szło się więc na stadion ulubioną alejką po czerwonym dywanie. Czerwonym i żółtym od leżących już liści. To był znak, że do Wrocławia przyjechali wreszcie kozacy. I że na swoim torze spróbuje im się dobrać do skór Heniu Piekarski – rzecz jasna, z wyprostowaną sylwetką jakby kij połknął i, co też oczywiste, przy krawężniku. Bijąc nawet przy okazji jakiś rekord toru. Cezarego Owiżyca?

Wspominać można tamte dziecięce czasy godzinami. A wiecie, co dziś jest najbardziej bolesne? Że skoro tę kadrę, koniec końców, wyłoniono w warunkach biurowych, to, psiakrew, nikomu już ten finał Złotego Kasku nie jest do niczego potrzebny. Czy ktoś zapewnił, że impreza się odbędzie w późniejszym terminie? Czy ktokolwiek zapytał, co z głównym trofeum? I czy jakiś zawodnik podkreślił, że bardzo chce je zdobyć, by dołączyć do panteonu gwiazd? Życie potoczyło się dalej i nikt już o Złotym Kasku nie myśli. Nikt nie marzy o wsadzeniu go sobie na łeb, bo wszyscy mają go w dupie. Czy w związku z powyższym należy przestać się przejmować trupem i zaprowadzić nowe porządki? Ustalić nowe warunki gry o kadrę? Zapewne mielibyśmy w tym challenge’u Biało-Czerwonych, gdyby o nominacjach do kadry decydowały tegoroczne średnie z PGE Ekstraligi, np. po czwartej kolejce. Orzełek przyfrunąłby wtedy na piersi takich wykluczonych buntowników jak Piotr Pawlicki czy Maksym Drabik. No ale już po herbacie. To co – średnia biegopunktowa z rozgrywek ligowych jest najbardziej miarodajną wizytówką? Czy zgłaszacie pretensje, skoro jeden trafi na cztery mecze przeciwko możnym, a drugi na cztery potyczki z mniej groźnymi przeciwnikami? Bez przesady, dziś wszyscy są w elicie na zbliżonym poziomie, wszyscy mocni. No ale co z przedstawicielami niższych lig? Zakaz wstępu do kadry?

Już dawno temu pogodziłem się z faktem, że jest dziś speedway zawodem, a w dalszej dopiero kolejności pozostaje sportem. Niewielu odwraca te proporcje, nawet taki zadziora jak Paweł Miesiąc odpuszcza osobiste starty, walkę o tytuł indywidualnego mistrza Polski również, bo nie spina mu się bilans zysków i strat. A przecież tyle w nim ambicji, tak bardzo widocznej podczas ligowych wojen.

Zacząłem jednak od tego Dróżdża, bo nie oszczędza go sportowy los. Przed rokiem, w barwach Betard Sparty, wcielał się w rolę postaci tragicznej i tak się składa, że pozostał przy odgrywaniu tego typu bohaterów. Zimą, gdy wracał do domu pod Jasną Górę, Marek Cieślak tłumaczył: „Damian przez pomyłkę wylądował w innych klubach, bo powinien cały czas jeździć we Włókniarzu.” A teraz ten sam szkoleniowiec mówi, że „jak zaczniemy korzystać z Dróżdża, to daleko nie zajedziemy”. I nie łapcie selekcjonera za słowa, bo, niestety, jest w tym wiele prawdy. Pamiętajcie, że to tylko słowa. I że inna panuje atmosfera zimą, gdy trzeba budować ludzi i atmosferę, a inna w sezonie, gdy dochodzi presja, gdy wychodzi szydło z worka, a czas goni. Gdy trzeba wytaczać najcięższe działa, bo każda pomyłka kosztuje. Trudno widzieć zbawcę w zawodniku, który dołuje obecnie na torach drugoligowych. A że po bolesnych porażkach sfrustrowany kibic zawsze domaga się zmian? Tak było choćby po laniu spuszczonym przez leszczynian. Wtedy opiekun drużyny przekonywał, że gdyby wypuścił chłopaka na Pawlickiego, Sajfutdinowa czy innego championa, to by mu wyrządził największą krzywdę z możliwych…

Trzymam zatem kciuki, by zaznał jeszcze Dróżdż w sporcie wzniosłych chwil szczęścia. By znalazł swoje miejsce w żużlowej branży. I podniósł się, jak Kościuch na Motoarenie. Nieważne, że – póki co – na chwilę tylko. Bo te chwile szczęścia dały mu nadzieję. A że sport jest brutalny? Tu się z małymi i słabymi nikt nie liczy, jak w życiu. Dlatego trzeba się rozpychać łokciami i udawać groźnego. Trener Lenczyk mawiał, że jak się nas nie będą bali, to się będą z nas śmiali.

Ostatnio nikt się już chyba nie śmieje z Betard Sparty. Zresztą, nie ryzykowałbym. Wydaje się najgroźniejsza w parku maszyn. Jest tam najlepiej zbudowany mechanik na świecie – Konrad Darwiński od Taia Woffindena, jest kickbokser Mariusz Cieśliński (były mistrz świata) i strongman Grzegorz Węglarz, na meczach domowych toromistrz, na wyjazdach jednoosobowa grupa wsparcia. I, co najważniejsze, zespół zaczyna być też niezwykle groźny na torze. Bo do sukcesów zaczęli się w końcu dorzucać Fricke i Jamróg. Czy to wrocławianie wyrastają
właśnie na jedyną ekipę zdolną powojować z Bykami? Dla ligi byłoby wyśmienicie. W latach 90. Śledź robił wszystko, by ustrzelić z Baronem mistrzowskiego hat-tricka jako spartanin. A teraz zrobi wszystko, by Baron nie został pierwszą postacią w historii, która te hat-tricki zdobędzie w podwójnej roli: najpierw zawodnika, a później menedżera.

WOJCIECH KOERBER