lotto partner główny serwisu
Bartosz Smektała kolekcja
betard
czw. Lut 27, 2020
wlodzimierz-luczak-wykonczenia-wnetrz
Polcopper

Po bandzie. O wyższości kibica nad dziennikarzem

Im więcej przybywa człowiekowi lat, tym bardziej się cofa do tych najbardziej odległych. W poszukiwaniu romantyzmu utraconego. Starsi kibice też tak mają, żużlowi zwłaszcza. Kiedyś to było…

Zimowy okres w żużlu sprzyja retrospekcji. To jest właśnie ten czas, gdy zaglądamy przeszłości głęboko do gardła, wyrażając tęsknotę za dawnymi doznaniami. Wspominamy idoli z okresu dzieciństwa, złorzeczymy, że dziś takich swojaków już nie ma. I stawiamy tezę, że kiedyś to był żużel. Szczerze? Zerknijmy sobie na te mecze z przełomu lat 80. i 90., porównajmy z dzisiejszymi. Często jazda gęsiego, stumetrowe wyrwy między kolejnymi kierowcami, ewentualnie dwóch w kontakcie z przodu, a dwóch następnych też w kontakcie, lecz pół okrążenia dalej. Taka mniej więcej była wtedy różnica między gwiazdami z zagranicy i lokalnymi matadorami. I taka też była różnica sprzętowa. Dziś naprawdę nie mamy na co narzekać. Można całą stawkę nakryć czapką bez daszku. Bartkowiak ogrywa Pawlickiego w Lesznie, Pawliczak – Kołodzieja, a Liszka – Kasprzaka w Gorzowie i Hampela. Niemal każdy może ustrzelić każdego. W każdym razie sprzętowo jest na to gotowy.

Co zatem sprawia, że tamte czasy wspominamy z rozrzewnieniem, nazywając pięknymi i romantycznymi, a obecne to w naszym pojęciu biznes i komercja? Bo tamte były dziewicze, to fakt. Język angielski i kolorowe kevlary zastępowały dopiero regionalne dialekty i czarne, wysłużone kombinezony wołające o choćby jedno sponsorskie logo. Silników nie szykował jeszcze tuner, tylko majster. Wojciech Załuski i Henryk Piekarski nie trzymali jeszcze bidonu w ręku, tylko fajkę w gębie. I nie dostawali kar ani od klubu za niesportowy tryb życia, ani od władz ligi za szarganie jej wizerunku… Ale i my byliśmy po prostu młodsi. Stąd też patrzyliśmy na świat przez różowe okulary. Patrzyliśmy częściej sercem, aniżeli oczami. To, co widzieliśmy, potrafiliśmy idealizować.  

W moim przypadku jeszcze jedna okoliczność sprawiła, że kompletnie przestałem kibicować klubom, a zacząłem jednostkom i zjawiskom. Mam na myśli zmianę krzesełka i przebranżowienie  – z kibica w dziennikarza. Otóż dawno, dawno temu stałem jeszcze po drugiej stronie siatki, z nosem między kratami i bez dostępu do ulubieńców. Była to krata oddzielająca miejsca stojące od parku maszyn na Stadionie Olimpijskim. Tam się właśnie przychodziło i ze dwie godziny przed zawodami, by obserwować, jak się ten parking z wolna zapełnia idolami. I by móc zerknąć na idoli, gdy mają jeszcze twarze… Bez kasków. Zwłaszcza że wtedy była to jeszcze klatka dla kolorowych ptaków. W spersonalizowanych kombinezonach i własnych, cywilnych wdziankach. Jedynych, niepowtarzalnych. Tak, to były piękne czasy, gdy otwarcie bramy do raju pozostawało w sferze marzeń… Gdy dzięki tej kracie wokół nosa wetkniętego w płot mogłeś sobie wyobrażać, jak po drugiej stronie jest pięknie. W końcu jednak człowiek znalazł klucz do bramy – w jednej z redakcji, do której się najął. I muszę Wam powiedzieć, że zawód dziennikarza szybko zmienia postrzeganie świata. Pozwala dostrzec, jak tam po drugiej stronie jest naprawdę. Dziś mogę się tylko uśmiechnąć pod nosem, gdy jakiś przekonany o swojej nieomylności hejter zarzuca mi albo miłość, albo nienawiść do danego klubu. Bo na większość sportowych rozstrzygnięć patrzę bardzo beznamiętnie. Czemu na większość, a nie na wszystkie? To proste. Bo sport wciąż bardzo kocham, przy czym nie kibicuję już klubom, a jednostkom i zjawiskom. Często tym, których nie zdążyłem jeszcze poznać z bliska… I dlatego właśnie do tego bliższego poznania absolutnie nie dążę. By się nie zawieść. By zostawić sobie namiastkę romantyzmu. Choć, rzecz jasna, trzymam też kciuki za tych, co dali się poznać z dobrej strony.

Gwiazdy miewają swoje fochy, przywary, czasem gorsze dni. Zdarzało się zatem, że jeden cię oszukał, drugi ofukał, a trzeci próbował zabierać za bliską ci osobę. I ty o tym wiesz. A mam tak, że klasa mistrzowska w sporcie nie jest dla mnie żadną wartością dodaną. Żadną. Szybko się do takich osób zniechęcam, bez względu na zdobyte tytuły, z tytułem mistrza świata włącznie, a nawet na czele. I przy całym zrozumieniu dla specyfiki trudnej dyscypliny, jaką jest żużel. Przecież ci zawodnicy jadą często na zawody jakby szli na wojnę. Niekiedy nawet na bój ostatni. Media muszą to czuć i wiedzieć, co oraz kiedy można, a czego unikać, by nie dostać z liścia i nie być wielce zdziwionym. Ale to zupełnie inny temat. Nie każdy to czuje, wpatrzony w swoje potrzeby. Choć i żużlowcy to w sporej mierze grupa bardzo egoistyczna, mająca szacunek dla jednej tylko pracy. Swojej. No ale to egoiści właśnie osiągają najwyższe szczyty.   

A więc zawód dziennikarza ma plusy, ale też spore wady. Szybko odziera z dziecięcych emocji i wyobrażeń. Zmienia postrzeganie rzeczywistości. Na szczęście jednak nie odbiera miłości do sportu. Wciąż każe poszukiwać postaw płaskich, które należy piętnować, ale też pięknych, które warto eksponować.

Zachowane obrazy z dzieciństwa. Im człowiek był mniejszy, tym bardziej masywne wydawały mu się żużlowe sylwetki. Otóż na próbę toru wyjeżdżali z reguły ci najbardziej doświadczeni, a przy okazji najokrąglejsi, by dostojnie pokonać dwa kółeczka przy krawężniku i dwa nieco szerzej. Nazywali się, dla przykładu, Kuźniar, Kępa, Kędziora, Gomólski, Pogorzelski, Kasprzak… W niższej lidze, na którą jako wrocławianin byłem wówczas skazany, dość popularna okazywała się też funkcja tzw. jeżdżącego trenera. Z reguły był nim ten łysiejący i najbardziej przy kości właśnie. Dziś to już nie do pogodzenia – obowiązki zawodnicze i trenerskie. W tamtych czasach wielu borykało się też z innym problemem, mianowicie gorzałka nie uchodziła za wroga, lecz przyjaciela o działaniu leczniczym, dopiero później zastąpiona została przez… psychologów. Stąd też brali się m.in. mistrzowie dwóch kółek na dwa kółka, a wierni kibice, wciąż żyjący nadzieją, kręcili głowami: „Nooo, gdyby nie pił, byłby mistrzem świata!” Takie krążyły wówczas legendy i niemal wszystkie żużlowe ośrodki miały na stanie tego typu niedoszłych championów, niespełnionych bohaterów regionalnych legend.

Świat sportu to jednak nie tylko rozkapryszone gwiazdy i cudowne media. Ba! Te żużlowe w krajowym wydaniu odbieram wręcz jako najbardziej agresywne. Zatem każdy kij ma dwa końce, bo kręcenie afer to ich specjalność. Ostatnio przekonywano, że ekstraliga wynosi się z Rybnickiego Okręgu Węglowego – po to tylko, by zamieszać w kotle. Zaczęto już nawet dokonywać personalnego rozbioru klubu. Mało to razy przeżywaliśmy podobne historie w innych ośrodkach? W samym Wrocławiu wiele razy, gdy klub próbował wywrzeć jakąś presję na mieście bądź też Akademii Wychowania Fizycznego, swego czasu będącej właścicielem Stadionu Olimpijskiego. Puszczało się zatem w świat baloniki i zwoływało konferencje prasowe. Koniec końców zapewnił jednak uśmiechnięty prezes Mrozek, przy choince, że elita w Rybniku będzie, dyskredytując tym samym doniesienia mediów, które sprawę pomogły wcześniej nagłośnić. Jeśli dobrze pamiętam, przed rokiem o tej porze rozkręcono dyskusję akademicką, czy oto Unia Leszno nie popełnia błędu, nie dokonując żadnych zmian w składzie. A niby po co rozpieprzać tak świetnie zbilansowaną grupę? Co zresztą przyszłość pokazała.

Żeby zatem nie było – jak wszędzie, tak i w tym środowisku można trafić na mnóstwo wspaniałych ludzi. Lub na takich, którzy po prostu szanują inną profesję od swojej własnej. Kimś takim jest choćby Jakub Jamróg, co z pewnością potwierdzi wielu pismaków. Albo Szymon Woźniak. A to ktoś, kto ostatnim razem, już jakiś czas temu,… odmówił mi wywiadu. Bo taki przykaz dostali wszyscy spartanie – nie gadać z Koerberem. Wspaniałomyślnie patrzę jednak na tę sprawę szerzej – tą odmową pokazał przecież zawodnik lojalność wobec obecnego pracodawcy, czysty profesjonalizm. Nie liczyła się jego prywatna opinia na pewne sprawy, lecz zasady. I ja to rozumiem. Dopóki gdzieś pracujesz, znaczy, że respektujesz regulamin zakładu. Jeśli zaczyna cię uwierać, nie marudzisz, lecz odchodzisz.

Lubię rozmawiać z mechanikami gwiazd. Rafał Lewicki, Darek Sajdak, Tomek Suskiewicz, Michał Przybylski. Bo to ludzie, którzy widzieli od kuchni, jak się tworzy historia. Jak się wykuwa najszczersze złoto o zasięgu globalnym. Byli świadkami tego, co dla mas niedostępne. O „Czarnym” od Hampelka, Michale Przybylskim, wspominałem ostatnio, bo parę tworzą już 21 lat. Że drugiej z takim stażem nie znajdziesz. Na co odzywa się „Protas” i śmieje się, że on zna taką parę, która wytrzymuje ze sobą dłużej, bo 23 lata. No pacz pan, faktycznie. Zupełnie zapomniałem o rodzinnych teamach, jakby inaczej traktując takie familijne relacje. A przecież ten „Protas” to w ogóle… ludzki pan. 23 lata z bratem Grzegorzem, 23 lata z Markiem Stachowiczem, szefem Pentela, i 25 z żoną Kasią.

A więc życzę Wam łutu szczęścia, gdy zdecydujecie się podejść do idola. I mnóstwo szczęścia w nowym roku. Kazimierz Górski mawiał, że gdy szczęście zaczyna się powtarzać, to już nie jest to szczęście…

WOJCIECH KOERBER