Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Zauważyliście, jak barwnie opowiadał ostatnio o kulisach swojego tytułu IMŚ Egon Müller? Otóż twierdzi on, że na ten wyjątkowy wieczór w Norden (1983) przygotował sobie kreację bez… majtek i skarpetek. By na torze być jeszcze lżejszym. By poszukać maksymalnych rezerw nie tylko w sprzęcie, ale i przy swoim „sprzęcie”. No i wyszło klawo jak cholera, bo na golaska Egon nie został, lecz ze złotem na szyi.

Ten nasz Egon to niezły bajarz, świetnie potrafi siebie sprzedać. Jak Stanisław Marusarz, legendarny skoczek, który po latach, przy kominku, w ten sposób zwykł opowiadać o swoich mniej udanych próbach: „Leeecę, leeecę, mijam 110. metr, 120., aż tu nagle przyszedł halny i zepchnął mnie na 90.”

Tak czy siak, zeznania Müllera brzmią dziś niezwykle ciekawie. Pasjonująco. W ramach przygotowań do finału miał zejść z jakichś 65 do 51 kilogramów. By koniec końców zrezygnować również z majtek i skarpetek, w których puścił wszystkich możnych speedwaya. Miał harować przy ciężarach, ale w ten sposób, by bardziej wzmocnić prawą część ciała, w większym stopniu zawiadującą maszyną. W przeddzień zawodów, już po zmroku, miał przejść cały tor i metr po metrze wbijać weń śrubokręt, by zbadać przyczepność, a po powrocie do hotelu wkuć na pamięć, które ścieżki winny być nazajutrz najlepsze i w które się zapuszczać. Wszystko po to, by dziś, przy kominku, móc zapewniać, że nic mu się nie udało, lecz na wszystko zapracował.

Ciekawe… Pamiętam, gdy w 1992 roku we Wrocławiu zwyciężał Gary Havelock. By wejść w buty globalnego championa, miał się wtedy wbić najpierw w skórę specjalnie uszytą na ten jeden magiczny wieczór. Taką ważącą niespełna półtora kilograma, jeśli dobrze pamiętam, a więc na ówczesne czasy będącą nakryciem lekkim jak piórko.

Różne są kulisy mistrzowskich tytułów. A niska waga, w zdecydowanej większości przypadków, bez wątpienia ich wspólnym mianownikiem. Tymczasem zerkam sobie ostatnio na fotki wrzucane w sieć przez Nickiego Pedersena i odnoszę wrażenie, że jest to trzykrotny mistrz świata… pełną gębą. No ale może to tylko wrażenie, poza tym do sezonu pozostało jeszcze nieco czasu. Choć faktem jest, że w 2018 roku wyglądał Nicki bardziej fit niż przed rokiem. I miało to zapewne związek z prędkością na torze.

Wspominam o Nickim, bo lubię trzymać kciuki za legendy. Za długowieczne legendy, nie tylko ze świata żużla. Już w weekend winniśmy zobaczyć podczas rywalizacji o punkty Pucharu Świata w Sapporo niespełna 48-letniego (!) Noriakiego Kasaiego. Który jeszcze dwa lata temu należał do ścisłej światowej czołówki. A teraz pragnie po prostu do niej wrócić. Nicki również twierdzi, że nie porzucił sportowych celów. Że liczy na dobrą jazdę w mistrzostwach Europy, a i powrotu do Grand Prix nie wyklucza, gdyby ktoś zechciał uchylić furtkę. W to ostatnie specjalnie nie wierzę, tym bardziej, że już ta wyśmienita forma z 2018 roku nie przekładała się zupełnie na zbliżoną chociaż dominację w globalnych mistrzostwach. Wierzę jednak, że Pedersen wciąż pozostaje sportowcem, a nie tylko pracownikiem świadczącym usługi żużlowe. I są ku tej wierze podstawy, bo przecież rywalizację ma wyrytą w DNA. A że to jednocześnie biznesmen w skórze żużlowca? Sam sobie na to zapracował, nadstawiając gnaty i karku również po czterdziestce, a do powrotu nie zniechęciły go nawet poważne urazy karku właśnie. Dlatego dziś może sypiać w ładnym domu i jeździć autami, których wartość nie wzrasta dwukrotnie po zatankowaniu do pełna.

Nicki też lubi się udawać na obchody tory ze śrubokrętem w ręki. Nie po to jednak, żeby nas powkręcać. A więc do roboty, Nicki! Jestem ciekaw, jak się potoczy korespondencyjny pojedynek z Antonio Lindbaeckiem i z zamianą zielonogórsko-grudziądzką w tle.

Luty minie szybko, a marzec to już walka o skład. Ciekawą opinię wygłosił ostatnio Dawid Lampart, mianowicie powiedział tak: – Ja nie muszę mieć gwarancji startów, ale wystarczy żeby nie było w drużynie kogoś pod numerem 8. To jest w ogóle, moim zdaniem, niedobry pomysł, bo wcale to nie wprowadza dobrej atmosfery w drużynie. Tylko ją psuje, bo zawsze ktoś tam jest za plecami. Kiedy w naszej drużynie nie było tego numeru ósmego, to, de facto, jeździliśmy lepiej niż później, gdy doszedł Grisza i pojawiła się jakaś presja.

Zwróćcie uwagę na tę dość przewrotną wypowiedź Lampcia – otóż nie musi mieć gwarancji startów, byle numeru ósmego nie było. Czy aby brak wspomnianej ósemki nie jest, w rzeczy samej, wspomnianą gwarancją startów? Ja akurat, z kibicowskiego punktu widzenia, jestem za rezerwowymi w żużlu. To sport urazowy, zatem potrafią oni uratować widowisko. Choć nie oceniam sytuacji jednostronnie. Bo rezerwowi siatkarze, koszykarze czy szczypiorniści z góry wiedzą, że wynegocjowana wypłata wpłynie. Mało tego, nie muszą płacić ani za piłki, ani za stroje. Za masażystę i członków sztabu szkoleniowego również. Za to żużlowiec musi opłacić całą swoją firmę: pracowników, sprzęt, hotele itd. Więc mu ten rezerwowy na karku siedzący istotnie mocno w sprawach biznesowych bruździ. Co nie zmienia faktu, że dawne czasy wspominam z sentymentem, gdy rezerwowy potrafił zostać ojcem zwycięstwa. Rok 1993, wrocławianie zwyciężają w Bydgoszczy Polonię braci Gollobów 49:41. Wiktoria miała swoją wymowę, bo mogła przekonać nieprzekonanych, że spartanie jednak nie żartują i jadą po pierwszy tytuł DMP w historii klubu. Swoje robią tradycyjnie Knudsen, Śledź, Załuski i Baron, ale ja pamiętam do dziś dorobek tego piątego. Rezerwowego Henryka Piekarskiego, bez którego dokonań – 7+1 (2,2*,2,1) wygranej by nie było. Wspominam akurat Henia, bo człowiekowi radowało się serce, gdy idol z II-ligowych czasów potrafił dorzucić coś ekstra w elicie. Udowodnić, że nie jest jedynie bohaterem własnych kątów z Olimpijskiego. A przecież pamiętał wtedy Piekarski czasy, gdy II-ligowi spartanie przegrywali wszystko jak leci. Lecz jedno wtedy wygrali – żużel dla Wrocławia. Bo przetrwał. Tak, to było ich największe zwycięstwo ukryte w stercie upokarzających porażek.

Co poza tym? Tradycyjnie opadają ręce, gdy zerkam na komentarze internetowych hejterów. Niedawna informacja o nowym systemie punktacji, który zacznie obowiązywać nie tylko w cyklu Grand Prix, ale też w IMŚJ. Nie znam lepszego zobrazowania tematu niż w formie symulacji, co by było, gdyby. Gdyby ten system obowiązywał już w zeszłym roku. Bo pokazuje, jak wiele zmienia. Otóż Drabik straciłby złoto, a Kubera w ogóle nie stanął na pudle. Natomiast jedynką zostałaby czwórka – Czugunow. Ten, który na podium w ogóle się nie zmieścił. Tak, pierwsze pytanie, jakie sobie zadaję brzmi – jakby to wyglądało w starym roku po nowemu? Tymczasem wielu czytelników proponuje pod takim tekstem, jak widzę, żeby przestać pierdolić i gdybać. Ciekawy ten przekrój poprzeczny kibica…

No i czekam na tegoroczne zgłoszenia do rozgrywek o IMP oraz Złoty Kask. Bo to także wyznacznik, kto ma wyłącznie cele biznesowe, a kto również sportowe. Dlatego bardzo mnie ucieszyła ambitna deklaracja Piotra Pawlickiego, złożona podczas rozmowy z Przemkiem Sierakowskim. Że nie porzucił marzeń o zdobywaniu najwyższych szczytów. Że interesuje go Złoty Kask i przepychanie się przez światowe eliminacje. Jak najdalej. Byłem też ciekaw, czy podobnie postąpi Maksym Drabik, bo sprawiał wrażenie kogoś, kto do tej pory nie był do końca zainteresowany. Tu jednak problem pojawił się inny, choć klasyczny, bo każdego dopada – przejście z wieku juniora w dorosłość. W tym wypadku wyjątkowo skomplikowane…

WOJCIECH KOERBER