lotto partner główny serwisu
pon. Sie 19, 2019

PO BANDZIE. Koerber: Nagrodę fair play przyznaję Janowskiemu

Bardzo się nam ten speedway sprofesjonalizował. Kierowcy, jak nazywa żużlowców maestro Ryszard Kowalski, pracują nad ciałem, głową, sprzętem etc. Dbają o detale, dopieszczają szczegóły. Nie zatrzymują się już na smażoną kiełbę w ulubionym barze po drodze, lecz wciągają tzw. catering dietetyczny z plastikowego pudełka. A później dziękują dostawcy, oznaczając go w mediach społecznościowych. Żeby nadal dostarczał żarełka. No, znamy też takich, co lubią odstępstwa od codziennego reżimu i odwracają proporcje. Których, takie można odnieść wrażenie, zdrowa żywność nie przekonuje, być może zawiera zbyt mało wartości smakowych. Dla przykładu pewien młodzieżowiec klubu z Kujawsko-Pomorskiego kończył sezon z wynikiem 93 kg na zegarze. Dodać należy, że zajął on ostatnie, 51. miejsce pośród sklasyfikowanych zawodników PGE Ekstraligi według średniej biegopunktowej. Czy oba fakty należy połączyć? Z pewnością nie należy tej obserwacji zignorować. Wspomniany junior zmienił ostatnio środowisko występowania i teraz weźmie się za niego sam Witold Skrzydlewski, co zapowiedział ostatnio na łamach mediów. Że chłopak został zważony, zmierzony i będzie monitorowany. Dzięki temu nie powinniśmy już czytać w prasowych relacjach, że nie zmieścił się przy bandzie.

Odpowiednia waga to, istotnie, jeden z głównych kluczy do sukcesu. Pamiętam, gdy podczas październikowej Gali PGE Ekstraligi przechodziłem obok dyskutujących w swoim gronie Leona Madsena, Nickiego Pedersena i Kennetha Bjerre. Pamiętam ten moment, bo poczułem się wtedy kimś wyjątkowo wielkim, Guliwerem wśród Liliputów. Natomiast już zeszłej zimy zwróciłem uwagę na filmik z obozu Włókniarza, w którym gościnnie uczestniczył Sebastian Ułamek. Już wtedy rzucało się w oczy, że do pewnych aspektów przygotowań przywiązuje on, paradoksalnie, mniejszą wagę. W tym miejscu należy podać, dla przeciwwagi, przykład budujący – Dominika Kubery. W świat motorsportu wkraczał jako pulpeciątko z wyraźnymi tendencjami, tymczasem dziś to sportowiec pełną gębą, albo raczej niepełną. Ktoś, kto wykonał galerniczą pracę i przezwyciężył nawet wspomniane tendencje. Pokazał, że można.

W końcówce lat 80., takie zachowałem obrazy z dzieciństwa, masywniejsze wydawały się żużlowe sylwetki. Na próbę toru wyjeżdżali z reguły ci najbardziej doświadczeni, a przy okazji najpulchniejsi, by dostojnie pokonać dwa kółeczka przy krawężniku, po czym dwa nieco szerzej. Kuźniar, Kędziora, Gomólski, Pogorzelski, Kasprzak… To nie były ułomki. Chociaż w tamtych czasach wielu borykało się wciąż z innym problemem, mianowicie gorzałka nie uchodziła za wroga, lecz przyjaciela o działaniu leczniczym, dopiero później została zastąpiona przez… psychologów. Stąd też brali się wtedy tzw. mistrzowie dwóch kółek, a kibice kręcili głowami, kolportując opowieści dziwnej treści – „noo, gdyby nie pił, byłby mistrzem świata!” Wiele żużlowych ośrodków miało na stanie takich niedoszłych championów, byli to niespełnieni bohaterowie regionalnych legend. I miało to swój niepowtarzalny urok.

Dziś większa jest samoświadomość i dbałość o przyszłość. Wielu żużlowców zawczasu myśli, co dalej, wielu stara się o papiery instruktora sportu żużlowego, na wykłady do Lubicza Górnego pod Toruniem jeżdżą właśnie m.in. Kościuch, Świderski, Buczkowski, młody Niedźwiedź czy stary Walasek. Prawda, że brzmi to ciekawie – pan trener Walasek. Koledzy z toru już się jednak na taką współpracę zapisują, Tobiasz Musielak zażartował nawet na twitterze: „A ja z Walachem trenerem to na obóz bym pojechał chętnie”. Pozostaje zadać pytanie, czy byłby to obóz pracy… Tak, tamte dawne czasy miały swój urok – jeżdżono bardziej dla sportu niż dla pieniędzy. Pamiętacie wrocławski finał IMŚ z 1992 roku? Jeszcze wtedy jadący z dziką kartą Sławek Drabik, na prawach gospodarza, ćmił w parku maszyn, między biegami, faję. Na ugłaskanie nerwów.

A dziś? Dziś się trzyma w ręku bidon wart nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. I współpracuje z ludźmi odnoszącymi sukcesy w świecie Formuły 1. Jak Artiom Łaguta, którego uznaję za najszybszego żużlowca minionego sezonu. Najszybszego, podkreślam. Nie najlepszego. Bo prędkość to jedno, a zbiór mistrzowskich cech – drugie. W posiadaniu takiego zbioru jest Tai Woffinden, który żużlowego światka wcale jakoś specjalnie nie zdominował, a jednak trzy tytuły IMŚ na koncie już ma.

Najlepszy Polak minionego sezonu? Bez wątpienia Zmarzlik. Gdyby Łaguta posiadł kawałek jego pasji i determinacji, liczyłby się w walce o najwyższe cele. Gdyby… Złotousty Andrzej Strejlau mawia, że gdyby żyła jego ciotka, to by była najstarsza na Żoliborzu.

Najlepszy junior? Smyk ze Smoka. W Pardubicach Bartek Smektała sięgnął gwiazd, jednocześnie sprowadzając na ziemię młodego Drabika. Aha, na www.charytatywni.allegro.pl możecie wylicytować kolację z młodzieżowym mistrzem świata. Nie wiem, czy w przypadku pań ze… śniadaniem, w każdym razie cel jest szczytny – pomoc Tomaszowi Gollobowi. W momencie pisania tego tekstu cena osiągnęła pułap 643 złotych. I jedna ważna wiadomość, otóż sprawy nie pilotuje Ireneusz Nawrocki.

Gdy chodzi o wskazanie postawy fair play w minionym sezonie, widzę, że ludzie doceniają postawę Piotrka Pawlickiego, który podczas gdańskich PGE IMME przekonywał sędziego, że jego rywal Maciek Janowski – ale i serdeczny przyjaciel – nie był winny kolizji z ich udziałem. I ja doceniam. Lecz nie przeceniam. To była towarzyska impreza traktowana przez zawodników jako wakacyjny wypad nad morze. A fair play należy się Janowskiemu. Za całokształt. Po pierwsze za siódmy żużlowy zmysł, gdy chodzi o zdolność torowego antycypowania i ochronę kości rywali. Gdy z przodu ma się zrobić kupa, Janowski pierwszy to dostrzeże i pierwszy położy motocykl. Kilku przeciwnikom oszczędził już kłopotu. A po drugie – za umiejętność jazdy parą i ochoczą pomoc kolegom, własnym kosztem, w skomercjalizowanym świecie żużla. Zapytajcie najlepiej Vaszka Milika, ile oczek przypisałby koledze.

A co, jeśli adwersarze wspomną palec wyciągnięty w kierunku Pedersena? No jasne, że było to zachowanie prymitywne i nie ma tu czego bronić. Należy tylko zganić eksplozję złych emocji. Szkoda, że Janowski nie pomachał wtedy Nickiemu na do widzenia, wyszłoby o niebo lepiej i z klasą, a przeciwnika zabolało tak samo, jeśli nie bardziej. O show przecież w tym biznesie chodzi. Zresztą, wyścig żużlowy to nie jest – przepraszam za odważne stwierdzenie, lecz cytuję tylko klasyka – odpowiedni czas na lizanie się po fiutach.

Wojciech Koerber

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.