Bartosz Smektała kolekcja
lotto partner główny serwisu
betard
sob. Sty 18, 2020
wlodzimierz-luczak-wykonczenia-wnetrz
Polcopper

Greg Hancock (na zdj. z prawej) stawia na Bartosza Zmarzlika/ FOT. JAROSŁAW PABIJAN

new

PO BANDZIE. Hancock i Holta. Co ich trzyma przy życiu

Do spółki liczą sobie, bez mała, sto lat, lecz wciąż mają swoją cenę, robiąc za języczki u wagi. Zwłaszcza w kontekście ligowych rozgrywek. Hancock i Holta, czyli woda i ogień. O pierwszym można powiedzieć, że od ponad trzech dekad ściga się po torach całego świata. Choć mam świadomość, że w przypadku speedwaya pojęcie „tory całego świata” zgrzyta i to mocno. A Holta? Od trzech dekad… rozbija się po torach całego świata.

Ktoś inny, po wywalczeniu czterech tytułów IMŚ, już dawno temu pomachałby do widzów i powiedział: „Dziękuję, jestem spełniony, do widzenia”. Tymczasem dobiegający pięćdziesiątki Hancock wciąż do nas macha spod taśmy, podczas prezentacji. I zapowiada walkę o kolejną koronę, bez względu na to, ile jest w tym wiary, a ile amerykańskiej mentalności. A więc w soboty jest to karmiący własne ego i ścigający marzenia sportowiec, natomiast w niedziele – głównie pracownik fizyczny, operator maszyny skręcającej w lewo. W pewnym sensie przypomina Grzegorza Walaska, którego w ostatnim czasie życie zmuszało do przejścia na pół etatu strażaka, dopiero wiosną rozglądającego się za jakimś pożarem. A gdy go wreszcie dostrzegł, to walił jak w dym. Bo nie jest to, wbrew pozorom, członek Ochotniczej Straży Pożarnej, lecz zawodowiec. A takim się za robotę płaci. Walasek to ktoś, komu speedway nadal sprawia frajdę, więc próbuje łączyć przyjemne z pożytecznym, a rolę miewał, de facto, niewdzięczną. Bo przecież zimą ten były reprezentant kraju, drużynowy mistrz świata i uczestnik GP nie raz mógł się czuć ostatnio niechciany. Dopiero potrzeba było czyjegoś nieszczęścia, by cena Grega poszła w górę. To życie zmusiło go do wypracowania pewnego stylu działania w okresie przeznaczonym na podpisywanie umów. Życie pokazało, że gaszenie pożarów również może być opłacalne. Choć ostatnio z Ostrowem znów się związał po bożemu.  

Co trzyma Hancocka na żużlowym torach, poza miłością do motorsportu, rzecz jasna? Zdrowie. Dbał zawsze o swoje i wszystkich rywali wokół. Zresztą znamienne jest, że ostatniej kontuzji barku doznał w domu czy też w biurze na schodach, choć osobiście twierdzę, że to wersja oficjalna, na potrzeby mediów. Mianowicie dziennikarski nos każe mi nie wykluczać wersji, że do urazu doszło np. podczas zabawy na torze motocrossowym…

A więc ten stary Hancock będzie się ścigał dopóty, dopóki zdrowie go nie skreśli. A Holta? To inny przypadek, otóż wykorzystał już kilka żyć, a kwestią sporną pozostaje, ile ich jeszcze ma. Podobnie jak inny agresor z niemałą szczyptą szaleństwa w oczach – Jason Doyle. O Holcie można powiedzieć, że jest w żużlu niezwykle otrzaskany, że rozbija się po światowych torach od momentu, gdy się na nich pojawił. Bozia nie obdarzyła go darem zwyciężania tuż po starcie, jak Hancocka, lecz skazała na cięższą harówkę, obarczoną większym ryzykiem. Rok temu Norweg połamał się w końcówce lipca (podudzie w Grudziądzu) i jeszcze w grudniu, na klubowej imprezie, utykał. A teraz, przy pierwszej styczności z żużlówką, znów się poobijał. Co go jeszcze różni od Hancocka? Jest trzy lata młodszy (46) i nieco mniej majętny. No, nic dziwnego, podczas gdy Amerykanin dostawał w Polsce za punkt kilka tysięcy, to Rune – ledwie… 151 zł pod Jasną Górą. Taka była oficjalna wersja dla prasy, tzn. dla komornika. A poważnie rzecz biorąc, Holta nie zawsze powierzał swoje pieniądze właściwym ludziom, stąd też pewne problemy z wymiarem sprawiedliwości.     

Zdjęcie symboliczne. Czysty Greg i umorusany Rune, wiecznie narażony na szprycę oraz kraksy.

Po raz pierwszy musiałem widzieć na żywo Holtę już w 1993 roku w Pardubicach, przy okazji finału IMŚJ, wtedy jeszcze jednodniowego. Otóż tam właśnie wybrałem się, jako piętnastolatek, w swoją… pierwszą zagraniczną podróż. Dziś by mnie gimbaza wyśmiała, bo jeśli ma taką zachciankę, to zamawia w internecie bilet i leci na weekend do Mediolanu lub Alicante. No ale mnie, po transformacji, zaoferowało życie pierwszy zagraniczny wyjazd do Pardubic właśnie. Autokarem nie pierwszej młodości z wrocławskimi kibicami, by dopingować Barona, Protasiewicza, Bajerskiego, Grzegorza Rempałę i Łabędzkiego. Chociaż, takie odniosłem wówczas wrażenie, dla większości celem nie były Pardubice, lecz Náchod, miasteczko na granicy polsko-czeskiej, a dokładniej rzecz biorąc, słynny tamtejszy monopolowy. Tak, w Náchodzie autokar stał się cięższy o jakąś tonę. Albo inaczej – o około 1000 litrów. I wtedy właśnie Baron przegrał baraż o brąz z Holtą. 

1993 rok, Bydgoszcz. 20-letni Holta.

Za co cenię Norwega? Bez cienia wątpliwości, za odwagę. Za te wszystkie karambole, które przeżył i po których „prosił” się o kolejne. Może Rafał Gurgurewicz, branżowy spec od statystyk, podliczający wszelkie punkty i mijanki, zsumuje kiedyś upadki tego kaskadera, który – w przeciwieństwie do Hancocka – na podium IMŚ nie stał nigdy. Choć raz stał tuż obok – w 2010 roku, gdy lepsi okazali się tylko Gollob, Hampel i Crump. A tuż za Holtą uplasował się Greg.

Z norweską flagą na piersi.

 

Hancock i Holta. Obaj uchodzą za fizjologiczne fenomeny i obaj obskoczyli już w Polsce po dziesięciu pracodawców. Obaj mają swój urok, lecz żaden nie jeździ z miłości do klubowych barw. I kibice muszą mieć tego świadomość, a na idoli, za których daliby się pokroić, wybierać inne nazwiska. Ja zresztą generalnie przestrzegam, by do idoli lepiej nie podchodzić. Czasem lepiej pozostać po drugiej stronie siatki i nadal sobie wyobrażać, jaki ten świat za nią idealny.

WOJCIECH KOERBER