Główny partner portalu

Piłka nożna. Wpadki największych i premierowe zwycięstwa, czyli podsumowanie kolejki w PKO BP Ekstraklasie

Facebook PKO Ekstraklasa
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Piłkarze Lecha Poznań zakończyli swoją serię meczów bez porażki, przegrywając w Białymstoku z Jagiellonią. Ostatnia kolejka Ekstraklasy to także niezwykle emocjonujące starcie na Łazienkowskiej i porażka Legii z Rakowem oraz premierowy tryumf ligowy Bruk-Betu Termaliki Nieciecza.

 

Jagiellonia Białystok – Lech Poznań 1:0

Obie drużyny podchodziły do piątkowego starcia z zupełnie innym nastawieniem. Gospodarze nie wygrali w lidze od 7 sierpnia, polegli też w Pucharze Polski z Lechią Gdańsk i zdecydowanie należało powiedzieć, że znajdowali się w kryzysie. Z kolei Lech przyjechał do Białegostoku po efektownej wygranej z Wisłą Kraków (nie grali w tygodniu w pucharze) i z dość pewną pozycją lidera Ekstraklasy. Czy wynik mógł być inny niż tryumf Lecha? Oczywiście! Jaga, mimo wcześniejszych problemów wyszła na boisku bardzo zmotywowana i, co ważniejsze, miała plan na pokonanie lidera. W pierwszej połowie to zespół Macieja Skorży dominował, cóż jednak z tego, skoro największe zagrożenie, patrząc szerzej na obie drużyny, przyszło od Jagiellonii, konkretnie po strzale Jesusa Imaza.

Jak ważnym ogniwem w zespole Ireneusza Mamrota jest Hiszpan pokazała druga połowa. To on był strzelcem jedynej bramki w spotkaniu, pewnie wykorzystując błąd Bartosza Salamona i pokonując dobrze dysponowanego tego dnia Filipa Bednarka. Chwilę później mógł podwyższyć prowadzenie, podawał jednak do Michała Żyry, a ten fatalnie spudłował, zresztą gol i tak nie zostałby uznany, gdyż znajdował się na pozycji spalonej. Zasadniczo każdy groźniejszy atak Jagiellonii musiał rozpocząć się od Imaza. – W naszej szatni jest duże rozczarowanie, ale taka jest piłka, dostajemy ostrzeżenie, gorzką lekcję. Musimy patrzeć w przyszłość i widzimy, że jeszcze sporo nam brakuje do tego, żeby być drużyną, jaką byśmy chcieli, żeby mieli nasi kibice i mieli satysfakcję z naszej gry i wyników – podsumował grę swojej drużyny trener Skorża. Rzeczywiście, wyniki Lecha mogły być ostatnio lepsze niż gra. Teraz przychodzi otrzeźwienie – zobaczymy, czy w ostatecznym rozrachunku Kolejorz będzie aż tak mocny.

Legia Warszawa – Raków Częstochowa 2:3

Absolutny hit 9. kolejki PKO Ekstraklasy. Starcie dwóch drużyn, które z korzystnej strony pokazały, a jedna z nich nadal pokazuje polską piłkę w Europie. Spodziewano się spotkania, w którym nikt nie odpuści, zwłaszcza Legia potrzebuje ligowych punktów jak tlenu. Pierwszy fragment meczu to wet za wet, obie drużyny dążyły do zdobycia bramki, jednocześnie optyczną przewagę zyskiwali Wojskowi – byli też bliżsi otwarcia wyniku, w 10. minucie Andre Martins uderzył w poprzeczkę. Jak to jednak w piłce często bywa, ta niewykorzystana sytuacja się zemściła. W 28. minucie Cezary Miszta, zastępujący w bramce Artura Boruca, sfaulował w polu karnym Sebastiana Musiolika. Jedenastkę na gola zamienił etatowy egzekutor Rakowa Ivi Lopez. Ten gol wstrząsnął Legią, na tyle, że wyrównali już 5 minut później po trafieniu Mahira Emrelego. 1:1. Z takim rezultatem obie drużyny zeszły do szatni.

Po przerwie można było oglądać Raków na poziomie dla naszej ligowej piłki wręcz wybitnym. Zdarza się, że Legia na Łazienkowskiej przegrywa, niewielu zespołom udaje się jednak aż tak zepchnąć w cień zespół Czesława Michniewicza na jego własnym terenie. Bramkowy efekt takiej gry przyszedł już po kilkunastu minutach: najpierw Fran Tudor, a potem bezpośrednio z rzutu wolnego ponownie Ivi postawili swój klub w komfortowej sytuacji. Częstochowianie być może poczuli się zbyt pewnie, bo w którymś momencie oddali pole mistrzom Polski. Tych było stać na kontaktowe trafienie, autorstwa Igora Charatina. Lecz to było na tyle, warszawskie próby wyrównania stanu gry kończyły się na niczym. – Stałe fragmenty gry były konsekwencją tego, co chcieliśmy robić. Jasne, to jakość wykonawców decydowały o bramkach. Niemniej te sytuacje były i wiedzieliśmy, że w tym elemencie możemy dominować i z mojej perspektywy tak właśnie było – opowiadał po meczu o swoim sposobie na Legię szkoleniowiec Rakowa Marek Papszun.

Śląsk Wrocław – Wisła Płock 3:1

Śląsk podtrzymał status niepokonanego w lidze. Więcej, odrobił stratę punktową do liderującego Lecha i znajduje się w bardzo dobrej pozycji do ataku najwyższych miejsc w lidze, chociaż wielu specjalistów w przedsezonowych przewidywaniach nie widziało go tak wysoko. Lecz zwycięstwo nad płocczanami nie przyszło łatwo. Wisła w pierwszych minutach miała sporo przestrzeni i gdyby miała lepszych wykonawców niż chociażby Jorginho (daleko mu jednak do noszącego ten sam pseudonim piłkarza Chelsea), to powinna prowadzić. Ukradkiem i lekko niespodziewanie wynik otworzył Śląsk trafieniem Mateusza Praszelika. Zespół Macieja Bartoszka pokazał jednak charakter. Rzut wolny, główka Artioma Krywociuka i remis we Wrocławiu. Koniec emocji w pierwszej połowie? Nic bardziej mylnego. Krywociuk stwierdził, że włoży kij w szprychy swojemu zespołowi, zatrzymał piłkę ręką w polu karnym, a resztę pracy przy golu wykonał już Robert Pich i Śląsk schodził do szatni prowadząc.

Po powrocie na plac gry show na Stadionie Miejskim zapewniali pan arbiter Tomasz Musiał i system VAR. Wrocławianie szybko strzelili kolejną bramkę – dopatrzono się spalonego i jej nie uznano. Chwilę potem Diego Verdasca zagrał piłkę ręką w swoim polu karnym. Dogłębna analiza tej sytuacji pokazała, że Portugalczyk trzymał swoją kończynę przy ciele, nie było więc podstaw do podyktowania jedenastki dla Wisły. Ostatecznie zawodnicy z Płocka, mimo ponownego przejęcia inicjatywy w meczu, stracili kolejną bramkę, kolejny raz po rzucie karnym i kolejny raz po zagraniu ręką. W rolach „głównych” tym razem Piotr Tomasik jako winowajca i ponownie Pich jako egzekutor. Ostatecznie, po meczu, gdzie chwilami można było mieć wątpliwości, czy zawodnicy wiedzą, że nie grają w piłkę ręczną, Śląsk pokonał Wisłę 3:1. Ciekawą statystykę zaprezentowało oficjalne konto twitterowe Ekstraklasy – Maciej Bartoszek nigdy nie zdobył ani jednego punktu ze swoimi drużynami gdy grały one przeciwko Śląskowi. W niedzielę nie poprawił tego dorobku.

Komplet wyników 9. kolejki PKO BP Ekstraklasy:
Górnik Łęczna – Lechia Gdańsk 0:4
Jagiellonia Białystok – Lech Poznań 1:0
Stal Mielec – Radomiak Radom 1:0
Warta Poznań – Zagłębie Lubin 0:2
Legia Warszawa – Raków Częstochowa 2:3
Bruk-Bet Termalica Nieciecza – Górnik Zabrze 3:1
Śląsk Wrocław – Wisła Płock 3:1
Wisła Kraków – Pogoń Szczecin 0:1
Piast Gliwice – Cracovia 2:4

Porażka Lecha co prawda nie zepchnęła ich z pozycji lidera tabeli, jednak sprawiła, że drugi Śląsk zbliżył się do Kolejorza na odległość ledwie jednego punktu. Wrocławianie zresztą są w tym momencie jedyną drużyną w lidze, która nie zaznała goryczy porażki, jednak są też drużyną z największą liczbą remisów – odnotowali ich aż pięć. Warto także zauważyć dwie serie, jedną Zagłębia Lubin, czyli trzy zwycięstwa z rzędu, a drugą, mniej chlubną autorstwa Warty Poznań. Podopieczni Piotra Tworka nie wygrali już od sześciu spotkań. Nie ma już też w lidze drużyny bez ani jednego zwycięstwa. Ostatni tej sztuki dokonali w niedzielę piłkarze z Niecieczy. Dzięki świetnemu meczowi i hattrickowi w meczu z Piastem nowym liderem klasyfikacji strzelców został zawodnik Cracovii Pelle van Amersfoort.