Główny partner portalu

Foto: Facebook Premier League
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Premier League ruszyła z wielkim przytupem. Już w pierwszej kolejce oglądaliśmy hit, w którym Tottenham pokonał broniących tytułu piłkarzy Pepa Guardioli – 1:0. Sam mecz może nie dostarczył aż tak wielu czysto piłkarskich emocji, jednak fakt, że był to początek nowego rozdania na Wyspach stanowił wystarczającą zachętę dla kibiców. A przecież od zera na koncie i z dwiema porażkami w oficjalnych spotkaniach rozpoczął sam wielki Manchester City.

Jak na poważną inaugurację przystało pojawiły się debiuty. Na ławce Kogutów Nuno Espirito Santo, były szkoleniowiec Wolverhampton, który zastąpił swojego rodaka, Jose Mourinho, a po drugiej stronie wyczekiwany pierwszy występ w nowych barwach Jacka Grealisha. Reprezentant Anglii wyszedł w podstawowej jedenastce i… niczym specjalnym nie zachwycił, ale to w dużej mierze zasługa gospodarzy, którzy zapowiadany spektakl Grealisha po prostu stłumili. Sam piłkarz nie miał lekko także z fanami Tottenhamu, bo ci w niemal każdym możliwym momencie dawali znaki swojej dezaprobaty wobec nowego bohatera niebieskiej części Manchesteru.

Teraz trochę o samym meczu. Jak już wspomnieliśmy, wolelibyśmy oglądać nieco bardziej pasjonujące widowisko, ale koniec końców hity Premier League często wyglądają jak wyrafinowana partia szachów. Statystyki zdają się to potwierdzać, bo celnych strzałów na obie bramki padło raptem sześć (2-4 na korzyść Man City). Początek należał do mistrzów Anglii, ale z biegiem czasu rywalizacja stawała się coraz bardziej wyrównana. Dobre wrażenie i wiele dobrego dla swojej ekipy robił İlkay Gündoğan, najpierw uderzając nieźle z wolnego, a później broniąc dostępu do bramki Edersona po strzale Lucasa Moury. W zasadzie goście powinni w tym meczu prowadzić, ale „setkę” w 35. minucie zmarnował Mahrez posyłając piłkę gdzieś daleko w trybuny. W obu drużynach brakowało napastnika z prawdziwego zdarzenia. W zespole Guardioli, bo po prostu takowego tam nie ma, a w drużynie Tottenhamu Kane’a, którego nie było nawet w kadrze meczowej, a sam gwiazdor klubu z północnego Londynu myślami najprawdopodobniej jest właśnie w niebieskiej części Manchesteru.

Na szczęście dla Kogutów, w swoim składzie mają utalentowanego Sona. Koreańczyk jest gwiazdą tej ligi, ale przecież równie dobrze moglibyśmy napisać, że po niedzieli jest poniedziałek. Oczywistość. Piłkarz klasowy, potrafiący z piłką wyczyniać cuda, co udowodnił jeszcze przed przerwą kiedy zakręcił aż trzema obrońcami The Citizens, ale wtedy jeszcze piłka po jego strzale przeleciała tuż obok bramki gości. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. W 54. minucie ruszyła szybka kontra Tottenhamu, po zupełnie nieudanym dośrodkowaniu Mendy’ego. Z piłką ruszył Steven Bergwijn, który podał na prawe skrzydło do Sona, a ten po indywidualnej akcji uderzył z siedemnastu metrów, ośmieszając przy okazji Ake. 1:0 i po sprawie, bo do ostatniego gwizdka Manchester City nie potrafił wykrzesać z siebie nic skutecznego.

Nie ma wątpliwości, że wygrana z faworyzowanym do tytułu zespołem będzie dla Tottenhamu i Nuno Espirito Santo niczym pomyślny wiatr w żagle, bo sezon jak zawsze w Anglii będzie długi i intensywny. Dlatego też każda strata punktów w tak mocnej, wyrównanej stawce i nieprzewidywalnej lidze może mieć kolosalne znaczenie. A maszyna Pepa Guardioli jeszcze doskonała nie jest, co potwierdził już drugi oficjalny występ tego zespołu, z rażącą nieskutecznością w roli głównej.

Tottenham Hotspur – Manchester City 1:0 (0:0)
1:0 – Heung-Min Son 55′