Główny partner portalu

fot. Michał Dubiel/ 400mm.pl
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Jeżeli mecz z Islandią miał nam dać worek odpowiedzi, jak będzie wyglądać nasza kadra na inaugurację Euro 2020, to musimy najwyraźniej zagrać jeszcze raz. Reprezentacja Paulo Sousy rozegrała mecz w ciągle dziwnym zestawieniu, nudno i bez polotu. Z będącą myślami już przy wakacyjnych drinkach ekipą Islandii zremisowaliśmy 2:2, dwa razy odrabiając straty. Jeśli ktoś miałby być zadowolony z gry naszej drużyny, to raczej będą to nasi sąsiedzi z południa.

 

Umówmy się, zanim podano skład, w którym zagramy z Islandczykami pewnie większość z nas założyło, że będzie to zestawienie w jakichś 90% takie, jakie wybiegnie w poniedziałek na murawę w Sankt-Petersburgu. Tymczasem dziś nie jesteśmy pewni, czy w defensywie, która w Poznaniu podarowała dwa prezenty gościom zagra Dawidowicz, czy oglądający mecz z trybun Bednarek? Czy na lewym wahadle wystąpi eksploatowany Puchacz, czy może mający epizod w tym spotkaniu Rybus? Główkujemy, analizujemy i nie wiemy, a najlepsze jest to, że po tym meczu mamy wrażenie, że nie wie tego sam Paulo Sousa.

Zespołowi na pięć dni przed kultowym w Polsce “meczem otwarcia” brakuje tlenu i szybkości w obszarze fizyki, a pomysłu i polotu w sferze taktyczno-mentalnej. Pewnie, jest jeszcze kilka dni na odnowę biologiczną, odpoczynek i doładowanie baterii, lecz w kontekście tego, co widzieliśmy we wtorek w Poznaniu trudno o optymizm. Martwi też to, że przy absencji Milika, czy Piątka ciężar zdobywania goli spadł na Roberta Lewandowskiego, który jednak dalej musi martwić się rozegraniem. To po jego akcji w środku pola i ograniu trzech mało ogarniętych Islandczyków padła pierwsza bramka z dośrodkowania z lewego skrzydła i przy błędzie obrony piłkę do bramki Runarssona wpakował Zieliński. Trochę przypadku, trochę szczęścia i kunszt Lewego, na który w przekroju całego turnieju Euro 2020 raczej nie ma co liczyć seryjnie.

Naprawdę ciężko dziś powiedzieć coś konkretnego o tej drużynie. Z pewnością więcej dzisiaj martwi niż uspokaja. Pozytywy jakieś są – jest Kozłowski, którego nowy selekcjoner stara się budować, jest Świderski, który zakręcił dzisiaj obroną przyjezdnych, prawie jak Reni Jusis za najlepszych czasów. Są w końcu filary w każdej niemal formacji: Szczęsny, Glik, Klich, Krychowiak i wreszcie najlepszy piłkarz świata – Robert Lewandowski. Na razie ognia do gaszenia nie ma, ale czuć gdzieś tlący się dym. Mamy po cichu nadzieję, że to jednak jakaś zasłona dymna, jakieś szachy Sousy, które jednak rozgrywa chyba już trzeci miesiąc i nie wiadomo na ile ruchów budowana jest ta szachowa taktyka. Oby to wszystko zagrało już w poniedziałek, bo inaczej znów będziemy przeżywać polski, piłkarski dzień świstaka.

RAFAŁ MARTUSZEWSKI