Bartosz Smektała kolekcja
lotto partner główny serwisu
betard
sob. Sty 18, 2020
wlodzimierz-luczak-wykonczenia-wnetrz
Polcopper

Andrzej Mrozkowiak z felietonistą naszego portalu, Robertem Nogą, fot. facebook

Paweł Mrozkowiak: Latem żużel, zimą futsal. Cały czas musi się coś dziać

Leszczyńscy kibice żużla znają jego głos, który od kilkunastu lat towarzyszy widowiskom na Stadionie im. Alfreda Smoczyka. Jak się okazuje, obca jest mu sportowa, jesienno-zimowa, hibernacja. O tremie i najpiękniejszych przeżyciach na „Smoczyku” oraz o sportowych ambicjach futsalu w Lesznie rozmawiamy z Pawłem Mrozkowiakiem, spikerem żużlowym i przesem GI Malepszy Futsal Leszno.

Kiedy żużel pojawił się w Pana życiu i jak zrodziło się pragnienie bycia częścią widowiska w Lesznie?

Pierwsze zawody żużlowe, które obejrzałem to Drużynowe Mistrzostwa Świata w 1984 roku w Lesznie. Czterdzieści tysięcy ludzi na trybunach „Smoczyka” robiło wrażenie. Od tego momentu zaraziłem się żużlem, choć przez głowę mi oczywiście wtedy nie przeszło, że w przyszłości będę prowadził imprezy żużlowe. Sport był bardzo ważny w moim życiu od zawsze. Do tego lubiłem słuchać komentatorów, lektorów czy spikerów prowadzących różne imprezy i w domowym zaciszu, już jako mały chłopiec, próbowałem ich naśladować, czytając chociażby z gazet na głos wiadomości sportowe.

Wybrał Pan świadomie rolę „głosu stadionu” czy wykorzystał nadarzającą się okazję do tego, by rozpocząć swoją przygodę z mikrofonem?

Kariera zawodowa zaniosła mnie w świat korporacji, bankowości i finansów, choć kończyłem studia prawnicze. Cały czas kusiło mnie, żeby spróbować przygody z mikrofonem i powrócić do dziecięcych marzeń. Nadarzyła się okazja, zostałem polecony do pomocy Mariuszowi Cwojdzie, który był wówczas głównym spikerem i tak powolutku najpierw tylko przy zawodach młodzieżowych, a później już także ligowych, zacząłem się wdrażać w pracę spikera.

Pamięta Pan swój debiut spikerski w Lesznie? Trema była?

Wprawdzie pomagałem już jako drugi spiker od 2003 roku, jednak prawdziwy debiut nastąpił 24 kwietnia 2005 roku podczas meczu Unia Leszno – Unia Tarnów. Po raz pierwszy stanąłem na murawie „Smoczyka”, mając przed sobą kilka tysięcy ludzi, a nie jak do tej pory schowany w wieżyczce sędziowskiej. Zaczynała się era prezesa Dworakowskiego w Unii Leszno i pamiętam jego słowa „szukacie po całej Polsce spikera, a tu macie naszego chłopaka, który świetnie się do tego nadaje”. Trema była spora, ale na szczęście pierwsze komentarze kibiców okazały się przychylne, i tak się zaczęła moja przygoda spikerska i trwa do dziś.

Niegdyś z głośników, dodajmy przenoszących w wąskim paśmie, kibiców dobiegały jedynie suche komunikaty dotyczące startujących w danym wyścigu, kolejności na mecie, czasu biegu. Niekiedy, przy okazji zaciętej końcówki, pojawiało się słynne zdanie o triumfie „o błysk szprychy”. Rozumiem, że nie tego rodzaju sposób spotkania z kibicami miał Pan w głowie?

Kiedyś spiker, przede wszystkim, nie miał presji czasu w związku z wydarzeniami na torze. Pamiętam jeszcze nieodżałowanego Andrzeja Handzewniaka, który miał wspaniały głos i który ze spokojem, powoli, przekazywał komunikaty sędziego. Dzisiaj przy zawodach, które toczą się niezwykle dynamicznie, kiedy dochodzą reklamy, konkursy, wywiady, powtórki, kiedy ma się w słuchawkach łączność z wieżą sędziowską, spiker musi umieć poradzić sobie z wielością informacji i podzielnością uwagi. Dzisiaj wszystko musi być podane atrakcyjnie, szybko i ciekawie. Kibic jest dzisiaj zdecydowanie bardziej wymagający niż kiedyś.

Jak wygląda dzień Pawła Mrozkowiaka, gdy po południu lub wieczorem Unia jeździ mecz?

Do każdych zawodów staram się jak najlepiej przygotować. Najczęściej dzień wcześniej dokładnie sprawdzam wszystkie informacje lub ciekawostki z całego tygodnia, studiuję życiorysy, komentarze prasowe, sprawdzam strony internetowe i portale społecznościowe zawodników, szukając ciekawych informacji, które mogłyby ubarwić relację podczas meczu. W samym dniu meczowym sprawdzam już tylko najświeższe informacje oraz układam sobie w głowie scenariusz zawodów.

Zbigniew Boniek odwiedził Leszno przy okazji finału Drużynowego Pucharu Świata, fot. facebook

Stadion im. Alfreda Smoczyka to matecznik polskiego speedwaya, a także miejsce znane zawodnikom i kibicom żużla na całym świecie. Panuje tam atmosfera odświętności. Czuje Pan to?

Ja doskonale pamiętam atmosferę lat 80. i 90., kiedy cały tydzień się czekało na niedzielny mecz, a w dniu meczowym nie było innych ważniejszych rzeczy niż żużel. Dzisiaj ludzie w większości mają zdecydowanie mniej czasu, nawet w weekend i tak naprawdę zaczynają żyć meczem kilka godzin przed. Ale Leszno jest z pewnością szczególnym miejscem na żużlowej mapie Polski, gdzie żużel traktowany jest jak religia. Tu dalej rozmawia się o żużlu, żużel jest dalej pierwszym tematem rozmów leszczynian. Od żużla w Lesznie uciec nie można, tutaj się go wdycha głęboko, a zapach metanolu jest w ludziach od najmłodszych lat i pozostaje aż do śmierci.

Gdy na początku lat 90. polska liga otwierała się na zawodników zagranicznych, musieliśmy także poszerzyć nasz repertuar językowy. Pojawili się Anglicy, Szwedzi, Finowie, Rosjanie, Czesi czy Węgrzy. Wszystkie narody uprawiające tę magiczną dyscyplinę sportu. Ma Pan problemy albo tremę związaną z prawidłowym wypowiadaniem nazwisk?

Specjalnie staram się nie kombinować przy wypowiadaniu nazwisk zawodników zagranicznych. Staram się sprawdzić i posłuchać jak dane nazwisko wymawiają inni spikerzy, dziennikarze czy sprawozdawcy. Czasami też podpytuję lingwistów, jak prawidłowo wymawiać dane nazwisko. Kiedyś zostałem zaproszony do Radia Elka jako ekspert na jedną z rund kwalifikacyjnych Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów, gdzie startowali zawodnicy czasami zupełnie anonimowi. Pamiętam, że już po programie sprawdziłem kilka nazwisk, jak się je poprawnie wymawia i doszedłem do wniosku, że była to w jakieś części moja tzw „radosna twórczość”, jeśli chodziło o właściwe wypowiadanie nazwisk żużlowców. Na szczęście, ci najbardziej egzotyczni żużlowcy jak choćby Irańczyk Shanchajan Vasantharajan, startujący zresztą na licencji duńskiej, występują jednak w ligach zdecydowanie mniej wymagających niż nasza Ekstraliga Żużlowa.

Pierwsza Pańska wpadka mikrofonowa? Najśmieszniejsza wpadka mikrofonowa? A może to ta sama?

Błędy oczywiście zdarzają się każdemu. Spiker, tak jak każdy kibic, przeżywa emocje sportowe, i w związku z tym łatwo o błędy. Jakiejś totalnej kompromitacji sobie nie przypominam. Zdarzały się sytuacje, że nie zauważyłem zmiany w wyścigu i już w trakcie biegu zorientowałem się że jedzie ktoś inny. Oczywiście podstawa w takim przypadku to przeprosić i szybko skorygować swój błąd. Mam nadzieję, że jeżeli w przyszłości takie błędy się zdarzą, to kibice mi to wybaczą, oczywiście pod warunkiem, że nie będą się zdarzać zbyt często.

Miło być uczestnikiem takiego wydarzenia jak zwycięski finał play-offów? Radość drużyny jest oczywista, ale to jedna strona medalu. Czuje się Pan kreatorem nastroju podczas takiego spotkania?

Ważne jest, aby ludzie świetnie się bawili, ciesząc się, że są uczestnikami tak wspaniałych chwil. Moja rola polega tylko na tym, aby kibice świetnie się czuli na stadionie, mieli wszystkie potrzebne informacje do pełnego przeżywania widowiska żużlowego, a zawodnicy czuli wsparcie trybun. Moje szczęście polega na tym, że mam okazję być spikerem Unii Leszno w czasie kiedy klub osiąga wspaniałe sukcesy, a w Lesznie odbywają się imprezy najwyższej rangi. Nie zawsze przecież tak było.

Kiedy wybucha radość po zdobyciu złota DMP, ma Pan obawy, że zapomni Pan o kimś, że padną niewłaściwe słowa?

Jestem przekonany, że w takich momentach najważniejszy jest klimat święta. Jeżeli w takim momencie popełni się jakiś błąd, kibice, będąc w tak fantastycznym nastroju, na pewno to wybaczą. To są zresztą najpiękniejsze chwile pracy w roli spikera.

Najbardziej wzruszająca żużlowa chwila w Pana życiu? Tym prywatnym i zawodowym.

Drużynowy Puchar Świata w Lesznie w roku 2007 to zdecydowanie impreza, która zapadła mi najbardziej w pamięci. Pierwszy raz prowadziłem razem z moją serdeczną przyjaciółką Karoliną Dworakowską-Matuszewską tak dużą imprezę. Dramaturgia tamtych zawodów, atmosfera na trybunach, głód sukcesu to wszystko spowodowało, że tamte zawody przeszły do historii polskiego i światowego żużla, a ja się cieszę, że mogłem być małą cząstką tej wspaniałej imprezy. Dla mnie wyjątkowy był także 26 kwietnia 2015 roku. Wtedy nad ranem urodził się kolejny mój syn, Adaś, a ja po południu komentowałem spotkanie Fogo Unia Leszno – Unia Tarnów, podczas którego publiczność oklaskami gratulowała mi narodzin dziecka.

Odejdźmy nieco od żużla. Czy hala TRAPEZ, gdzie grają futsalowcy, jest w Lesznie zimowym „Smoczykiem”?

Przez długie lata, z wyjątkiem może czasu gry Tęczy w ekstraklasie koszykówki żeńskiej, nie było w Lesznie sportów halowych na poziomie, który przyciągałby znaczną liczbę kibiców. Od kilku lat się to powoli zmienia i obecnie mamy na poziomie pierwszoligowym w Lesznie aż cztery drużyny: koszykówki kobiet i mężczyzn, futsalu i piłki ręcznej. Stąd kibice coraz częściej zapełniają Halę TRAPEZ i halę przy Szkole Podstawowej nr 13, gdzie grają piłkarze ręczni. Ale myślę, że jeszcze daleka droga do tego, żeby przyrównywać halę TRAPEZ do stadionu im. Alfreda Smoczyka.

Z wielkim Andrzejem Strejlauem, podczas spotkania w Lesznie, fot. facebook

Skąd pomysł na zaangażowanie się w futsal?

Żużel kończy się, niestety, wczesną jesienią i okres do wczesnej wiosny wielu kibicom dłuży się niemiłosiernie. Stąd pomysł, żeby zaproponować kibicom możliwość oglądania ciekawych widowisk sportowych także w okresie zimowym. A ponieważ moją drugą miłością sportową jest piłka nożna, więc padło na futsal – czyli halową piłkę nożną. Zresztą wcześniej, przez wiele lat grałem i współorganizowałem rozgrywki amatorów w futsalu. Pierwszy pomysł był taki, żeby utworzyć sekcję futsalu w ramach Unii Leszno. Do tego z różnych powodów nie doszło, ale jak pokazuje przykład Stali Gorzów, sezon halowy może być znakomitym przedłużeniem sezonu żużlowego.

Idziecie na awans? Wygląda na to, że tak czy inaczej przypadnie drużynie z miasta na „L”. Szykujecie się na mecz z Lubawą?

Tak, to dla nas najważniejszy mecz sezonu, który prawdopodobnie będzie decydował, który z zespołów zagra za rok w najwyższej klasie rozgrywkowej. Nie mamy jakieś niesamowitej presji na awans, ale ponieważ wszystko jak do tej pory układa się w tym sezonie znakomicie, to warto by było skorzystać z nadarzającej się okazji do awansu.

Jeszcze niedawno młodzi trenerzy piłkarscy używali formuły „futsal makes football”. Z Pańskiej perspektywy to dzisiaj uprawnione, czy futsal jest już autonomiczną dyscypliną sportu?

W Brazylii, Argentynie czy na południu Europy w Hiszpanii, Portugalii czy Włoszech wszystkie dzieci zaczynają od gry w futsal. Stąd znakomite przygotowanie tych nacji pod względem technicznym, szybkości podejmowania decyzji, kreatywności. Ci najlepsi oczywiście kontynuują karierę w tradycyjnej piłce nożnej, gdzie obecne są ogromne pieniądze. Futsal jednak jako dyscyplina jest najszybciej rozwijającym się sportem halowym i to tylko kwestia czasu, kiedy zagości np. na igrzyskach. Osobiście uważam, że już za kilka lat futsal w Polsce i na świecie przeżyje prawdziwą eksplozję popularności.

Czego brakuje futsalowi jako zjawisku? Żużel także przez lata pojawiał się w trwających kilka sekund, urywkach. Teraz PGE Ekstraliga jest prawdziwym produktem, opartym o sponsora tytularnego, zaopiekowanym medialnie. Futsal powinien iść w tym kierunku?

Dokładnie tak. Pamiętam, że jeszcze kilkanaście lat temu żadna stacja telewizyjna nie chciała pokazywać na swojej antenie speedwaya. Dzisiaj to się diametralnie zmieniło. Jestem przekonany, że futsal czeka ta sama droga, tym bardziej że jest to dyscyplina niezwykle atrakcyjna do pokazywania w telewizji. Już w tej chwili powstaje mnóstwo klubów futsalowych na poziomie wojewódzkich związków piłki nożnej. W ciągu kilku lat musi dojść do profesjonalizacji najwyższej klasy rozgrywkowej i stworzenia ligi zawodowej. Zresztą podobną drogę przebyła w Polsce piłka ręczna.

Zakładam, że jeśli awansujecie, będziecie zmuszeni powiększyć budżet klubu. Ma Pan obawy, że stanie się, w sensie poszukiwania wsparcia sponsorskiego, konkurentem wielkiej Unii?

Mówimy o zupełnie innych pieniądzach potrzebnych do gry w najwyższej klasie rozgrywkowej. Gdyby to dotyczyło innych sportów halowych, to rzeczywiście być może byłoby to odczuwalne. Ale w przypadku futsalu absolutnie nie ma takiego problemu.

Wizyta Andrzeja Strejlaua w ostatnich dniach to chyba nie lada wydarzenie?

Jestem ogromnie szczęśliwy, że tak znana, wspaniała osoba zechciała przyjąć nasze zaproszenie na spotkanie. Myślę, że wszyscy, którzy byli obecni na spotkaniu z trenerem Andrzejem Strejlauem, potwierdzą, że to było niezwykłe przeżycie, posłuchać tylu barwnych opowieści i móc zamienić słowo z tak fantastycznym człowiekiem, który brał udział w najważniejszych wydarzeniach w historii polskiej piłki nożnej.

Przyznam, że dawno nie widziałem trenera narodowej kadry tak szczęśliwego…

Trener Andrzej Strejlau i redaktor Jerzy Chromik – współautor książki „On, Strejlau” podkreślali wielokrotnie, że czuli się w Lesznie znakomicie. Potwierdzeniem tego było też to, że podczas Gali Tygodnika Piłka Nożna odbierający nagrodę pan Andrzej Strejlau wspomniał o pobycie w Lesznie. To były wspaniałe trzy dni, które na długo pozostaną w naszej pamięci.

Jest w Panu obawa, że sukces futsalu i Pańskie zaangażowanie w żużel spowodują, że w Lesznie zacznie się mówić, „niech się Mrozkowiak zdecyduje na coś, bo na dwóch stołkach siedzieć się nie da”?

Absolutnie się tego nie boję. Sezon futsalowy jest zimowym uzupełnieniem braku żużla. A ja nie potrafię bezczynnie siedzieć w domu. Cały czas musi się coś dziać. Latem rządzi żużel, zimą futsal. Zresztą na naszych meczach futsalowych często gościmy żużlowców, którzy kibicują leszczyńskiemu futsalowi i wypełniają czas odpoczynku od żużla w zimie.

Czego życzyć Panu zawodowo i prywatnie w 2019 roku?

Prywatnie przede wszystkim zdrowia swojego i najbliższych i sił do realizacji kolejnych projektów, a zawodowo trzeciego z rzędu drużynowego mistrzostwa Polski dla Unii Leszno i awansu do Futsal Ekstraklasy.

Rozmawiał JANUSZ KOZIOŁ