Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Nasza ekstralipa leda co rozpocznie nową, ósmą dziesiątkę swej historii. Ćwierkają wróbelki od samego rana, szlag trafi prognozy i zacznie się (moto) drama – parafrazując dziecięcą piosenkę sprzed lat o Marysi nomen omen.

Ile dotąd inauguracji, tyle dramatów, niespodzianek, sensacji, kontuzji, porażek papierowych tygrysów i niespodziewanych wiktorii beniaminków. Warto wrócić na chwilę do kilku ledwie spotkań z długiej listy batalii rozpoczynających kolejne sezony ligowego ścigania. Dlaczego te akurat? Bo zapamiętałem je szczególnie, a jest to wybór zdecydowanie subiektywny i nieuzasadniony statystykami, czy historią.

Na początek dekada Gierkowska, ścisle zaś jej schyłek. Sezon 1979 i jakże brzemienna w skutki, porażka na dzień dobry Stali Toruń. Zespół z Pomorza, nieco zaawansowany wiekowo jak na tamte warunki, pojechał do Wrocławia na mecz ze Spartą w roli faworyta. Wrocławski team nie był wówczas ani prężny, ani potężny, a już „chwilę” później, w kolejnym roku, na długie lata, wylądował piętro niżej. W sezonie 1979 Sparta sprawiła jednak toruńskim gościom psikusa, już w inauguracyjnym meczu pozbawiając Stal medalu DMP. Naturalnie w tamtym momencie nikt tej świadomości nie miał, ale dalsza część sezonu pokazała, że gdyby nie Świętochłowice, które nie wygrały żadnego meczu, to Wrocław poległby rok wcześniej, zaś Toruń okazał się jedynym pośród medalistów, który na Dolnym Śląsku zostawił komplet punktów. Wygrała mistrzowska Unia Leszno i brązowy Falubaz, zremisował srebrny Gorzów i tylko Krzyżacy polegli. Na nic zdała się znakomita postawa Jana Ząbika, zdobywcy 15 punktów w sześciu startach, na nic wsparcie Janusza „Plewy” Plewińskiego i Genia Miastkowskiego (po 9), skoro reszta ekipy wspólnie dorzuciła raptem 13 oczek, co w sumie dało rezultat 60:46 dla gospodarzy, z liderem Ryszardem Janym (oddał tylko punkcik) i solidnymi Robertem Słaboniem, Gorczycą, Kałużą, Bruzdą, czy Jaskiem.

To była bardzo kosztowna porażka dla torunian, choć w tamtym momencie nikt nie mógł się tego spodziewać. Mimo równej liczby punktów meczowych Stal była niżej od zielonogórzan, zarówno pod względem małych punktów, jak też bilansu dwumeczu. To sprawiło, że torunianie musieli obejść się smakiem. Ciekawostką tego sezonu niech będzie fakt, że mistrzowskie Leszno nie miało zawodnika w pierwszej dziesiątce najskuteczniejszych zawodników ligi. Tę klasyfikację wygrał „Super Zenon” Plech, już wtedy z Gdańska, przed Edwardem Jancarzem i Andrzejem Huszczą, zaś najlepszy zawodnik Unii Mariusz Okoniewski, zajął „dopiero” 13. lokatę, jednak ze średnią ponad dwóch oczek na bieg. Siłą Leszna okazał się wyrównany skład, gdyż aż sześciu spośród leszczynian zmieściło się w drugiej i trzeciej dziesiątce zestawienia, z osiągnięciami od 1,85 pkt/bieg.

Sezon 1982, drugi na liście. To wtedy z ligi spadł Rybnik, awansował zaś Lublin – żeby było przewrotnie. Ale nie o tym. Stan wojenny, mroczne dzieje kartek, przepustek, rejonizacji, czy godziny milicyjnej – starsi wiedzą w czym rzecz, młodsi mogą, a wręcz powinni sobie „wyguglać”. Reżim chciał dać ludziom igrzyska, skoro brakowało chleba, a że przy okazji mogli zająć głowy ludzi czym innym od polityki, to już był, zdaniem władz, prawdziwy majstersztyk.

Inauguracja sezonu i z pozoru nieistotny mecz Rybnika u siebie z Gdańskiem. ROW powinien sobie z gdańszczanami poradzić. Pyszny, Klimowicz, Nowak, czy Antek Skupień wydawali się podobną siłą co Plech, Berliński, Dzikowski, czy Marynowski, za gospodarzami zaś przemawiał atut własnego toru. Niestety. Nieznacznie (42:48), ale jednak gospodarze polegli, co w zestawieniu z późniejszą wygraną konkurującego ze Ślązakami Gniezna nad Wybrzeżem u siebie, przelało czarę goryczy, przesądzając już w pierwszej kolejce o późniejszej degradacji Rybnika. Nie pomogły tylko cztery starty Plecha (10 oczek), gdyż delikatną szparkę po liderze załatał zdobywca kompletu Andrzej, potem znany jako Andreas, Marynowski.

Rybniczanie na 15 biegów indywidualnie wygrali tylko cztery razy, zaś goście aż jedenaście – to był atut przyjezdnych, którzy w ten sposób zniwelowali skutecznie 10 śliwek po swej stronie. Ta dekada ma też mroczną historię, choć niezwiązaną z inauguracją, a zakończeniem sezonu 1984. Stal Rzeszów zmierzyła się na swoim torze z Unią Leszno. Byki walczyły wówczas o tytuł mistrzowski, z kolei Żurawie chciały uniknąć rywalizacji w barażach o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Obu zespołom do osiągnięcia wyznaczonych celów wystarczył remis w spotkaniu i podział punktów. Na takie rozwiązanie się jednak nie zanosiło, gdyż po jedenastu wyścigach Unia wygrywała 41:25. Wówczas wydarzyła się jednak rzecz niespotykana. Unia kolejne biegi oddała bez walki, a Stal, wygrywając podwójnie cztery ostatnie gonitwy, doprowadziła do remisu! GKSŻ ostatecznie odebrała leszczynianom tytuł, zaś za ostateczny rezultat spotkania uznała wynik po 11 wyścigach, przez co Rzeszów i tak potykał się w barażach, pokonując… Unię Tarnów.

Następna opowieść to lata 90. i mój GKM. Najpierw awans w 1995 roku, największy sukces, po jedynym, historycznym brązie DMP, z inauguracyjnego, dziewiczego sezonu 1948, autorstwa Olimpii Grudziądz z Gątkiewiczem, Szałkowskim, Zwolińskim, czy Najdrowskim w składzie. Ligę 1995 wygrało wówczas Gniezno przed GKM-em (po 30), trzecie Leszno (29), a czwarta Zielona Góra (28) – już różnice punktowe pokazują, jak zażarta toczyła się walka. W kolejnym roku trzeci i czwarty zespół II ligi awansowały, a spadł Tarnów i… GKM. Pierwszy po latach mecz w najwyższej klasie miał odbyć się w Grudziądzu – taki przywilej beniaminka. Niestety, całą kolejkę przełożono i na początek Grudziądz odjechał dwa wyjazdy. Ten pierwszy, takoż historyczny pod nazwą GKM i gołąbkiem na plastronie – w Bydgoszczy. Polonia z braćmi Gollobami, Gustafssonem, Cieślewiczem, Gomólskim i sponsorem strategicznym, znacznie hojniejszym dla zespołu niż ten grudziądzki. Dość wspomnieć, że bydgoszczanie od strategicznego sponsora GKM-u dostali dwa razy wyższą kwotę, bez obecności w nazwie. Takie czasy – brali my więc, co chcieli płacić, a że niewiele chcieli – trudno, mogli wcale nie dać.

W szeregach gości niewiele zmian od poprzedniego sezonu. W połowie wychowankowie, a do tego rybnicki zaciąg Bem, Pawliczek, chybiony transfer – Angol Dugard, wreszcie Paweł Staszek rodem z Lublina. Dadosa nie było, Hamilla też nie, więc specjalnie muskułów nie było kim prężyć. Porażka wyraźna 56:34, potem poprawka we Wrocławiu do 35 i dopiero w trzeciej rundzie wymęczona i wyczekana wiktoria, w krajowym składzie, z Gnieznem. W tym pierwszym meczu sezonu liderem GKM-u był w Bydgoszczy obecny trener Żółto-Niebieskich Robert Kempiński (11). Niestety, po dwóch wygranych, rozsypał się godden Martina Dugarda, przez co w pozostałych czterech startach dorzucił ledwie oczko, co razem przyniosło mało imponującą zdobycz 7 punktów w sześciu wyścigach. GKM nazbierał pięć ledwie zwycięstw indywidualnych w meczu, musiało to przynieść porażkę.

Grudziądzanie walczyli dzielnie i do samego końca o utrzymanie. Sezon zakończyli z 10 punktami, podobnie jak Rzeszów, ale o wyższej lokacie Żurawi decydował bilans dwumeczu, znacznie dla nich korzystniejszy. W ostatniej potyczce sezonu, właśnie w Rzeszowie, GKM liczył jeszcze na cud, ale brakło armat. Rzeszowski stranieri B. Andersen niepokonany, zaś Hamill „tylko” 12 (6) z jedną taśmą. Trzem armatom z Grudziądza (Hamill, Dados, Pawliczek) brakło prochu (tylko 5 wygranych wyścigów) oraz wsparcia kolegów. Większość kibiców do dziś jednak uważa, że decydujący w tamtym sezonie był przerwany po 11 odsłonach, przez Wojciecha Grodzkiego, mecz z późniejszym DMP – Apatorem Toruń u siebie. Do owego biegu trup ścielił się gęsto, a każda ze stron zanotowała po cztery upadki. Kiedy gospodarze zbliżyli się na dwa punkty (32:34), jak twierdzą najstarsi grudziądzanie, wobec kontuzji w 10. biegu lidera gości Ryana Sullivana, po kolejnym, w obliczu porażki torunian, bez powodu (hm?) Grodzki zawody przerwał, zaliczając niekorzystny dla GKM-u rezultat.

Cóż, wiele można by dyskutować. Tor był fatalny i zawodnicy, także gospodarzy, cierpieli, w tym idol publiczności Robert Dados. Skoro jednak arbiter prowadził mecz „mimo wszystko”, tak długo, jak gospodarze nie zbliżyli się do faworyta, którego lider dodatkowo odniósł kontuzję, a potem po „spokojnym” wyścigu (Hamill, Kowalik, Bajerski, Ośkiewicz) zdecydował się „nagle” zawody przerwać, to nie ma co się dziwić grudziądzkim kibicom, że do dziś kochają zarówno sędziego Grodzkiego, jak też ekipę z Torunia.

Nowy wiek i nowa era, to wydarzenia świeże w pamięci, zatem do nich nie wracam. Przed sezonem zaś życzę, by wszelkie prognozy szlag trafił, a spotkania zasypały nas lawiną ukochanych przez „chorych na żużel” sensacji, niespodzianek, eksplozji talentów i wyników życia, zaś Polsce przyniósł kolejne złoto w IMŚ – bez znaczenia czyje personalnie. Ważne by było.

PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI