lotto partner główny serwisu
pon. Sie 19, 2019

Nie odnajduję się na wakacjach

Rozmowa z Norbertem Kościuchem, 34-letnim zawodnikiem Get Well Toruń, który o żużlu myśli 24 godziny na dobę. Po to, by przez pięć minut w niedzielę pokazać możliwie najlepszą wersję siebie.

Kilka dni wcześniej nie mogliśmy pogadać, bo dostałem wiadomość „jestem na szkoleniu”. Cóż to za szkolenie Pan przechodzi – jak wygrywać w PGE Ekstralidze?
Nie. Po prostu biorę udział w kursie na instruktora sportu żużlowego. Od dawna miałem taki plan, jednak zawsze szansa uciekała. A to ktoś o mnie zapominał, a to dowiadywałem się o sprawie za pięć dwunasta, a to jeszcze coś innego stawało na przeszkodzie. Trudno tak przeglądać codziennie pezetmotowskie strony z ogłoszeniami, a kursy nie odbywają się regularnie co jakiś czas, tylko wtedy, gdy zbierze się wystarczająca grupa chętnych. Bywało też i tak, że dopytywałem o szczegóły, a słyszałem jedynie, że nie ma chętnych. W końcu jednak – dzięki mojej ukochanej żonie, która pilotowała temat – udało się zdążyć na start.
I jakie jeszcze inne ciekawe nazwiska znalazły się na liście startowej chętnych do zdobycia papierów instruktorskich?
A na przykład Krzychu Buczkowski, Grzesiek Walasek, Piotrek Świderski, Janusz Ślączka, również kilku młodszych chłopaków. Kursy odbywają się teraz w Lubiczu Górnym pod Toruniem, a plan jest taki, by przed początkiem nowego sezonu papier już mieć. Materiału trochę trzeba przejrzeć, ale to dobrze, ja się nie lubię nudzić. U mnie zima szybko mija.
A w przyszłości, w nowym życiu po skończeniu kariery zawodniczej, nie zawaha się Pan tego papierka użyć?
Powiem tak – nie mam pewności, czy z niego skorzystam. Wychodzę jednak z założenia, że taki papier nigdy nie zginie. A tyle lat siedzę w tym sporcie, że może posiedzę kiedyś w innej roli.
Czy taki zawodnik jak Norbert Kościuch, od przeszło dekady ścigający się z powodzeniem na zapleczu ekstraligi, musi podejmować jesienią normalną pracę zarobkową czy może sobie pozwolić na bycie profesjonalnym sportowcem i już tylko gromadzić siły oraz sprzęt na kolejny sezon?
Poza speedwayem nie pracuję, choć nie ukrywam, że ileś lat wstecz – gdy zostałem oszukany przez pewne kluby – musiałem liczyć na czyjąś pomoc. Raz nie zobaczyłem ani złotówki za cały przejechany sezon, z kolei innym razem przestałem nawet wystawiać faktury, bo nie miało to sensu. Wtedy bywałem zadłużony, a przecież mam na utrzymaniu rodzinę.
I co się wtedy robiło, by odzyskać płynność?
Na szczęście mam koło siebie wspaniałych ludzi, rodzinę i przyjaciół, którzy nigdy nie zostawili mnie samego z problemem. Mogłem wtedy podziałać w innym biznesie albo pojeździć z teściem na budowę i tam pomagać. Norbert Kościuch żadnej pracy się nie boi, można mnie czasami spotkać na mieście w stroju, nazwijmy to, garażowym.
Uczciwością i pracą ludzie się bogacą… W Pana sportowym życiu jest obecnie najlepszy okres, bo odnotowujemy stabilizację na wysokim poziomie. Świadczą o tym m.in. miejsca rankingowe w Nice 1. Lidze Żużlowej, ostatnio szóste, wcześniej trzecie i dziewiąte. Z jednej strony już jest doświadczenie i zaplecze, a z drugiej wciąż są chęci. Optymalny czas.
Powiem tak – po okresie gnieźnieńskim, bardzo trudnym dla mnie, po którym pewne tematy nie zostały rozliczone, zacząłem nowy etap w swojej karierze. Wszystko zostało przewrócone do góry nogami. Nie ma co ukrywać, że gdy otrzymujesz jeden, a zaraz drugi mocny cios, to chęci do kontynuowania sportowego życia odchodzą. Nie jestem ze stali i wtedy potrzebowałem miesiąca, by sobie wszystko ułożyć. U boku mam jednak, powtórzę, wspaniałą żonę, której zawsze mówiłem, że pierwszą moją miłością był żużel. Marlena to doskonale rozumie, poza tym w tamtym czasie pomógł mi również psycholog. Otworzył oczy, pomógł znaleźć nowe ścieżki i spojrzeć na wszystko z innego kąta. Dzięki temu wdrożyłem nowy plan, starając się wspinać krok po kroczku. I od trzech lat fajnie to funkcjonuje, mimo że w speedwayu – mimo pewnych schematów – nigdy do końca nie wiemy, czy wszystko zagra. Zawsze pozostaje nutka niepewności. Mnie i mojemu teamowi udawało się jednak połączyć poszczególne składowe w jedną całość. W końcu zacząłem więc szukać klubu, który zbliżyłby mnie do PGE Ekstraligi. Padło na Łódź. Wiadomo – nowy piękny stadion, silny skład z możliwościami i przede wszystkim bardzo dobry człowiek stojący na czele – pan Witold Skrzydlewski. Życie jednak pokazało, że nikomu z nas nie było do śmiechu. Po ciężkiej sportowej walce zabrakło dla nas miejsca w fazie play-off. Plan był inny… I pojawił się dylemat – co dalej. Z jednej strony chciałem zostać, a z drugiej kusiła wyższa liga. Wiedziałem, że będzie mnie szarpać sumienie, jeśli zdecyduję się odejść od tak fajnego człowieka jak pan Witold. Media różne rzeczy o nim pisały, ale sporo było w tym przekłamań. Widziałem na własne oczy, jaki to człowiek, o jak wielkim sercu i jak bardzo zaangażowany, mimo niemłodego już wieku. Nie chciałem go skrzywdzić, sumienie męczyło, w końcu jednak postanowiłem, że odchodzę, nikomu o tym nie mówiąc, nawet żonie. Wsiadłem w auto, pojechałem do Łodzi i poinformowałem pana Witka w cztery oczy, co zdecydowałem. Nie było żadnych krzyków, o czym niektórzy pisali, wszystko odbyło się w partnerskiej atmosferze.
Dlaczego nikomu się Pan nie pochwalił powziętą decyzją? By nie mącili już w głowie?
U nas w domu jest taka zasada, że nie wtrącamy się do spraw zawodowych. Oczywiście, jeśli ktoś ma zagwozdkę i potrzebuje pomocy, to sobie doradzamy. Żona mnie jednak zna i wie, że powiem, jak się sprawy mają, gdy już wszystko ustalę. Bo zdarzało się wcześniej, że zajeżdżałem do klubu, a tam czekała na mnie inna umowa od tej wcześniej przez obie strony wypracowanej. Nauczyłem się zatem, że jeśli nie ma czegoś na papierze, to po prostu nie ma. Na dziś w samych superlatywach mogę mówić o klubie z Grudziądza i panu Witoldzie Skrzydlewskim. Mam nadzieję, że po sezonie do tych słownych pracodawców dołączy Get Well Toruń.
Toruń nie był jednak Pana pierwszą ekstraligową opcją. Pojawił się dopiero po tym, jak upadł temat pod Jasną Górą…
Zgadza się, były delikatne zapytania i chęć w sumie też. Do konkretów jednak nie doszło.
Z moich obliczeń wynika, że w pięciu ostatnich sezonach czterokrotnie wjeżdżał pan do finału IMP. I nigdy nie zszedł w nim poniżej siedmiu punktów. Nigdy nie było czegoś ekstra, ale też zawsze godnie i przyzwoicie, co świadczy o pewnej stabilizacji na niezłym poziomie. A dla mnie o czymś jeszcze – mianowicie o finały IMP walczą prawdziwi sportowcy. Ci, którzy chcą spełniać osobiste ambicje, a nie tylko finansowe zachcianki.
Cóż, spełnienie swoich marzeń znaczy często więcej niż te finanse. Przede wszystkim cieszę się, że w ogóle do tych finałów docierałem. A gdy już docierałem, to nie chciałem być wyłącznie statystą. Tym bardziej, że taki awans kosztuje z reguły wiele energii. Szkoda tylko, że nigdy jeszcze nie było tego efektu wow.
Jak u Adama Skórnickiego w 2008 roku. Myślę, że tym efektem wow byłby jakikolwiek medal, wjechanie na karty historii.
Też tak sądzę. Przy okazji eliminacji często słychać głosy, że ktoś jedzie na luzie, ale to tylko zasłona dymna. Niemal każdy jedzie na maksa i z zamiarem awansu. Ja z roku na rok staram się wieszać poprzeczkę wyżej, ale po ostatnim leszczyńskim finale nie byłem zadowolony. Może to głupio zabrzmi, jednak pogubiłem się wtedy nieco, źle odczytując tor w środkowej fazie zawodów. A wiadomo, że każdy punkt jest na wagę złota czy awansu do pierwszej szóstki. Zdaje się, że w Gorzowie zabrakło mi raz właśnie tego jednego oczka, by dostać się do wyścigu ostatniej szansy, w którym walka idzie o uzupełnienie stawki finalistów. A to zawsze jest mój cel – wywalczyć przepustkę do wyścigu numer 21. Nie poddaję się jednak, za rok finał znów będzie w Lesznie, a więc na torze, na którym się wychowałem.
Czekamy zatem na efekt wow. Nie wiemy przecież, gdzie się znajduje Pana Everest. W przypadku Jasona Doyle’a, który też późno dojrzewał, okazał się nim „top of the world”, w Pana przypadku – „top 10 Nice 1. Ligi Żużlowej”. Na razie! Być może to jeszcze nie koniec wspinaczki.
Zgadza się. Nie wiem, co jest mi pisane. I specjalnie o tym nie myślę, przyjmuję to, co przynosi życie. Kosztami się nie przejmuję, a dopóki tak jest, dopóty walczę.
Pański powrót do PGE Ekstraligi, po dwunastu latach rozłąki z elitą, ma dla mnie pewien symboliczny wymiar, bo kiedy pojawiałem się w tym roku w Lesznie, zdarzało się, że dostrzegałem Norberta Kościucha stojącego u bramy parku maszyn. Jakby czekającego, aż ktoś go tam wpuści do środka. Do tego lepszego świata. No i wpuściły Anioły.
Mieszkam kawałek za Lesznem, 10 kilometrów od centrum, w Wyciążkowie. Z boczku, fajnie – cisza, spokój. Jedynym hałasującym jestem tam ja, w przydomowym garażu, gdzie mieści się warsztat. Wychowałem się w Lesznie, więc żyję tym żużlem, a w domu nie bardzo lubię siedzieć. Mógłbym oglądać mecze w telewizji, ale jednak zawsze wolałem z bliska. Na finał też miałem kupiony bilet.
Kupił Pan sobie bilet na mecz finałowy Fogo Unii z Cash Broker Stalą?
Tak. Niestety, spotkanie zostało przełożone, a powtórka pokryła się z moim turniejem w Grudziądzu. Ale przekazałem wejściówkę znajomemu, nie zmarnowała się.
Dopytuję, bo to rzadkość, by zawodnik kupował sobie bilety na zawody.
Ja kupuję. Dla mnie to nie problem.
Pański menedżer, Przemysław Nasiukiewicz, wspominał mi, że od kilku lat nie był Pan na wakacjach. Bo żużel… I że niekiedy przesyła fotki z siłowni o godz. 7 rano lub 22. wieczorem. A co na to małżonka?
Z tymi wakacjami to w sumie prawda. Ale! Żeby być uczciwym, muszę powiedzieć, że ostatnio seria została przerwana. Rzeczywiście nie byliśmy nigdzie na dłużej przez wiele lat, bo ja nie jestem łatwym człowiekiem. Nie lubię leżeć plackiem, nie wytrzymuję, parzy mnie szybko. Ostatnio jednak żona i córka urobiły mnie, stawiając przed faktem dokonanym. Zwabiły mnie na kawę, a przy okazji do biura podróży, gdzie wszystko już miały ustalone. Marlena mówiła „choć, wejdziemy tylko, co ci szkodzi”. No i weszliśmy. Okazało się, że nazajutrz mamy lecieć do Turcji. Żona już wcześniej załatwiła sobie urlop w pracy, a córka poinformowała koleżanki, że nie dotrze do szkoły. W efekcie na przełomie października i listopada polecieliśmy na krótkie, sześciodniowe wakacje do Turcji. Nie ukrywam, że… nie odnalazłem się, ale najważniejsze, że rodzina odpoczęła. Natomiast zimą często robimy jakieś wypady, bo wtedy można połączyć przyjemne z pożytecznym. Lena ma wakacje, z kolei ja swoją saunę, siłownię, narty. A na co dzień rzeczywiście chodzę na siłownię wcześnie rano lub późnym wieczorem, bo wtedy nie ma oblężenia i można skorzystać ze wszystkich sprzętów. Poza tym mam cały dzień do dyspozycji. Żona wie, że to znaczna część mojej pracy, którą muszę wykonać, by się w pełni przygotować do sezonu. Czasami wieczorami mi towarzyszy.
Czym się małżonka zajmuje na co dzień?
Pracuje jako pomoc księgowej, a za chwilę sama będzie księgową w jednej z leszczyńskich firm.
Dzieci?
Ola, lat piętnaście, swego czasu pływała, ale pływalnię w końcu zamknęli. Od pewnego czasu zawzięła się na naukę, a przed nią ciężki okres po „znakomitej” reformie szkolnictwa. Wie, czego chce i ile musi włożyć w to pracy, a my nie musimy nad nią stać. Natomiast sześcioletni Nikolas jeździ już na crossówce, pływa i gra w piłkę – mamy tu w Lesznie akademię Piotra Reissa. Wozimy go na treningi i nie narzekamy, zresztą sami dążyliśmy do tego, by odstawił nieco komputer i zainteresował się sportem. To dziedzina życia, która z pewnością kształtuje charakter.
Pan w jaki sposób szykuje się do sezonu?
Mamy taką grupkę zawodników z Leszna, którzy nie jeżdżą w Lesznie. Kiedyś była bardziej liczna, natomiast po zakończeniu kariery przez Rafała Dobruckiego i przekwalifikowaniu się Skóry nieco zeszczuplała. Trenujemy w Śmiglu, od lat z tym samym opiekunem, Tomaszem Frąckowiakiem i według sprawdzonego systemu. Jak się sprawdza, nie ma sensu zmieniać.
A sprzęt u kogo jest zamawiany?
U Petera Johnsa i Jana Anderssona.
Czyli z górnej półki.
Jak się chce wygrywać, to nie można oszczędzać. Jeśli do tego dojdzie, będzie to znak, że czas kończyć ze speedwayem.
Ma Pan jakieś hobby poza żużlem, jest miłośnikiem innych dyscyplin?
Zdecydowana większość mojego życia to żużel, on mnie generalnie zajmuje. Jest życie stadionowe, warsztatowe, domowe. Niektórzy myślą, że żużel to tylko pięć minut jazdy w niedzielę, ale żeby te pięć minut odpowiednio wykorzystać, trzeba się prowadzić profesjonalnie 24 godziny na dobę.
Wzór sportowca?
Za dzieciaka patrzyło się na Tony’ego Rickardssona, teraz nie mam żadnego wzorca. Skłamałbym, gdybym podał jakieś nazwisko.
Sponsorzy?
Pierwszym był Piotr Rusiecki i miło go wspominam. A teraz mam wokół siebie grupę fajnych ludzi, którzy wspierali mnie po różnych wpadkach w mało rzetelnych klubach. Pomagali zasypywać finansowe doły. Od dawna jest przy mnie Zenek Świętek, czyli firma Fachowiec, to hurtownia pneumatyczno-spawalnicza z Poznania. Wspaniały człowiek, zawsze pomocny, który jest ze mną na dobre i złe. Podobnie jak Piotr Kępka, Adrian Czapla i Kornel Ślotała.
Rozmawiał Wojciech Koerber

1 thought on “Nie odnajduję się na wakacjach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.