Główny partner portalu

Żużel. Mirosław Jabłoński: Hejt jest podatkiem od popularności. Nie myli się ten, kto nic nie robi (WYWIAD)

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W szkole mówili na niego „łysy”, bo zawsze obcinał się na krótko. Wziął to sobie chyba do serca tak bardzo, że łysym pozostaje do dziś. Mirosław Jabłoński zajęć ma pod dostatkiem. Poza żużlowym torem realizuje się również w telewizji, gdzie wspólnie z Tomaszem Dryłą komentuje spotkania dla stacji Canal+. Skąd telewizja wzięła się w jego życiu? Czy jest równie emocjonująca co starty na motocyklu żużlowym? Czego można się nauczyć komentując mecze? O tym wszystkim w poniższej rozmowie.

Mirek, jak rozpoczęła się Twoja przygoda z telewizją? Jak tam trafiłeś?

Sięgamy pamięcią dość głęboko. Po raz pierwszy zadzwonił do mnie Gabriel Waliszko, gdy reprezentowałem jeszcze barwy Włókniarza Częstochowa. Zaprosił mnie wtedy „na stołki” i od tego czasu ciągle ta współpraca jest poszerzana.

W przyszłym sezonie „wracasz” jednak czynnie do żużla. Jak sądzisz, jesteś w stanie wciąż skutecznie się ścigać? Jakie stawiasz sobie cele?

Nie nazwałbym tego moim „powrotem” do żużla, ponieważ ja nigdy z tego żużla nie wyszedłem. Nawet jeśli nie występowałem w lidze, to ostro trenowałem. Nie zaprzestałem nigdy jeździć. Indywidualnie, chciałbym wziąć udział we wszelkich eliminacjach, a moim największym marzeniem jest zakwalifikować się do finału Indywidualnych Mistrzostw Polski i zająć w nim jak najwyższe miejsce. Mam nadzieję, że przyszłoroczne rozgrywki wystartują w normalnym trybie.

Chciałbym Cię zapytać o to jak znosisz hejt. Ludzie często negatywnie postrzegają Twój styl komentowania. Na początku minionego sezonu nastąpiło apogeum nieprzychylnych komentarzy odnośnie Twojej osoby…

Wiesz co, odnośnie tej konkretnej sytuacji (to była 1. kolejka PGE Ekstraligi), to sam muszę się uczciwie przyznać, że wszystko poszło na przesadzonym luzie. Chyba w tamtej chwili miałem we krwi jeszcze czasy programu R1 i nie przestawiłem się na poważny tryb komentowania spotkań. Obejrzałem sobie później to spotkanie, które z Tomkiem Dryłą komentowaliśmy i rzeczywiście nie wyszło to tak, jak powinno. Jestem jednak człowiekiem myślącym i wyciągam wnioski z tego, co robię. A co do hejtu, to może powiem krótko… Hejt jest podatkiem od popularności, a nie myli się ten, kto nic nie robi. Ja w tym jednym przypadku byłem zbyt wyluzowany i zdaję sobie z tego sprawę. Na antenie jestem sobą i wiadomo, że komuś może się to nie podobać. Nie jestem jednak zupą pomidorową i nie każdy musi mnie lubić. W dobie mediów społecznościowych każdy może w łatwy sposób wylać na kogoś pomyje, nawet bez podawania imienia. Kibice nie są świadomi faktu, że większość zawodników ma ludzi od prowadzenia social mediów i nie czytają komentarzy.

Kibice kibicami. Dało się również zauważyć, że co niektórzy dziennikarze czasami bywają Tobie nieprzychylni, delikatnie rzecz ujmując. Jak myślisz, dlaczego tak jest?

Hmmm… Przede wszystkim raczej nie czytam takich rzeczy i kompletnie się tym nie przejmuję. Czasami znajomi podsyłają mi linki do wyjątkowo śmiesznych i nieprawdziwych artykułów o mnie. W dobie dziennikarstwa internetowego każdy może zostać „dziennikarzem”, nie mając pojęcia o sporcie. Tacy ludzie piszą zmyślone rzeczy tylko po to, aby zdobyć jak najwięcej klików i zrobić pseudoaferę. Prawdziwe artykuły są nudne, a wymyślone afery, sensacje wyssane z palca sprzedają się jak ciepłe bułeczki. Kiedyś nawet poprosiłem o sprostowanie pewnego wywodu na mój temat, ale okazało się ono być tak ukryte na stronie internetowej, że tylko detektyw byłby w stanie je odszukać (śmiech). Dziś wiem, że nie ma to najmniejszego sensu. Wydaje mi się, że co niektórzy chcieliby być na moim miejscu.

Zawsze interesowało mnie to, jak wygląda Wasz wspólny wyjazd z Tomkiem Dryłą na zawody. Domyślam się, że to nie jest tak, że spotykacie się tuż przed meczem i „tylko” komentujecie…

To też nie jest tak, że jeżdżę tylko z Tomkiem. Cała ekipa zbiera się na taki wyjazd. A z samym Tomkiem taki dobry kontakt złapaliśmy w Australii, gdzie przez dwa tygodnie jeździliśmy na motocyklach zwiedzając ten kontynent. Zauważyliśmy wtedy, że nadajemy na tych samych falach, mamy wiele wspólnych tematów i w ten sposób „zbliżyliśmy się do siebie” (śmiech). Owszem, widzimy się dużo wcześniej przed danymi zawodami, czasami organizowane są „nasiadówki”, ale paradoksalnie staramy się ze sobą wtedy rozmawiać jak najmniej. A dlaczego? Bo gdybyśmy omówili wszystko już wcześniej, to podczas komentowania meczu nie byłoby spontaniczności, która też jest potrzebna. Więc jeśli chodzi o integrację, to prędzej po zawodach aniżeli przed (śmiech).

Przejdźmy już konkretnie do Twojej osoby. Jak w ogóle zaczęła się Twoja przygoda z żużlem? Czy to była Twoja decyzja, czy ktoś Ci w niej pomógł?

Żużel u nas w domu obecny był od zawsze, ze względu na starszego brata i to do tego stopnia, że nawet jego motocykl stał w domu, ponieważ nie było gdzie go trzymać. Ja od dziesiątego roku życia we wszystkim mu pomagałem. Interesowałem się budową motocykla, wszędzie mnie było pełno. Trudno więc było się tym nie zarazić. Krzysztofowi rodzice próbowali zabronić jazdy na żużlu, ale w końcu udało mu się ich przekonać. Ja zatem, jakby z automatu z rodzicami miałem już łatwiej.

A jaką miałeś ksywkę w szkole?

O kurde, w sumie miałem ich kilka, ale najdłużej utrzymywało się chyba „łysy” (śmiech). Ja od zawsze strzygłem się na tak zwane „zero” i jak widać, tak jest do dziś. Czasami wołali jeszcze per „Jabol”. Te dwie ksywki najbardziej do mnie przylgnęły.

Kiedyś przebrałeś się za kobietę. Skąd pomysł? To była jakaś specjalna okazja?

Ano był sobie Sylwester, niezapomniany zresztą. Temat przewodni imprezy to były przebrania. Kobiety miały przebrać się za mężczyzn i odwrotnie. Chciałem dobrze wypaść i zrobić z siebie ekstraligowy model kobiety. Poszedłem do lumpeksu, zakupiłem strój i dalej już poszło. Największy problem był ze szpilkami, ponieważ ciężko znaleźć je w rozmiarze 44. Gdy się przebierałem w przebieralni to śmiałem się sam z siebie, a ludzie bardzo dziwnie się na mnie patrzyli. Ale wyszło super.

Jak już w temacie żartów jesteśmy, to opowiedz najzabawniejszą historię jaka Cię spotkała, w telewizji czy w trakcie kariery sportowej…

Wbrew pozorom to jest mega trudne pytanie, bo tych historii jest cały worek. Ale największy numer wywinął mi Tomek Dryła, pokazując przeróbkę mojego zdjęcia w programie R1. Spontanicznie zwyzywałem go wtedy na wizji. Dobrze, że oboje mamy dystans do siebie. Ten program zapamiętam do końca życia. Oprócz tego, rok temu w Vojens komentowaliśmy z Tomkiem Grand Prix. Po którymś biegu „oddaliśmy” głos do studio i myśleliśmy, że już nas nie słychać. Wiadomo, przeszliśmy na nieco luźniejszy tryb rozmowy. Okazało się, że wystąpiły problemy techniczne i słychać nas było bardzo dobrze, wciąż na wizji. Na szczęście coś wówczas nad nami czuwało, nie używaliśmy żadnych niecenzuralnych słów (śmiech).

Czego nauczyła Cię praca w telewizji? Oprócz oczywiście dystansu do siebie…

Tak najbardziej, to chyba rozbierania żużla na czynniki pierwsze. Jako zawodnik, czy kibic nie jesteś w stanie dostrzec pewnych rzeczy, niuansów. W telewizji uczysz się bycia ekspertem, analizując krok po kroku daną sytuację czy dane zachowanie. Nie ukrywam, że jest to bardzo przydatne i pewne rzeczy, które gdzieś tam pracując dla telewizji wypatrzyłem mogę teraz wykorzystać jeżdżąc na żużlu.

A czy masz już sprecyzowane plany na to, co będziesz robił po zakończeniu kariery sportowej?

Planów, a raczej pomysłów mam mnóstwo. Ale nie wiem jeszcze, na który z nich się zdecyduję. Mam wykształcenie, skończyłem studia na kierunku wychowanie fizyczne. Chciałbym móc kiedyś to wykorzystać. Zawsze uwielbiałem sytuacje, gdy mogłem natchnąć ludzi do uprawiania sportu. Być może właśnie w tym kierunku pójdę. Gdy mój syn był młodszy i bawił się z dzieciakami na podwórku, to ja często organizowałem im czas, rozgrywaliśmy mecze, przeciągaliśmy linę. Robiliśmy wszystko, co związane ze sportem.

Gdybyś mógł teraz cofnąć czas, to zmieniłbyś coś w swojej karierze?

Oczywiście. Mam coś takiego. Gdybym teraz mógł, to zdecydowanie wcześniej poszedłbym do Ekstraligi. Dziś wiem, że aby się rozwijać, stawać się najlepszym w tym, co się robi, to trzeba rywalizować z najlepszymi. Ja zbyt długo utknąłem na zapleczu i później było już „pozamiatane”. Dlatego polecam młodym „rajderom” jak najszybciej dobijać się do bram najwyższej ligi.

Praca w telewizji jest równie emocjonująca co jazda na żużlu?

Nie jest to łatwe do porównania. Jednak są takie momenty, również w telewizji, że zdarza się uronić łezkę. Oprócz tego, że jestem żużlowcem, komentatorem, to jestem przede wszystkim Polakiem. Możliwość komentowania, wspólnie z Tomaszem Gollobem turnieju Grand Prix, podczas którego Bartosz Zmarzlik zdobywa tytuł mistrza świata to jest coś niesamowitego. Emocje jakie temu towarzyszą są nie do opisania. Czujesz się, jakbyś tam był i wspólnie z nim przeżywał te wspaniałe chwile. Wracając do pytania – owszem, zdarza się, że praca w telewizji jest niezwykle emocjonująca.

A kto wymyślił Młodego Junaka? Czy osoby, które zapraszacie do programu chętnie zgadzają się wziąć udział?

To był nasz wspólny pomysł z Tomkiem Dryłą. Siedliśmy przy stole, na kartce papieru wyrysowaliśmy jak miałoby to wyglądać. Tomek namalował slalom na motorynce. Z tym „profesjonalnym” projektem poszedł do telewizji i zatwierdzili projekt. Zdało to egzamin, oglądalność jest na wysokim poziomie, więc jesteśmy zadowoleni. Chyba dwa razy zdarzyło się, że ktoś nam odmówił, ale nie będę tego komentował. Z reguły każdy zgadza się wziąć udział. Niektórzy sami proszą nas o zaproszenie.

Z Tomaszem Dryłą stanowicie duet już prawie legendarny. Twój śmiech też już jest powszechnie znany. To jest wyuczony na potrzeby telewizji czy naturalny odruch?

Tego nie da się wyuczyć (śmiech). Każdy, kto mnie zna ten wie, że ja się zawsze śmieję i jestem do tego szczery. Jeżeli tak się śmieję, to jest to naturalne. Tego nie da się udawać. Ja jestem pogodną osobą i wolę śmiech niż użalanie się nad sobą. Śmiech to zdrowie. Niektórych to boli, że potrafię śmiać się nawet sam z siebie. Trzeba mieć dystans do siebie.

Masz syna, który również próbuje swoich sił na żużlu. Jak sądzisz, jakie ma perspektywy? Namawiałeś go do żużla?

Wręcz odwrotnie. Ja robiłem wszystko, aby Mateusz nie jeździł na żużlu. Odradzałem mu to. On nie miał kontaktu z żadnym motocyklem do trzynastego roku życia, raz tylko w wieku pięciu lat na takim siedział. A jak to się zaczęło? W bardzo oryginalny sposób. U nas rodzinie jest tak, że dzieciaki piszą tak zwane „listy do gwiazdora”, w których wymieniają, co chciałyby dostać na prezent. Mój syn napisał do wszystkich, że jego wymarzonym prezentem będzie zgoda rodziców na uprawianie żużla… No i jak miałem się nie zgodzić? Oczywiście szanuję jego wybór. Będę starał się pomagać mu na tyle, na ile potrafię.

Czy udało Ci się zarobić na tym sporcie tyle, aby nie martwić się o przyszłość?

To jest temat rzeka. Kiedyś bywało tak, że zaległości klubu wobec zawodnika sięgały wielu tysięcy złotych. Ja tak miałem w pewnym klubie. Finalnie tych pieniędzy się nie widzi. Robi się inwestycje, ma się stałe wydatki na serwis, mechaników i tylko wydaje ci się, że na zimę z tego kontraktu coś zostanie. Potem okazuje się, że zostajesz z długami, które w kolejnych latach trzeba będzie spłacić. To jedna kwestia.
Druga to same zarobki. Pozostawmy PGE Ekstraligę, bo to inny poziom. Jednak w niższych ligach, jak choćby 1. Lidze zarabia się dużo mniej. Uwierzcie mi, że gdybym dostał w Gnieźnie ofertę normalnej pracy za 6 czy 7 tysięcy miesięcznie, to wyszedłbym na tym korzystniej finansowo aniżeli jeżdżąc na żużlu. Jednak jest jeszcze coś takiego jak pasja i miłość do tego, co się robi. Choćbym chciał odejść, to i tak ciągnęłoby mnie, aby do żużla wrócić.

A powiedz mi, jak zostałeś ambasadorem Syngenty? Bo podobno z tym wiąże się zabawna historia.

Haha, zgadza się, ambasadorem Syngenty zostałem, jakby to powiedzieć, przez własną „głupotę”. Nakleiłem sobie kiedyś na puszkę po napoju energetycznym naklejkę z napisem „szukam sponsora”. Zrobiłem to dla żartu, ponieważ zauważyłem, że wszyscy żużlowcy chodzą na prawo i lewo z napojami energetycznymi. Napisałem sobie na szarej taśmie powyższy napis, przykleiłem do puszki. Zostało to dostrzeżone przez Agnieszkę Jazikowską, która działa wspólnie z Syngentą. W ten sposób doszło do tego, że nawiązaliśmy współpracę.

Ostatnie pytanie. Co przekazałbyś młodym chłopakom, którzy rozpoczynają dopiero swoją przygodę z czarnym sportem?

Na pewno, aby byli uparci, zdeterminowani i nie zrazili się ciężką pracą. Żużel bez wątpienia jest ciężkim kawałkiem chleba, a pierwsze kroki bywają najtrudniejsze i łatwo się zniechęcić. Wiem, że wielu młodych chłopaków próbuje i szybko rezygnuje, bo ich to przerasta. Potrzeba szczęścia i odpowiednich osób wokół siebie. Do tego nieodzowna jest „twarda” głowa i determinacja, jak wspomniałem wcześniej. Nie ma rzeczy niemożliwych. Pracowitością i zaangażowaniem można osiągnąć najwyższe cele.

Dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję.

Rozmawiał SEBASTIAN SIREK

8 komentarzy on Żużel. Mirosław Jabłoński: Hejt jest podatkiem od popularności. Nie myli się ten, kto nic nie robi (WYWIAD)
    Slawek
    14 Nov 2020
     10:56am

    Stwierdzam że Jabola lepiej się czyta, niż słucha i ogląda 😀. Fakt, jest to człowiek pogodny, powiedziałbym aż za bardzo pogodny. Nie mam zdania, czy nadaje się na komentatora czy też nie, ale na jego miejscu dałbym sobie spokój z wyczynowym sportem.

    Żużel. Huckenbeck w Landshut! "Pomożemy naszym rodakom w polskiej lidze" | PoBandzie
    14 Nov 2020
     12:52pm

    […] Żużel. Mirosław Jabłoński: Hejt jest podatkiem od popularności. Nie myli się ten, kto nic nie… Łukasz Malaka […]

    Ja
    14 Nov 2020
     3:10pm

    Mirek, rób swoje i nie przejmuj się hejterami. Jesteś mega pozytywny gość, mecze bez Ciebie i Drylsona to już nie jest to. Powodzenia na torze i mam nadzieję, że z komentatorki nie zrezygnujesz.

Skomentuj

8 komentarzy on Żużel. Mirosław Jabłoński: Hejt jest podatkiem od popularności. Nie myli się ten, kto nic nie robi (WYWIAD)
    Slawek
    14 Nov 2020
     10:56am

    Stwierdzam że Jabola lepiej się czyta, niż słucha i ogląda 😀. Fakt, jest to człowiek pogodny, powiedziałbym aż za bardzo pogodny. Nie mam zdania, czy nadaje się na komentatora czy też nie, ale na jego miejscu dałbym sobie spokój z wyczynowym sportem.

    Żużel. Huckenbeck w Landshut! "Pomożemy naszym rodakom w polskiej lidze" | PoBandzie
    14 Nov 2020
     12:52pm

    […] Żużel. Mirosław Jabłoński: Hejt jest podatkiem od popularności. Nie myli się ten, kto nic nie… Łukasz Malaka […]

    Ja
    14 Nov 2020
     3:10pm

    Mirek, rób swoje i nie przejmuj się hejterami. Jesteś mega pozytywny gość, mecze bez Ciebie i Drylsona to już nie jest to. Powodzenia na torze i mam nadzieję, że z komentatorki nie zrezygnujesz.

Skomentuj