Główny partner portalu

fot. PKO BP Ekstraklasa
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Zapraszamy na drugą część subiektywnego felietonu Przemysława Sierakowskiego, w którym autor w bezkompromisowy sposób ocenia stan polskiej piłki, a także postawę polskich klubów w europejskich pucharach.

 

W LM Legia – krajowy klub milionerów – znowu bez sukcesu. Tylko Mioduskiego żal. Które to już podejście? W Lidze Europy, drugiej, acz znacznie mniej sowicie wynagradzanej i znacznie mniej prestiżowej, Pogoń udało się „pogonić” już w pierwszym podejściu, przedwstępnym ma się rozumieć. Oni też nie sprostali. Przepadli. W odróżnieniu od warszawian – na dobre. Nic im zostało na osłodę. O Śląsku było już w poprzedniej części. Ta „Konfederacja”, czy jak to zwą, to nowy, trzeci twór UEFA. Zobaczymy jak się przyjmie. Znaczy – wrocławianie już nie zobaczą. W grze pozostał słaby piłkarsko, z brakami jakościowymi, ale ambitny, wybiegany, gryzący trawę Raków Częstochowa. Na nich przynajmniej patrzy się dobrze, choć koszmarne pomyłki doprowadzają czasami do wrzenia. Jak czajniczek z gwizdawką. No i ta Legia. Już tylko europejskie ochłapy. Nie dla psa kiełbasa.

W rzekomo polskich klubach Polaków jak na lekarstwo. Tych naturalnie wyróżniających się i decydujących o obliczu zespołów. O młodych-zdolnych już przez grzeczność nie wspomnę. Zachodni skauci wyrywają perełki ze szkółek i akademii na potęgę, zanim te zaczną „się nazywać”. Co pominą lub przeoczą, to już po dwóch trzech błyskach w Ekstraklasie znika, Skaczą tedy w przepaść za kasą. Kompletnie do tego skoku nieprzygotowani. Nie żeby śniło się trwałe podniesienie poziomu, czy światowa kariera. Głównie dla mamony. Liczy się tu i teraz. Mam swoich pięć minut, zatem teraz albo nigdy. Potem wracają po kilku sezonach z podkulonym ogonem różne Janczyki, Nowaki, Kapustki, czy inne Żyra. I dogrywają po opłotkach. Albo pozarabiają trochę, ile się uda, nie będąc przy tym żadnymi gwiazdami swoich średnio mocnych zespołów, próbując trwać jak najdłużej się tylko da na „lepszym”, wyższym poziomie finansowym. Wpadają w szpony pazernych menadżerów i robią co mogą, by jeszcze odrobinę odłożyć w skarpetę. Potem przez pięć sześć lat zagra taki dwa razy do roku ogony w podrzędnych, nieważnych spotkaniach o warzywo, sporadycznie coś mu wpadnie i dossieu „puchnie”.

Gdyby to dotyczyło rodzimej ligi. Takiej Pogoni czy Śląska – nikt by się nie zająknął. Nawet nie zatrzymał nad taką pozycją w piłkarskim życiorysie. Jeśli zaś w zestawie figurują kluby z Niemiec, Anglii, Włoch czy Rosji – zawsze ktoś da się nabrać. To kusi, niezależnie od szczebla rozgrywek i renomy zespołu. Bo zwykle tuzy tamtejszych lig to nie są. Spójrzcie choćby na Rybusa, Kownackiego, Linettego, Klicha, Krychowiaka, czy Bereszyńskiego. To nieustająca walka o przetrwanie w lepszym świecie. A gdzie są dziś Teodorczyk, Frankowski, czy nawet waleczny Góralski? Po paru latach tułaczki wracają do Polski dorobić do emerytury jako „gwiazdy” różne Mączyńskie, Salamony, Bilińskie, Sobiechy i inne takie „talenty” z przeszłością, głównie medialną, po przejściach i bez perspektyw nigdzie indziej.

I tu jawi się kolejny niezbyt budujący wniosek. Ekstraklasa to liga emerytów i bardzo przeciętnych „udawaczy-obcokrajowców”. Do tego jak na oferowaną jakość piłkarskich usług, mocno przecenianych. Popatrzcie na ostatnie Euro. Z naszej ligi do obcych reprezentacji załapało się raptem trzech na krzyż, zaś ogony w pojedynczych meczach o nic dogrywali nieliczni. To pokazuje poziom rozgrywek. Mamy geriatrię i drugi, często trzeci sort ze słabszych finansowo nacji. Skoro Kamil Wilczek, rzekomo nie nadający się do reprezentacji Polski, bryluje na duńskich boiskach, będąc tam gwiazdą, to nie ma logicznie uzasadnionej możliwości, by którykolwiek z pozostałych w kraju Hamleta grajków – bo ci lepsi, rokujący, dawno czmychnęli do lepiej płatnych lig – okazał się odkryciem Ekstraklasy. By dał jakość, wyższy poziom i powiew świeżości. To nie jest górna, duńska półka. Nawet często niekoniecznie środkowa. To następny przereklamowany i przepłacony przeciętny wyrobnik. Czasem trafi się ktoś z dobrym nazwiskiem, ale to po przejściach, zwykle takich „Kowalczykowych”.

Bo trzeba wam wiedzieć, że piłka i alkohol są nierozłączne jak Pat i Mat. Zawsze weselej, acz ze skutecznością na bakier. Nasi bossowie chętnie przepłacają, licząc na cud zmartwychwstania, bo to oczywiście ludzie z drogich stajni jeszcze droższych menadżerów. Może więc lepiej wrócić do czasów sukcesów Górnika, Wisły czy Widzewa, gdy kręgosłup drużyny stanowili Polacy? Przynajmniej taniej wyjdzie. Zamiast napychać kieszenie menadżerom i pseudo futbolistom niezasłużoną kasą, zbudować trzon ekipy na bazie rodzimych kopaczy. Oczywiście to złożony proces, nic nie wydarzy się w rok, czy nawet pięć lat. Zburzono wszystko, trzeba więc budować od podstaw.

Przemysław Sierakowski