lotto partner główny serwisu
GBSBank
pon. Gru 16, 2019
wlodzimierz-luczak-wykonczenia-wnetrz

Marek Stachowicz i Piotr Protasiewicz - "małżeństwo" z 23-letnim stażem.

Marek Stachowicz: Umowy pisemne są nam potrzebne tylko dla porządku w firmie

O takich sponsorów w żużlu naprawdę niezwykle trudno. Są przy tym sporcie latami i wciąż finansowo wspierają wybrańców, pomagając indywidualnie zawodnikom lub też zespołom. Poniżej rozmowa z Markiem Stachowiczem, prezesem firmy Pentel, która w sezonie 2020 będzie wspierała Piotra Protasiewicza 23. sezon z kolei! Tak długi staż dobitnie pokazuje, że obie strony połączył nie tylko biznes, ale coś więcej. Gruba nić przyjaźni. Jak współpraca się zaczęła, jak te relacje wyglądają? 

Panie Marku, przez 23. kolejny sezon będziecie Państwo sponsorowali Piotra Protasiewicza. Ta współpraca to układ sponsor – zawodnik czy już może relacja na stopie przyjacielskiej, wręcz rodzinnej?

Tak naprawdę jedno i drugie. Na początku naszej współpracy był to układ sponsor – zawodnik. Z latami relacja przerodziła się w stosunki przyjacielskie i nie zawaham się użyć tego słowa – wręcz „rodzinne”. Chcę podkreślić, że Piotr przez te wszystkie lata współpracuje w bardzo profesjonalny sposób. Wypracowaliśmy przez lata do siebie zaufanie. Jeśli coś ustalamy, to tak jest. Umowy pisemne potrzebne są nam tylko po to, aby w księgach firmy był porządek. Co by tu nie powiedzieć, ponad połowa życia Piotra związana jest z naszą firmą, tak więc przez te lata nawzajem nauczyliśmy się siebie. 

Kiedy zaczął się Pan interesować żużlem?

Zainteresowanie sportem żużlowym przyszło raczej późno. To był początek lat 90. ubiegłego wieku. Jak pamiętamy, wówczas żużel był w Bydgoszczy sportem numer 1 i w dobrym tonie było pojawić się w niedzielę na trybunie głównej Polonii, która w tamtych czasach – dzięki m.in. Tomkowi Gollobowi, Samowi Ermolence, śp. Zdzisławowi Ruteckiemu i innym zawodnikom zdobyła w 1992 roku złoty medal DMP. Wtedy też pojawił się pomysł zostania sponsorem, oczywiście w drobnym tego słowa wymiarze. To były inne czasy, przaśne stadiony, przaśne stroje polskich zawodników i na ich tle błyszczący „stranieri”, jak się wtedy określało zawodników z zagranicy, w kolorowych skórzanych kombinezonach z logotypami światowych firm. Różnica była wtedy jeszcze spora.

Często bywa Pan na zawodach żużlowych?

Przyznam, że z wiekiem człowiek staje się coraz bardziej wygodny. W mijającym sezonie obejrzałem trzy mecze ligowe na żywo. Nie ukrywam również, że duży wpływ na to, iż tak rzadko bywam na żużlu, ma telewizja, która relacjonuje zawody ligowe na żywo. Wszystkie mecze ligowe są transmitowane w tv, jakość relacji z każdym rokiem rośnie i jedyne czego mi brakuje, oglądając transmisję w domowym zaciszu, to zapach metanolu.

Denerwuje się Pan, oglądając występy Piotra?

Oczywiście, jest to naturalne, że się denerwuję. Znam Piotra oraz jego rodzinę i wiem, co przeżywają, a żużel jest przecież sportem niezwykle urazowym. Można mówić komuś, że na jednym wyścigu, czy meczu świat się nie kończy, ale gdy czterech gości staje pod taśmą, to każdy chce wygrać. Patrząc z perspektywy czasu, to poprzez wprowadzenie dmuchanych band zawodnicy pozwalają sobie na torze na więcej aniżeli kiedyś, przynajmniej ja tak uważam.

Jak doszło do współpracy z Panem Piotrem Protasiewiczem? Co o tym fakcie wówczas zdecydowało? Zawodnik znalazł Pana czy Pan zawodnika?

Z Piotrem spotkaliśmy się po zakończeniu jego pierwszego sezonu w Bydgoszczy. Byliśmy wtedy sąsiadami, nasza firma wynajmowała biura i magazyn od tej samej osoby, od której Piotr wynajmował tuż obok mieszkanie. Pewnego dnia postanowiłem za pośrednictwem właściciela budynku zaprosić Piotra na kawę. To był początek 1998 roku. Po kilku spotkaniach udało nam się dojść do porozumienia i w marcu tego samego roku Piotr wystartował w Kryterium Asów Polskich Lig Żużlowych już z logo Pentela.

Marek Stachowicz z Piotrem Protasiewiczem

W przyszłym roku mijają 23 lata, od kiedy wspierają Państwo Piotra Protasiewicza. Rozumiem, że współpraca z roku na rok jest przedłużana niejako z urzędu…

Czas płynie nieubłaganie szybko… Tak, to już 23 lata. Mam nadzieję, że dotrwamy do równych 25 lat, co będzie chyba rekordem we współpracy na linii zawodnik – sponsor. Czy robimy to z urzędu? Może tak to wygląda z zewnątrz, ale zanim decydujemy się powiedzieć „tak” na kolejny sezon, zawsze robimy w firmie analizę czy mamy na to środki. Jako przedsiębiorca z prawie 35-letnim stażem nigdy nie składam zobowiązań bez pokrycia w myśl zasady, że jakoś to będzie.

Czy przez te lata mieli Państwo dużo propozycji współpracy ze strony innych zawodników? Jak doszło do sponsorowania Tony’ego Rickardssona przez firmę Pentel? Po latach może Pan zdradzić przybliżone koszty wspierania mistrza świata? 

Żużlową współpracę sponsorską tak naprawdę rozpoczęliśmy od Tomka Kornackiego, kilka lat przed Piotrem, ale to były inne czasy i zupełnie inny budżet mieliśmy wówczas do dyspozycji. Owszem, mamy cały czas wiele zapytań odnośnie nowych form współpracy. Zawsze jednak odpowiadam, że nie chcemy się rozdrabniać. Z Tonym Rickardssonem sprawa wyglądała nieco inaczej. Tomek Suskiewicz, który swego czasu pracował i z Kornackim, i z Protasiewiczem, więc się dobrze znaliśmy, zapytał mnie, czy nie chciałbym wykupić reklamy u Tony’ego na ligę polską. Wtedy w Grand Prix próbowano organizować teamy składające się z dwóch zawodników, takie jak np. Jason Crump – Krzysztof Cegielski. Sądziłem, że można o czymś takim pomyśleć na linii Tony Rickardsson – Piotr Protasiewicz. Jednak żużel to nie F1 i pomysł został ostatecznie zaniechany. A co do kosztów wspierania mistrza świata – nie chcę mówić o kwotach, ale była ona wówczas do zaakceptowania dla obu stron.

Tony Rickardsson z reklamą firmy Pentel

Często można  spotkać reklamę firmy Pentel również na bandach klubów, w których Piotr startuje czy startował. Pomoc klubom, w których startuje Piotr Protasiewicz, to też swego rodzaju tradycja?

Dla pełnej jasności sprawy – zawsze Piotr pojawiał się pierwszy w danym klubie, a później my wchodziliśmy z reklamą. Nie chciałbym, aby zostało to zrozumiane tak, że sponsor coś załatwia zawodnikowi. Nasz udział we wsparciu danego klubu, w którym Piotr aktualnie startuje, postrzegamy w kategoriach wzmocnienia wizerunku marki Pentel. 

Czego Pana zdaniem brakuje Panu Piotrowi, aby zostać indywidualnym mistrzem świata?

Czasu, bo obaj, Piotr i ja, mamy tę świadomość, że bliżej już niż dalej do zakończenia kariery. Szkoda roku 2011, kiedy Piotr dostał się do Grand Prix  2012. Niestety, ówczesne przepisy ekstraligi narzucały, by w sezonie 2012 tylko jeden zawodnik z klubu mógł startować w cyklu mistrzostw świata. Piotr wybrał wtedy klub lub jak kto woli, klub zielonogórski wybrał zawodnika zagranicznego, który wystartował w Grand Prix. Dla przypomnienia – był to tylko jeden sezon, gdzie obowiązywała ta zasada, od 2013 nie było już ograniczeń. Piotr był wtedy w tzw. ”gazie”, dojrzał jako zawodnik i kto wie jak by się dla niego skończył sezon 2012, gdyby jednak w GP wystartował. Wszyscy dobrze wiemy, że Piotrowi starty w Grand Prix chwały nie przyniosły, ale do tych rozgrywek trzeba dorosnąć. Jednym zawodnikom przychodzi to szybciej, innym wolniej. Ja również, patrząc z perspektywy czasu, zadania Piotrowi nie ułatwiałem. Jeździłem prawie na każde zawody i spędzałem je w parkingu. Wydawało mi się wtedy, że jestem niezbędny, wręcz potrzebny. No cóż, swoją obecnością zwiększałem tylko presję na wynik, bo wiadomo – sponsor patrzy i płaci… Dziś wiem, że miejsce dla sponsora jest na trybunie albo przed TV. Owszem, można przyjść do parkingu, ale po zawodach i pogratulować lub pocieszyć zawodnika. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. To już ponad 10 lat, jak nie byłem w parkingu przed zawodami żużlowymi…

Pamięta Pan jakieś charakterystyczne wydarzenia podczas współpracy z Piotrem Protasiewiczem? Czy był kiedyś moment, że przedłużenie umowy stało pod znakiem zapytania?

Czy był taki moment, że przedłużenie umowy stało na włosku? Owszem, był, ale nie czas i miejsce, by o tym teraz mówić. Piotr kiedyś się odgrażał, że jak skończy jeździć to napisze książkę, może wspomni o tym… Natomiast ja nie mogę wybaczyć Piotrowi jednego: otrzymał kiedyś od nas taki ładny różowy bidon z Myszką Miki, ale nie chce go używać i nie potrafię tego z nim przewalczyć. Kompletny brak subordynacji z jego strony (śmiech -dop. red.).

Piotr Protasiewicz kontra Tomasz Gollob.

Gdyby miał Pan scharakteryzować Piotra Protasiewicza jako człowieka i jako zawodnika to…

Piotr to profesjonalista w każdym calu. Patrząc od strony sportowej, czasem za bardzo chce, a wtedy nie zawsze wszystko wychodzi. Prywatnie to  przykładny mąż i ojciec dwójki wspaniałych dzieci: Olivii i Piotra Jr. To, co traci w sezonie, zawsze nadrabia po jego zakończeniu w budowaniu więzi rodzinnych.

Czy liczył Pan kiedyś, ile w ciągu tych 22 lat przeznaczył Pan środków  na sport żużlowy?

Po co się denerwować, lepiej nie liczyć (śmiech – dop. red.). Z drugiej strony, patrząc na chłodno na ilość ekspozycji Piotra w mediach, to gdyby chcieć to samo wykupić w cenach rynkowych, byłaby to zapewne kwota znacznie wyższa. Moim zdaniem sponsoring jest lepiej odbierany niż wykupienie zwykłej reklamy, ponieważ za sponsoringiem idą emocje, relacje, jest o czym rozmawiać z klientami. Oczywiście to nie jest tak, że nie liczymy pieniędzy, pracujemy w oparciu o budżety i staramy się wydawać pieniądze na marketing w rozsądny sposób. Niestety nie wszyscy nasi klienci są sympatykami żużla, w związku z tym musimy również alokować środki na inne kanały dotarcia do klienta.

Marek Stachowicz z synem Pawłem

Czy po zakończeniu kariery przez Pana Piotra firma Pentel będzie obecna w tym sporcie, czy odejdzie razem z nim?

Trudno to w tej chwili przewidzieć. Rynek bardzo szybko się zmienia, ogromnego znaczenia nabiera e-commerce i to tam musimy coraz więcej inwestować w reklamę. Poza tym zastanawiam się, czy taka współpraca na linii zawodnik – sponsor będzie za kilka lat możliwa. Jak zapewne pan wie, ekstraliga co roku zmniejsza zawodnikom powierzchnię miejsc reklamowych, które są do ich dyspozycji, nakładając jednocześnie na zawodników coraz to nowe obowiązki i rozszerzając katalog kar. Tak więc możemy dojść do sytuacji, że takiej możliwości bezpośredniej współpracy nie będzie lub będzie bardzo ograniczona. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że obostrzenia te dotyczą tylko rozgrywek ekstraligowych, jednak nasza liga jest transmitowana w TV, co jest dla potencjalnych sponsorów kuszące. Pozostają jeszcze inne rozgrywki: GP czy SEC, ale to już jest dla wybranych i dobrze o tym wiemy jak ciężko się tam dostać. Owszem, zawsze będzie możliwość współpracy poprzez klub, ale tu już trudniej będzie budować wzajemne relacje z danym zawodnikiem, skoro środki idą na całą drużynę.

Często ze sobą rozmawiacie?

Nie wiem czy często, ale mamy ze sobą kontakt, czasem po zawodach wystarczy z mojej strony sms z uśmiechniętą lub smutną buźką i to wystarczy. My rozumiemy się bez słów. Czasem trzeba porozmawiać, telefonicznie lub też osobiście. Piotr od kilku lat nie mieszka w Bydgoszczy, ale chętnie odwiedza to miasto i okolice, a przy okazji, jeśli się uda zgrać nasze kalendarze, to odwiedzi mnie w firmie lub w domu.

Jakąś zabawną historię, którą przeżyliście razem, jest Pan w stanie przytoczyć?

Było ich wiele, pozwolę sobie wspomnieć o jednej z pierwszego roku naszej współpracy. Otóż zawodnicy mieli wtedy całkowitą dowolność w doborze kolorystyki strojów. I tak tuż przed rozpoczęciem sezonu (rok 1998) Piotr wpada do naszej firmy cały z siebie zadowolony, aby pochwalić się nowym kombinezonem, gdzie dominującym kolorem był… intensywny róż (!). Aby było weselej, to na tym różu pojawiły się czerwone logotypy naszej firmy. Może i z bliska wyglądało to OK, ale już z kilku metrów, by nie użyć brzydkich słów – po prostu słabo, jedna różowa plama z czymś naszytym w kolorze czerwonym na białej podkładce. Aby nie było wątpliwości, ten kombinezon kosztował majątek, a szyty był przez renomowaną firmę z Danii. Do dziś Piotrowi żartobliwie dokuczam, musi jakoś z tym żyć (śmiech – dop. red). Na szczęście kombinezony na kolejne sezony wymagały coraz mniejszej mojej interwencji, a Piotr zaczął zgarniać tytuły Mistera Elegancji w plebiscycie Tygodnika Żużlowego.

Jak Pan sądzi, ile lat jeszcze Piotr będzie startował na żużlu? 

Piotr ma ważny kontrakt jeszcze na rok. Czy będzie dalej jeździł? Decyzja należy do niego. Moim zdaniem decyzja o zakończeniu przygody z ligą szwedzką powinna tylko zaprocentować. Patrząc na ostatnie kilka lat to większość kontuzji przytrafiała się Piotrowi właśnie w Szwecji, one go później mocno wyhamowywały. Niestety PESEL-u się nie oszuka. Inaczej wygląda regeneracja zawodnika przed trzydziestką, a inaczej zawodnika tak dojrzałego jak Piotr. Ponadto dla wielu sportowców, i to nie tylko żużlowców, problemem jest zakończenie kariery i brak pomysłu na to, co dalej i nie jest to łatwy okres. Jestem przekonany, że w przypadku Piotra to on ma już pomysł na życie po żużlu, a wiem coś o tym, ponieważ czasem o tym rozmawiamy.

Gdyby Piotr nie uprawiał żużla, w jakiej dyscyplinie miałby szanse na sukcesy? 

Piotr znakomicie jeździ na nartach, dobrze gra w piłkę, miał sukcesy w kartingu. Wybrał jednak żużel i moim zdaniem to była dobra decyzja. Gdy przestanie ścigać się na torze, widzę dla niego dużą szansę w… polityce. Ministerstwo Sportu i Turystyki potrzebuje ludzi inteligentnych, energicznych, pozytywnie myślących. I taki właśnie jest Piotr.

Piotr Protasiewicz w barwach Falubazu.

Jak Pana zdaniem zmienił się sport żużlowy na przełomie tych 22 lat?

Podobnie jak nasz kraj, przeszedł transformację, jeździmy po coraz lepszych drogach, nasze miasta pięknieją. I tak samo jest w żużlu, który się bardzo sprofesjonalizował. Kiedyś zawodnik był tak zwanym „wszystko w jednym” – kierowcą, mechanikiem, negocjatorem, sam musiał pilnować serwisów sprzętu. Jak ktoś miał tunera z zagranicy, to wyjazd do takiego fachowca oznaczał kilkudniową eskapadę. Dziś dzięki rozwiniętej logistyce można bez ruszania się z domu w trzy dni robocze wysłać silnik do Anglii, zrobić serwis i otrzymać go z powrotem. A w tym czasie skupić się na czymś innym. Dziś na sukces zawodnika pracuje sztab ludzi i to nie tylko tych, których widać w parkingu przed wyjazdem do wyścigu. Zawodnicy już nie wstydzą się korzystać z usług psychologów, pilnują diety, korzystają z odnowy biologicznej. Musi być osoba od logistyki, pilnowania mediów  społecznościowych, obsługi strony www. Poprawiło się również nam, sympatykom żużla. Oglądamy zawody na coraz to ładniejszych stadionach, jeżeli nie możemy pojawić się osobiście na meczu, to możemy go obejrzeć w tv lub w internecie.

Jak ocenia Pan swoją byłą obecność w zarządzie Polonii Bydgoszcz? Leszek Tillinger wspomina Pana jako osobę, która miała dobrą wizję rozwoju klubu. Co zadecydowało o fakcie Pana odejścia z Polonii? O ile się nie mylę, był to rok 2009.

Miło mi słyszeć słowa uznania ze strony pana Leszka Tillingera, którego serdecznie pozdrawiam. Niestety czas płynie bardzo szybko, mój życiowy epizod działacza bydgoskiej Polonii zakończył się w roku 2002 i to całkiem sympatycznie, bo klub zdobył wtedy DMP. Potem zaczęła rządzić polityka i się wycofałem. Proszę pamiętać, że kluby działały jako stowarzyszenia, a Polonia była klubem wielosekcyjnym, było też judo, piłka nożna itd. Gdy dochodziło do głosowań, sekcje, które miały więcej członków, ciągle nas przegłosowywały, choć to właśnie żużel był wówczas wizytówką Polonii. My już wtedy jako zarząd sekcji żużlowej widzieliśmy potrzebę profesjonalizacji tego sportu, tak by klub dział jak firma, co z czasem nastąpiło, bo wprowadzono Sportowe Spółki Akcyjne.

Czy obecność przy żużlu mocno przekłada się na rozpoznawalność marki Pentel? 

Gdyby tak nie było, to byśmy odpuścili reklamę poprzez sport żużlowy, ale oferta naszej firmy (artykuły biurowe i szkolne) dobrze się tu wpisuje, bo każdy kibic niezależnie do wieku używa takich wyrobów. Poza tym Piotr pomaga nam w dotarciu z produktem i marką do świadomości dzieci i młodzieży.

Czy poza sportem żużlowym firma Pentel wspiera inne przedsięwzięcia sportowe, kulturalne?

Oczywiście staramy się być firmą odpowiedzialną społecznie. Od wielu lat wspieramy m.in. bydgoski PCK czy Caritas. Co roku najbardziej potrzebujące dzieci z naszego regionu znajdują w swoich wyprawkach szkolnych i paczkach świątecznych produkty marki Pentel. Współpracujemy z grupą miłośników kolarstwa, którzy stworzyli swój Pentel Team. Bywamy też obecni jako sponsor na różnych interesujących wydarzeniach kulturalnych.

Jakie jest Pana hobby, jak spędza Pan czas wolny? 

Trudno nazwać to hobby, ale lubię dobrą kuchnię i lubię też gotować, to mnie odstresowuje. Interesuję się również winami, trochę podróżujemy, ale wszystko z umiarem. Moim hobby jest także praca, prowadzenie firmy. To ważne, by kochać to, co się robi, by codzienne wstawanie nie było koszmarem, że znowu trzeba iść do pracy. Trochę się tu pochwalę, ale mamy poukładaną firmę, z blisko zerową rotacją pracowników. Otaczam się ludźmi, którzy są z nami po 10, 15  i więcej lat. Ostatnio dwie panie obchodziły 25-lecie pracy u nas. Tak więc nie powinno nikogo teraz dziwić, że Piotr wytrzymał z nami, a my z nim ponad 20 lat (śmiech – dop. red.)

Ma Pan dzieci? Też lubią żużel?

Mam dwójkę synów: Piotra (32 lata) oraz Pawła (18 lat). Starszy syn pracuje u nas w firmie, w dziale marketingu, a przy okazji prowadzi Piotrowi logistykę. Młodszy przygotowuje się do matury. Oczywiście obaj interesują się tym sportem. Dorobiłem się również dwóch wnuków. Mam nadzieję, że za kilka lat będą chciały pójść z dziadkiem na żużel.

Dziękuję za rozmowę. 

Dziękuję również, pozdrawiam wszystkich fanów czarnego sportu.

ROZMAWIAŁ ŁUKASZ MALAKA 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.