lotto partner główny serwisu
pt. Sie 23, 2019

Maciej Marcinkowski i mec. Andrzej Malicki przed sobotnią Grand Prix Polski na Stadionie Olimpijskim.

Maciej Marcinkowski: Chodziłem po parku maszyn ze studolarówką

Przełom lat 80. i 90. ubiegłego wieku to czas dużych przemian gospodarczych. Następowały one również w żużlu, który z amatorskiego przeradzał się w zawodowy. Zbigniew Morawski, Roman Niemyjski – te nazwiska zna każdy kibic żużla. Wrocławscy kibice z pewnością wiele mają do zawdzięczenia Maciejowi Marcinkowskiemu, który wraz z Tomaszem Jabłońskim – jako firma Aspro – mocno wspomagał wówczas Spartę. Z Maciejem Marcinkowskim udało nam się porozmawiać przy okazji wrocławskiej rundy Grand Prix.

Panie Macieju, skąd ta obecność na zawodach? Wciąż ma Pan sentyment do żużla?

Na pewno wielki sentyment do żużla pozostał. W ubiegłym roku skończyłem 60 lat. Zaczynałem swoją miłość do speedwaya, gdy miałem lat dziewięć czy dziesięć. Mieszkałem przez wiele lat na wrocławskich Krzykach, później na Biskupinie. Nie trzeba nikomu mówić, że Sępolno czy Biskupin, z racji swojego położenia, szczególnie żyły tym sportem. Mój tato chodził na żużel kiedy tu, we Wrocławiu, startował Jerzy Trzeszkowski. Ta miłość do tego sportu żyje we mnie po prostu do dziś. Mogę powiedzieć, że w moich żyłach wciąż płynie metanol.

Jak to się stało, że jako firma Aspro trafiliście do wrocławskiego żużla?

Wie pan, my nie byliśmy tylko zaangażowani we wrocławski żużel. Sponsorowaliśmy również choćby wrocławską koszykówkę. Żużel wtedy we Wrocławiu porywał tłumy i porwał i nas. Zaangażowanie w żużel było niejako spełnieniem moich prywatnych marzeń. Osobą, która była katalizatorem, który ściągnął nas do wrocławskiego klubu, okazał się mecenas Andrzej Malicki. To człowiek, o którym można powiedzieć, że  oddał swoją duszę nie diabłu, ale właśnie wrocławskiemu żużlowi. To mecenas nas namówił i zachęcił do tego, aby ten wrocławski żużel zacząć wspierać. Była wówczas tu we Wrocławiu wspaniała grupa działaczy, wspomnieć wypada choćby Lucjana Korszka. Ci ludzie to wspaniali społecznicy, którzy wtedy ten żużel rozwijali. Nie dysponowali oni środkami finansowymi, ale jednak cały czas w tym wrocławskim żużlu byli i działali, aby go rozwijać. Szkoda, że w dzisiejszych czasach nie zawsze się o tych ludziach pamięta. Puenta tego pańskiego pytania jest taka, że gdyby nie właśnie mecenas Malicki, nas we wrocławskim żużlu by nie było. My jako Aspro nigdy nie chcieliśmy też wrocławskim żużlem zawładnąć. Proszę pamiętać, że kiedy czuliśmy, iż nie jesteśmy w stanie go dalej tak mocno finansować, znaleźliśmy godnych następców, którzy ten wrocławski żużel po dziś dzień rozwijają i utrzymują. 

Lucjan Korszek

To przy Waszej pomocy do Wrocławia zawitały takie nazwiska jak Tatum czy Louis… 

Tak, oczywiście. Pamiętam czasy, kiedy Tatum czy Louis przyjeżdżali do Wrocławia. Tłumy kibiców wtedy wiwatowały. Największą satysfakcję mieliśmy wtedy, kiedy widzieliśmy, że to, co robimy, podoba się wrocławskim kibicom i jednocześnie pcha wrocławski żużel do przodu. 

Duże pieniądze łożyliście wtedy na wrocławski żużel?

Odpowiem w ten sposób. Jak na ówczesne czasy, były to bardzo duże środki finansowe. Były wtedy inne sposoby różnych rozliczeń niż te, które dziś panują w żużlu. Były to w przeliczeniu na dziś kwoty milionowe. Proszę pamiętać, że wrocławski klub nie dysponował jedynie bardzo dobrym sprzętem, ale i bardzo dobrą kadrą zawodników. Był również  nieodżałowany trener, Ryszard Nieścieruk. 

Aspro nie tylko ściągało gwiazdy, ale i polscy zawodnicy wyjeżdżali szkolić się choćby do Anglii…

Tak, my ściągaliśmy Knudsena, Louisa czy Tatuma, a do Anglii jeździli choćby Dariusz Śledź czy Piotrek Baron. My im staraliśmy się pokazać, że świat nie kończy się na wrocławskim klubie czy Polsce. Staraliśmy się im też pomóc w rozwoju, bo byli i są po prostu fajnymi ludźmi. 

To była tak wielka miłość do żużla, że przychodził ktoś i mówił “potrzebujemy Tatuma, Knudsena” i Wyście po prostu płacili? Na ówczesne czasy były to sensacyjne transfery…

Tak, to była sensacja. Wychodziliśmy z założenia, że tylko rozwój i profesjonalizm może nas pchać do przodu i takie ruchy były przez nas wykonywane. Wie pan, w tamtych czasach dla zawodnika z zagranicy Polska była dość egzotyczna. Oni wiedzieli, że chodzi u nas na żużel wielu kibiców, ale też nie wiedzieli do końca jak i czy będą mieli płacone. My podjęliśmy wtedy współpracą z angielskimi menedżerami zawodników i po prostu sięgaliśmy po nazwiska z wysokiej, o ile nie najwyższej półki. Ryszard Nieścieruk, wielka postać w żużlu, wiedział doskonale, kto będzie nam w zespole najbardziej przydatny. Do zagranicznych tunerów wrocławski klub docierał nie przez kogoś innego jak właśnie przez Knudsena czy Tatuma, którzy nam w tym pomagali. Nie jest dziś żadną tajemnicą, że wiedza jaką wtedy posiadał Knudsen, czy jego mechanicy, była w tamtych czasach bezcenna. Wszystkiego się musieliśmy od kogoś uczyć. 

Zespół Sparty Aspro Wrocław przed inauguracyjnym meczem ekstraklasy w 1992 roku. Rywalem był zespół bydgoskiej Polonii. Od lewej Maciej Marcinkowski, Zbigniew Lech, Henryk Piekarski, Tommy Knudsen, Kelvin Tatum, Ryszard Nieścieru. Klęczą Piotr Baron, Dariusz Baliński, Dariusz Śledź i Waldemar Szuba.

Przez te lata był Pan z pewnością świadkiem wielu interesujących historii…

Dziś już pewnie wszystkiego się nie pamięta, ale tak – bywało niekiedy zabawnie. Pamiętam jak biegałem po parkingu ze studolarówką, oferując ją temu zawodnikowi, który pokona Sławka Drabika. I Heniu Piekarski mówił – “panie prezesie, ja go dogonię.” Zostało wiele fajnych wspomnień z tamtych czasów, które choćby przy okazji dzisiejszego pobytu we Wrocławiu można powspominać. To były piękne czasy. 

W 1992 roku, po 22 latach, do Wrocławia powrócił indywidualny finał światowy. Z tego, co mi wiadomo, również nie bez Waszej pomocy

Na pewno było to we Wrocławiu wielkie wydarzenie i udana impreza. Nieskromnie mówiąc, mieliśmy wkład jako firma Aspro w to, że finał odbył się we Wrocławiu. Bardzo dużo pomógł wtedy na pewno Andrzej Grodzki, który nam zaufał, że staniemy na wysokości działania i podołamy organizacyjnie oraz finansowo. Andrzej Grodzki widział potencjał w tym, aby finał był we Wrocławiu. Plusem było położenie miasta, oddani działacze i my jako sponsorzy. Do pierwszych rozmów ze związkiem motorowym oddelegowany był mecenas Malicki i to on z ramienia klubu prowadził rozmowy na temat finału. Organizowaliśmy dwie światowe imprezy. Wcześniej mieliśmy majowe eliminacje mistrzostw świata par, które były dla nas niejako egzaminem przed największym żużlowym świętem, czyli finałem jednodniowym, który wygrał Gary Havelock.

Czech Vaclav Milik w barwach Sparty Aspro Wrocław

Jak Pan ocenia dzisiejszy żużel w Polsce?

Dziś to nie za granicą, ale na naszych stadionach rozgrywane są największe imprezy rangi światowej. Mamy wspaniałe stadiony, najlepszych kibiców. Być może nieco za bardzo się żużel skomercjalizował. Jednak wciąż jest sportem niszowym, nie możemy go porównywać do piłki nożnej, ale wielu z nas wciąż ogląda żużel z największą przyjemnością. Jest skomercjalizowany, jak powiedziałem, ale to bardzo piękny, porywający tłumy sport. Wiele osób pracuje na to wszystko. Działacze, zawodnicy czy wy, dziennikarze. Tworzycie wielką społeczność i wspaniale dzięki wszystkim ten sport trwa i się rozwija. Wiele innych krajów po prostu może teraz nam zazdrościć, jak ten sport przez lata się u nas rozwinął. 

Czym Pan się dziś zajmuje zawodowo?

Mieszkam w Warszawie. Zawodowo działam w branży budowlanej, mam firmę developerską. Można żartobliwie powiedzieć, że zawodowo jestem blisko głównego sponsora Sparty Wrocław. Buduję budynki komercyjne. Ze sportem mam niewiele wspólnego, żużel w Warszawie nie mógł się przebić.

Sam Ermolenko w walce z Tommym Knudsenem

 

Ostatnie pytanie. Po Panu klub prowadzą Andrzej Rusko i Krystyna Kloc. Jak Pan ocenia ich pracę?

Uważam, że robią wspaniałą pracę. Proszę, pamiętajmy, że mogli sobie wybrać inną dyscyplinę. Wkładają we wrocławski żużel i czas, i zaangażowanie oraz pieniądze. To oni zaczęli profesjonalne pozyskiwanie sponsorów i tym samym rozkładanie ryzyka związanego z prowadzeniem klubu. My jako Aspro byliśmy współwłaścicielem klubu, ale ryzyko było nasze, bo prowadziliśmy klub sami. W pewnym momencie uznaliśmy, że nie podołamy i po nas pojawił się właśnie Andrzej Rusko. 

Czego życzy Pan kibicom?

Kibicom w całej Polsce życzę, aby żużel dawał im jak najwięcej emocji. Tym wrocławskim fanom speedwaya życzę jak najlepszego wyniku zespołu i tego, aby zawsze pamiętali o historii wrocławskiego żużla. Obojętnie jak ten klub się nazywa, zawsze jest to kochana wrocławska Sparta w barwach żółto-czerwonych. Chciałbym, aby kiedyś choćby w jednej sali na Stadionie Olimpijskim stworzyć taką salę wspomnień wrocławskiego żużla ze zdjęciami, pamiątkami wrocławskiego żużla. Historia tego sportu we Wrocławiu powinna być przypomniana.

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.