Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle punktów wywalczył w Gorzowie Andres Thomsen wygrywając pierwszy turniej Grand Prix w swojej karierze

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów wywalczył w Gorzowie Andres Thomsen wygrywając pierwszy turniej Grand Prix w swojej karierze
FOT. MATEUSZ BISKUP (WILKIKROSNO.PL)
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Żużlowi możnowładcy chwalą się, że mają plany ratowania żużla przed koszmarnymi konsekwencjami epidemii koronawirusa. To świetnie. Chciałbym jednak, aby nie skrywali swych światłych pomysłów i już teraz zaprezentowali żużlową tarczę antykryzysową. Dość już opowiadania ogólników, bo niedopowiedzenia wprowadzają zamęt i panikę. Sfera niepewności poszerza się z dnia na dzień. Nadszedł więc czas na konkrety.

Jeśli w sferze publicznej brakuje konkretów, zaczynają się domysły. Na giełdzie tematów pojawia się coraz więcej kontrowersyjnych koncepcji i spiskowych teorii dziejów. Żużlowe środowisko głośno dyskutuje, jak mogą wyglądać rozgrywki, jeśli wystartują jeszcze w tym roku. Czy naprawdę jest pomysł, aby w polskich ligach zrezygnować z systemu spadków i awansów? Wprowadzenie w życie takich rozwiązań będzie oznaczało, że koło ratunkowe rzuca się jedynie ekstralidze. Pozostałym proponuje się eutanazję. W elicie jeszcze będzie o co jeździć. Do zgarnięcia jest mistrzostwo i pozostałe medale. Dla pierwszej i drugiej ligi rozgrywki miałyby wymiar jedynie towarzyski. Faworyt pierwszej ligi, czyli eWinner Apator Toruń, swoją działalność może w zasadzie zwijać. Zespół wymagał sporych inwestycji i przy zabraniu prawa do awansu na sto procent nie zrealizuje sportowego celu. To jasne, że w zaistniałej sytuacji cięcia budżetowe będą miały gigantyczny charakter. A w ligowym zestawieniu Tomasza Bajerskiego pojawi się pewnie pięciu juniorów, z czego jako tako jeździ dwóch. Pozostałe kluby pierwszej i drugiej ligi postąpią identycznie. Część może się wycofać, żeby przetrwać sezon pełen chaosu i wrócić dopiero w 2021 roku. Jak mamy głupio jeździć, to lepiej faktycznie zostać w domu.

Gdy słyszę o lidze złożonej wyłącznie z polskich zawodników, to zastanawiam się skąd ich wziąć. Na ekstraligowym poziomie z bólem można naliczyć dwudziestu wartościowych Polaków. A potrzebowalibyśmy minimum pięćdziesięciu sześciu w samej tylko ekstralidze. Kolejne ligi, to kolejne zapotrzebowanie. To myślenie życzeniowe i totalnie abstrakcyjne. Pomysł jazdy wyłącznie w oparciu o „naszych chłopców” nie ma sensu.

Oczywiście, że zdaję sobie sprawę z problemów, jakie zagraniczni zawodnicy będą mieli z wjazdem do Polski. Zapewne w różnych zakątkach świata wyjście z epidemii będzie odbywało się w zupełnie innym czasie. Część obcokrajowców na długie miesiące utknie w swoich miejscach zamieszkania. Mogą siedzieć na kwarantannie. Mogą zachorować. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że poziom ligi bez obcokrajowców drastycznie spadnie. Kogo okaleczone rozgrywki zainteresują?

Rozumiem, że wkroczyliśmy w erę kompromisów. Czasami trudnych, innym razem bolesnych. Dlatego jestem w stanie zrozumieć zamknięcie lig na spadki, ale pod warunkiem zachowania prawa do awansu. Wiem, że tym sposobem w 2021 roku ekstraliga będzie liczyła aż dziewięć zespołów. Tego jednak wymaga kompromis między elitą a jej zapleczem. Sezon 2021 miałby charakter przejściowy. Wówczas z ekstraligi spadałyby dwa zespoły. Jeśli polskie ligi żużlowe mają ruszyć jeszcze w tym roku, to tylko w wersji z obcokrajowcami, z możliwością awansu, na poważnie i z uwzględnieniem oczekiwań pierwszej i drugiej ligi. Strategiczne błędy zakończą się kolejnym dramatem. Kogo nie zabije koronawirus, tego dobiją działacze.

Ratowanie za wszelką cenę ekstraligi kosztem pozostałych lig byłoby przejawem brutalnego egoizmu ze strony najsilniejszych i najbogatszych. Takie myślenie doprowadzi do sytuacji, w której systemowo wspiera się milionerów, a pozostałych zostawia się bez pomocy. Nie boję się o ekstraligowych liderów. Martwię się o zawodników z ligowego tła, mniej znanych, ale nie mniej zakochanych w żużlu. Mam wewnętrzne przekonanie, że gwiazdy pokroju Bartosza Zmarzlika, Macieja Janowskiego, braci Pawlickich, Patryka Dudka, Janusza Kołodzieja zawsze znajdą swoje miejsce w żużlowym światku. Boję się o zawodników pokroju Kacpra Gomólskiego, Marcela Kajzera, Oskara Polisa, Damiana Dróżdża, Kamila Brzozowskiego, Zbigniewa Sucheckiego. Bez nich padnie ligowy system. Bo to właśnie zawodnicy ukryci w cieniu wielkiego żużla tworzą jego zaplecze. Świat się zmieni. Zmienią się też priorytety. Mam nadzieję, że nie będzie zgody na ciągłe dopieszczania bogatych gwiazd.  

Coraz częściej biorę pod uwagę, że na żużlu spotkamy się najwcześniej wiosną 2021 roku. W Chinach epidemia została opanowana w cztery miesiące. Obawiam się jednak, że w Europie koronawirus będzie zbierał swoje śmiertelne żniwo o wiele dłużej. Europa jest niesubordynowana. Zamiast siedzieć w domu, spaceruje. Wiem, co piszę. Nagle okazało się, że sportem narodowym Polaków wcale nie jest oglądanie kolejnych seriali tylko spacering. To nowe hobby Polacy odkryli właśnie wtedy, gdy mieli zostać w domu. To też skrajna nieodpowiedzialność. Jeśli spotka nas tragiczny w skutkach wariant włoski, wówczas marzenia o ligowym starcie jeszcze w tym roku można będzie włożyć między bajki. Już nie będziemy musieli rozmyślać o zamknięciu ligi na spadki i awanse, o lidze tylko dla Polaków i co z tymi obcokrajowcami. Wtedy nie będzie już niczego, jak u Kononowicza w Białymstoku. Dlatego, zostańcie w domu!

DAWID LEWANDOWSKI