Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle punktów wywalczył w Gorzowie Andres Thomsen wygrywając pierwszy turniej Grand Prix w swojej karierze

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów wywalczył w Gorzowie Andres Thomsen wygrywając pierwszy turniej Grand Prix w swojej karierze
fot. Wojciech Cebula / Śląsk Wrocław
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Wypełniona po brzegi wrocławska Hala Stulecia, dwie wielkie koszykarskie firmy, które w tym sezonie napisały piękną historię i mecz godny rywalizacji finałowej – tak wyglądało pierwsze spotkanie wielkiego finału Energa Basket Ligi, w którym Śląsk Wrocław pokonał Legię Warszawa 76:72.

 

Rzadko zdarza się, by w wielkim finale rywalizowały kluby, które w rundzie zasadniczej zajęły miejsca poza czołową czwórką. W finałach 2022 mamy starcie Śląska Wrocław (5. miejsce) z Legią Warszawa (6. miejsce), a dodatkowo oba zespoły przeszły niesamowitą drogą w ćwierćfinale i półfinale mistrzostw Polski. Legia nie była faworytem potyczek ze Arged BM Stalą Ostrów Wlkp. i Anwilem Włocławek, jednak każdorazowo odprawiała rywali w trzech meczach. Śląsk natomiast grał… falami. W ćwierćfinale przegrywał już 0:2, ale zdołał wrócić z dalekiej podróży i pokonać Enea Zastal Zielona Góra 3:2. Z kolei w półfinale wrocławianie prowadzili 2:0 z Grupa Sierleccy Czarnymi Słupsk, jednak później doznali dwóch kompromitujących porażek przed własną publicznością. W decydującym spotkaniu ręka już nie drżała i Śląsk pokonał słupszczan po raz trzeci i po 18 latach znalazł się w wielkim finale polskiej ligi.

Osiemnaście lat temu wrocławian do finału wprowadził niesamowity Lynn Greer, którego wielu kibiców i ekspertów określa mianem jednego z najlepszych zawodników, jacy kiedykolwiek grali we Wrocławiu. Teraz Śląsk ma również znakomitego lidera, jakim jest Travis Trice. Legia natomiast też ma swojego gwiazdora, który niejednokrotnie przechylał szalę zwycięstwa na korzyść swojego zespołu, czyli Roberta Johnsona. I właśnie pojedynek Trice – Johnson był i nadal jest dodatkowym smaczkiem rywalizacji finałowej.

Lepiej spotkanie zaczął Śląsk – mocna gra w obronie i – co najważniejsze – skuteczna w ataku pozwoliła wrocławianom wyjść na dwunastopunktowe prowadzenie jeszcze w pierwszej kwarcie. Legioniści nie zrażali się w miarę wysoką przewagą rywali i na początku drugiej ćwiartki zaczęli niwelować straty. Dariusz Wyka „szalał” w obronie (blok na Keremie Kanterze można śmiało określić mianem akcji meczu), a w ataku ton nadawali Łukasz Koszarek i wspomniany Johnson. Ważne punkty zza łuku dołożył Raymon Cowels, który czterokrotnie trafił za trzy i mecz znów się wyrównał. Do przerwy wrocławianie prowadzili, ale tylko jednym „oczkiem”.

W drugiej połowie gospodarze niesieni dopingiem szczelnie wypełnionej Hali Stulecia wrócili na kilkupunktowe prowadzenie, ale mieli wyraźny problem z rzutami z dystansu. Dość powiedzieć, że po zmianie stron podopieczni Andreja Urlepa ani razu nie trafili za trzy punkty! A przecież to element, dzięki któremu wrocławianie wygrali wiele spotkań w sezonie zasadniczym. Nie idzie z dystansu – trzeba szukać innych rozwiązań. Travis Trice próbował z półdystansu, Aleksander Dziewa spod kosza, a Łukasz Kolenda indywidualnymi wjazdami. Ta taktyka przynosiła skutek, a kiedy Kodi Justice trafił kolejny rzut wyprowadzając Śląsk na 12 punktów przewagi (72:60), wydawało się, że jest po meczu.

Legia Warszawa pokazała jednak, że w finale nie znalazła się przypadkiem i wykorzystała moment „uśpienia” Śląska. Sprawy w swoje ręce (dosłownie!) wziął Robert Johnson, który na przestrzeni kilku najbliższych minut zdobył dwanaście punktów, na co miejscowi odpowiedzieli jedynie trafieniem Justice’a. I znów mieliśmy wielkie emocje, bo Śląsk prowadził, ale już tylko 74:72. W jednej z ostatnich akcji meczu faulowany był zawodnik Śląska Ivan Ramljak, który dwukrotnie trafił z linii rzutów wolnych, nieco powiększając przewagę swojego zespołu. Legia odpowiedziała niecelną „trójką” Abdura-Rahkmana, a na dobitkę zabrakło już czasu. Śląsk wygrał pierwsze starcie finałowe.

Teraz rywalizacja zostaje we Wrocławiu, ale przenosi się do Hali Orbita, nieco mniejszej wrocławskiej areny. Znów możemy liczyć na komplet widzów (podczas meczów w Warszawie hala na Bemowie najpewniej też będzie wypełniona do ostatniego miejsca), ale wrocławianie będą musieli zmierzyć się także ze swoimi „demonami”. Bo to właśnie w Orbicie, w jedynym meczu fazy play-off rozgrywanym w tej hali, ponieśli totalną klęskę, przegrywając z Czarnymi Słupsk aż 60:123. Czy w czwartek zdołają zwyciężyć? A może to Legia doprowadzi do wyrównania?

Śląsk Wrocław – Legia Warszawa 76:72 (27:18, 17:25, 18:14, 14:15)
Śląsk: T.Trice 22 (1), Dziewa 18 (1), Ramljak 10, Kolenda 8, Kanter 8, Justice 8, D.Trice 2, Gabiński 0, Meiers 0, Tomczak 0.
Legia: Johnson 24 (1), Cowels 14 (4), Abdur-Rahkman 10 (1), Koszarek 7 (1), Wyka 6, Skifić 6, Kulka 3 (1), Kamiński 2, Sadowski 0.

Stan rywalizacji (do czterech zwycięstw): 1:0 dla Śląska