lotto partner główny serwisu
czw. Paź 17, 2019
wlodzimierz-luczak-wykonczenia-wnetrz
new

Komu zależało na porażce GKM-u?

Z pozoru odpowiedź na tytułowe pytanie wydaje się banalnie prosta. Najbardziej częstochowianom i bezpośrednim rywalom z Zielonej Góry. Nie o to jednak idzie. Tor w piątek przy H4 był zupełnie inny niż w ostatnich, zwycięskich spotkaniach grudziądzan. Twardy i relatywnie suchy, choć spotkanie nie miało statusu zagrożonego. Przypominał ten z ubiegłorocznej, kompromitującej porażki u siebie z Unią Leszno.

Tylko czy warto kruszyć kopię o decyzje komisarza Kalwasińskiego i udział w tychże ekipy gości? Skoro się im pokornie uległo (myślę o zaleceniach), to już musztarda po obiedzie. Można było poczarować, przyaktorzyć, poudawać – z mądrą miną i pełnym zrozumieniem intencji – całkowite zaangażowanie i szczere zakłopotanie. I nic nie robić. Jeśli jednak się na to nie wpadło, albo nie umiało wcielić w życie – trudno. Dziwię się trochę szczególnie Robertowi Kościesze, bo jeszcze niedawno, będąc pracownikiem konkurenta z Torunia, podpadł kibicom GKM-u, biegając z miotłą i dyrygując pracami na obiekcie rywala, w czym był wtedy skuteczny, gdyż Toruń ostatecznie zawody wygrał. Tutaj pozwolono gościom bezkarnie i bezkrytycznie na to samo i skończyło się jak… poprzednio z Toruniem. Nie ma znaczenia kto i jak głośno krzyczał, bądź protestował, kto miał rację, a kto nie. Istotne, że pozwolono gmerać we własnym domu obcym i nikt nie chwycił “Winchestera”, by te zapędy skutecznie powstrzymać.

Skoro jednak pozwolono sobie przygotować tor przez gości, a potem jeszcze pieczołowicie go doglądać w trakcie zawodów, to należało przynajmniej chwycić się ostatniej deski ratunku i przypilnować meczu od strony taktycznej. Czy temu zadaniu gospodarze podołali? Moim zdaniem – nie. Od początku dobrze jechali, choć też męczyli się z ustawieniami, Buczkowski i Łaguta. Zawodzili zaskoczeni nawierzchnią Bjerre, Lindbaeck i Pawlicki (pamiętając o “punktowanych” defektach ostatniej dwójki ). W perspektywie wyrównanego wyniku i znaczenia wygranej, mając na względzie obsadę wyścigów nominowanych, szczególnie XIV, musieli gospodarze odbudować jeszcze minimum dwóch rajderów. Szansę dostał Kenio i z niej w końcówce skorzystał. Do końca pojechał też Szwed, choć nic nie wskazywało, że zdoła się przełamać i radykalnie poprawić zdobycz. Do tego jeszcze pomógł rywalom, strasząc mocno Artioma, kiedy z wyjścia dźwignęło go gwałtownie na koło od wewnętrznej (ach, ta noga zdjęta z haka) i zmusił tym samym partnera, napędzającego się szerzej, do zamknięcia gazu.

I tu mam dodatkową wątpliwość. Czy koniecznie w X wyścigu trzeba było wycofać Przemka Pawlickiego? Moim zdaniem to był brzemienny błąd. W tej fazie zawodów ani jeden z wymienionej trójki gospodarzy nie punktował wysoko, zatem poszukiwania dwóch do XIV biegu trwały. W tej gonitwie Przemo, wespół z Buczkiem, mieliby za rywali Pedersena i juniora Pawliczaka. W najgorszym wypadku więc remis, a dla Pawlickiego trzecia szansa na doklejenie (Kenio wykorzystał dopiero czwarty swój start). Gdyby więc Przemo dokleił furę już w tej odsłonie, potem skorygował na bieg XII, to mógłby zawalczyć, prowadząc własnego młodzieżowca, przeciw juniorowi gości nawet z samym Vaculikiem, który wcześniej przywiózł dwie jedynki z rzędu. Jeśli tak, a było to realne, byłby idealnym parowym dla szybkiego już w końcówce Kenia na wyścig XIV.

Lindbaeck od dawna zawodzi w nominowanych. Od dawna oznacza od kilku sezonów, nie od kilku meczów. Niestety zarówno we Wrocławiu przed tygodniem, jak też teraz wystąpił w nich zamiast Przema i… przywoził ogony. Może więc warto było postawić na sprawdzonego u siebie Pawlickiego, niż oddawać wyścig walkowerem, desygnując doń “Toninho”? Najlepiej po uprzednim odbudowaniu Polaka we wszystkich czterech programowych startach, jak Kenio. Ta taktyczna w X biegu, to było takie pyrrusowe zwycięstwo. Celem była ewidentnie podwójna wiktoria, skończyło się 4:2. Potem jeszcze Antonio w XI zamknął płot swojemu, że użyję modnego określenia i zamiast ograć podwójnie osamotnionego MJJ, po wykluczeniu Protasa, tylko zremisowali. A Przemo? Wkurzony po defekcie na punktowanej pozycji, wkurzony na zbyt twardy, suchy, nie niosący po balotach tor, zupełnie inny niż wcześniej i podczas treningu, pogubiony w myślach po śliwce w poprzednim starcie, mimo walki na dystansie, szukający prędkości w tych warunkach i wreszcie zagotowany po wycofaniu z X wyścigu nie wiadomo w imię czego. Pojechał jeszcze w XII po swoją dwójkę przeciw juniorowi gości i… zakończył udział w spotkaniu. Trzy starty i 2 oczka przy defekcie nie wyglądają może imponująco, ale bardzo podobnie, bliźniaczo wręcz do dorobku Kenia, czy Toninho na tym etapie. Oj słabo z tym myśleniem u opiekunów MrGarden. W Toruniu trzy głowy, w Grudziądzu dwie, a potrzeba jednej, tylko sprawnej i z dobrym nosem – niezależnie od kształtu i wielkości kichawy. Czyżby sztabowi GKM-u zabrakło zaufania do Pawlickiego, że przedwcześnie go skreślili?

To nie jest tak, że mądruję się post factum. Spytajcie mojej żony jaki byłem wściekły, żeby nie powiedzieć wq… ony przed X odsłoną zawodów. Już wtedy, na swoje nieszczęście palnąłem proroczo – “robią wszystko, żeby to q… wa przegrać.” A przed XIV po usłyszeniu, że jedzie Lindbaeck dorzuciłem tylko zrezygnowany – “no to pozamiatane.”

Polecam opiekunom GKM-u więcej zaufania do Przema. Mówić o wsparciu, a dawać wsparcie, to dwie różne historie. Potrzebujemy czterech seniorów na wysokim poziomie, a ten piąty – “Toninho”, niech ukręci ile zdoła, niech mu się wiedzie jak najlepiej, ale w 4 biegach. Skoro bezbarwny Szwed, bez przebłysków, startuje w nominowanych, to znak, że jeden z pozostałych seniorów zawiódł lub został zawiedziony. Lindbaeck w finałowych odsłonach ewidentnie przegrywa z własną głową. A Przemo? Kiedy trzeba, należy go mobilizować, kiedy trzeba – wstrząsnąć, ale na Boga, jeśli Pawlicki zawala mecz, to i tak przywozi punkty porównywalne ze Szwedem lub Buczkiem. Jeśli jednak wszystko zagra, fura klei, to jak Buczek w piątek, on też jest liderem ekipy i tym różnią się obaj od Antona. Kto więc zasłużył na większe zaufanie? Kto kilka razy w tym sezonie ratował tyłek drużynie?

Teraz mission imposible w Częstochowie. Jeśli GKM przegra, żegna się z marzeniami. Gospodarze spod Jasnej Góry ostatnio wyraźnie poprawili relacje z Przeorem Klasztoru i to z miejsca przynosi efekty. Pamiętajmy jednak, że szans, choć niewielkich, nikomu przed zawodami odbierać nie wolno. Zdarzyć się może wiele, choćby burza z gradobiciem, wszak mecz meczowi nierówny. W dwucyfrówkę Pawlickiego nie uwierzę, dopóki nie zobaczę, ale i tak łatwiej mi ją sobie wyobrazić od podobnej puli Lindbaecka. Zatem poczekajmy. Jak mawiał legendarny Kazimierz Górski – mecz można wygrać, przegrać, albo zremisować.

PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.