lotto partner główny serwisu
Bartosz Smektała kolekcja
betard
nie. Lut 16, 2020
wlodzimierz-luczak-wykonczenia-wnetrz
Polcopper

Henryk Charucki z synem, Pawłem.

Nie poznał go własny prezes

Paproć Duża, gdzieś tam hen hen na wschodzie kraju. Już Podlasie pełną gębą. Niewielka wioska, ledwie czterystu mieszkańców z okładem, wszelako z dwóch rzeczy słynąca. Po pierwsze – ślub brał tam sam marszałek Józef Piłsudski. Po drugie – urodził się tam Henryk Charucki, obchodzący dziś, 2 grudnia, 64. urodziny. Zdrowia i niech noga podaje! Do końca świata.

Charucki to także wielki wódz. Imperium kolarskiego, które stworzył własnym sumptem – Dolnośląskiego Centrum Rowerowego przy ul. Robotniczej we Wrocławiu. Jest jak spod igły. Ludzie mówią, że drugiego tak kompletnego w Polsce nie ma.

– Jeździć zaczynałem w LZS-ie Zambrów, a gdy przeszedłem do kat. młodzieżowej, koordynator Jerzy Kłoszewski ciągle mnie namawiał, bym przeszedł do porządnego klubu. Mówił – za duży talent jesteś, byś się tu miał zmarnować, na odludziu, na końcu świata – przypomina Henryk Charucki, zwycięzca Tour de Pologne z 1979 roku. Ale spokojnie. Najpierw trzeba się wydostać z tej maleńskiej Paproci Dużej. Do Dolmelu Wrocław. Jak?

– Napisałem list do sekretarza Jerzego Wizowskiego, który stał się drogowskazem moim. Gdyby nie on, nie rozmawialibyśmy tu – zaznacza Harry. A rozmawiamy w jego królestwie, w jego gabinecie. Jak mówią dziś młodzieżowcy – wypas. To Wizowski właśnie załatwił młodemu chłopakowi pracę w Dolmelu i miejsce w klubie. Trzeba było się zacząć przebijać. Jan Brzeźny tak wspomina początki Charuckiego w wielkim mieście. I w nowym klubie: – Pamiętam, że przychodził taki chłopak, siadał przy stole, niekiedy po paru godzinach wciąż siedział, w końcu spoglądał na zegarek i wychodził. Okazuje się, że czekał po prostu na rower, a że pracował na drugą zmianę, to musiał w końcu uciekać do tej roboty.

Czy podobnie wspomina to Charucki? – W ogóle to pracowałem na trzy zmiany, u pana Mielczarka. Na dziale, gdzie były produkowane cewki do turbin. Na statki, do tramwajów również. I rzeczywiście czekałem tak na ten rower. Bo wtedy w Dolmelu było czterdziestu seniorów. Na początek dostałem więc taki rower byle jaki. A że przyjechałem do Wrocławia 4 lipca 1974 r., była pełnia sezonu, to na ten obiecany musiałem czekać. W końcu jednak, po dwóch tygodniach, mechanik mi go złożył – wyjaśnia biznesmen.

Rower już jest, trzeba jeszcze zrobić z niego użytek. Wyprzedzić konkurencję. – Nie miałem wtedy klasy mistrzowskiej, która dawała np. dożywianie. Po pierwszych wyścigach trener Żelaznowski wstawił mnie jednak do pierwszej drużyny. I z Szurkowskim w składzie wygraliśmy mistrzostwo okręgu. Do grudnia jeszcze trenowałem i pracowałem jednocześnie. Zimą byłem już urlopowany na zgrupowania. Pierwsze – testowe. By sprawdzić, jak się będę rozwijał. W 75 musiałem zrobić wyniki, by trafić do Legii bądź Floty Gdynia. To właśnie były wówczas jedyne wojskowe kluby. A zatem z Polski mogły przyjąć maksymalnie dziesięciu chłopaków, podczas gdy mocnych chętnych było 40-50. Nie jak dziś, gdy trzeba szukać kolarzy. Nie pozostało mi nic innego, jak powalczyć o miejsce w jednej bądź drugiej drużynie klubowej. Każda liczyła sześć osób, a przypominam, było nas czterdziestu. A jak już się było w tej drugiej drużynie, trzeba było walczyć po trupach, by się w niej utrzymać. Ja miałem szczęście, że trener Żelaznowski na mnie postawił. W ogóle miał nosa. Gdy postawił na Szurkowskiego, to mu podbił świat. Gdy ściągnął Brzeźnego z Faltynem, też zaczęły się wyniki – tłumaczy.

Po udanym kolejnym sezonie, kilku zwycięstwach i miejscu w kadrze młodzieżowej, młody Heniek trafił do Floty. Spędził w niej dwa lata, zdobywając m.in. drużynowe wicemistrzostwo kraju z Tadeuszem Mytnikiem. – Miałem iść do Legii, lecz chlasnął mnie klubowy kolega. Który? A był taki Mieczysław Widziak. Pożytku tam z niego nie mieli, nawet do końca służby nie dotrwał. Później chciała mnie i Flota, i Dolmel, który zapewnił te same warunki. Wróciłem, bo koszula bliższa ciału – zauważa Charucki.

Największe sukcesy? W barwach Dolmelu, po tym wojsku właśnie. Choć najpierw, w 1978 roku, triumf w Tour de Pologne przeszedł koło nosa. I właśnie koło nosa została pamiątka na całe życie. Dłuuuga szrama. – Byłem liderem, zostały trzy etapy z feralnym włącznie. A przed nami góry, moje góry. Tę kraksę spowodował Mytnik z kimś tam, zjeżdżaliśmy do Zawoi, w Beskidach. Przed lotną premią się sczepili po lewej stronie, wtedy wszyscy odbili na prawo i leżało nas z piętnastu. Ja przeleciałem przez tę kupę i nic by się nie stało, gdyby ktoś nie przejechał mi kołem i tymi pedałami z noskami po szyi. Cała twarz poharatana, wylądowałem w szpitalu w Makowie Podhalańskim. Operacja trwała 2 godziny 40 minut, musieli mi pozszywać skórę, śluzówkę od wewnątrz itd. Kiedy przyjechał do szpitala prezes Dolmelu, nie poznał swojego zawodnika. Minął mnie na schodach. Miałem głowę jak koń – uśmiecha się dziś mały wojownik. Później pokazał, że ma też głowę do interesów. Ale po kolei. Efektownie wyrżnął również Harry w Limanowej (1975) na Małopolskim Wyścigu Górskim.

– A tak. Trzeba wiedzieć, że wcześniej błysnąłem m.in. w Nowej Rudzie na czasówce pod górę. I w Małopolsce też zabierałem się z czołówką, jako jeden z nielicznych. W Limanowej był spór między Szurkowskim i Szozdą, który ma wygrać. Ja już wtedy wiedziałem, że pójdę do Floty, a w czołówce był też stamtąd Mytnik. Powiedział więc – “to puśćcie młodego Harry’ego, dajcie mu wygrać etap, przecież jeździł już z nami zawsze w czołówce”. Staszek Szozda mnie lubił, mówi – ja się zgadzam. A Rysiek był z mojego klubu, więc też nie mógł powiedzieć nie. Na 5 km przed metą kazali mi odjechać na 200 m. W związku z tym, że szykowało się pierwsze grube zwycięstwo, a meta była na stadionie, nie chciałem tam specjalnie hamować. Nie wiedziałem, że na żużlu jest tak miękko. Jak nie wypierniczyłem orła, to znalazłem się aż na środku murawy. A za chwilę wpadają oni. Najpierw Szozda, bo on świetnie po winklach chodził, po zakrętach. Wiele wyścigów tak wygrywał, Rysiek natomiast był nie do pobicia na prostych. I Szozda wpadając na stadion – nie widząc mnie – nie wierzył, że aż tak szybko poszedłem. Za chwilę jednak widzi, że… wygrał. Opieprzył mnie później, że tak wygruzowałem, a zanim się pozbierałem, to skończyłem siódmy – opowiada wrocławianin.

Podczas zwycięskiego TdP 1979 nie Harry był liderem grupy, a Szurkowski. Sport jest jednak piękny, bo nieprzewidywalny.

– Naszą drużynę metalowców prowadził wówczas niedawny prezes PZKol. Wojciech Walkiewicz. Taką zasadę przyjął, że do gór musiał mieć wszystkich górali w czołówce, by po drodze żadnego nie zgubić. Bo tam wszystko się może zdarzyć. Dojechaliśmy do gór, byłem drugi w klasyfikacji, ale Rysiek przyjeżdżał również wysoko. W Polanicy zaczęło się już prawdziwe pranie. Poszła ucieczka siedmiu ludzi. Nie zabrał się ani lider Michalak, ani ja, ani trzeci Cieślak, ani Rysiek. Mieli już oni 3,50 min przewagi, a w naszej grupie nie było komu gnać. Wszyscy ubici. Wtedy podjechał Walkiewicz i mówi – jeśli masz siły, to goń na własną rękę. Wiedziałem, że Ryśka nie puszczą te grupy, które miały swoich z przodu. Widziałem, że Cieślak jeszcze jako tako jedzie, mówię mu więc, że pod Spaloną odjeżdżam. Że jeśli ma siłę, niech się trzyma blisko mnie. Jak powiedziałem, tak zrobiłem. I zabrał się ze mną. Odrobiliśmy minutę pod Spaloną, minutę na Porębie, minutę pod Zieleńcem. Tak się rozpędziliśmy, że minęliśmy ucieczkę. Od tego momentu byłem już liderem, a Rysiek mi pomagał – wspomina Charucki. Choć skromnie zaznacza, że zawsze stał w tym drugim rzędzie.

W 1982 roku stał się zawodnik Dolmelu zawodowcem. Kierunek Francja. Normandia. Spędził tam 11 lat, nauczył się języka, wygrał wiele wyścigów i sporo pieniędzy. Choć te zaczął zarabiać już wcześniej. Gdy w 1978 roku zwyciężył w Tour de Mexico, dostało mu się 20 tys. dolarów! – Miesięcznie zarabiało się wtedy 10-15 dolarów. Kupiłem mieszkanie na ul. Legnickiej, dostałem talon od ministra przemysłu na poloneza – obrazowo porównuje. – Ale we Francji łatwo nie było. Żaden miejscowy nie chciał oddać swego kawałka chleba, początkowo języka nie znałem, uczyłem się go z lotu ptaka – dodaje. We Francji właśnie nawiązał Charucki kontakty, które do dziś przydają się w biznesie. Wrócił w 1992 roku, założył ze wspólnikiem firmę Harfa. Po jakimś czasie podzielili majątek, każdy poszedł w swoją stronę.

– Zaczynaliśmy na Zielińskiego od 40 m kwadratowych. Teraz mam 2 tys. m. Prawdziwy biznes zaczął się w 98 roku. To był przełom, m.in. dlatego, że Mavic po czterech latach zdecydował się na jednego dystrybutora. Na mnie – mówi Charucki, w branży kolarskiej handlujący towarem najwyższej klasy, czemu niektórzy przyszłości nie wróżyli. Nie mieli racji.

– Bo ja nie chcę być największy. Ja chcę być najlepszy. To od zawsze moje motto. Dlatego nie chciałem zarabiać od razu. Inwestowałem – mówi. Ma łeb. Jak jego własny sklep. Widzieliście?

WOJCIECH KOERBER

Henryk Charucki urodził się 2 grudnia 1955 roku w Ostrowi Mazowieckiej. Kluby: LZS Zambrów, Dolmel Wrocław, Flota Gdynia. Zwycięzca TdP 79, mistrz Polski w wyścigu górskim 79, uczestnik MŚ (47. miejsce). Wygrał blisko 200 wyścigów. Dziś właściciel firmy Harfa-Harryson, dystrybutor takich marek jak Mavic, Michelin, Sram, także zastępca dyrektora sportowego TdP. Jest jednym z ośmiorga dzieci państwa Charuckich, którzy ostatnie lata życia spędzili u niego, we Wrocławiu. Do dziś pomaga rodzeństwu. Ma córkę Kamilę (lat 33), absolwentkę prawa na UWr., która szykuje się do aplikacji. Syn Paweł (lat 31) był młodzieżowym mistrzem Polski.