lotto partner główny serwisu
czw. Lip 18, 2019

Henryk Charucki z synem, Pawłem.

Kolarskie imperium Henryka Charuckiego

Paproć Duża, gdzieś tam hen hen na wschodzie kraju. Już Podlasie pełną gębą. Niewielka wioska, ledwie czterystu mieszkańców z okładem, wszelako z dwóch rzeczy słynąca. Po pierwsze – ślub brał tam sam marszałek Józef Piłsudski. Po drugie – urodził się tam Henryk Charucki.

Charucki to także wielki wódz. Imperium kolarskiego, które stworzył własnym sumptem – Dolnośląskiego Centrum Rowerowego przy ul. Robotniczej we Wrocławiu. Jest jak spod igły. Ludzie mówią, że drugiego tak kompletnego w Polsce nie ma.

– Jeździć zaczynałem w LZS-ie Zambrów, a gdy przeszedłem do kat. młodzieżowej, koordynator Jerzy Kłoszewski ciągle mnie namawiał, bym przeszedł do porządnego klubu. Mówił – za duży talent jesteś, byś się tu miał zmarnować, na odludziu, na końcu świata – przypomina Henryk Charucki, zwycięzca Tour de Pologne z 1979 roku. Ale spokojnie. Najpierw trzeba się wydostać z tej maleńskiej Paproci Dużej. Do Dolmelu Wrocław. Jak?

– Napisałem list do sekretarza Jerzego Wizowskiego, który stał się drogowskazem moim. Gdyby nie on, nie rozmawialibyśmy tu – zaznacza Harry. A rozmawiamy w jego królestwie, w jego gabinecie. Jak mówią dziś młodzieżowcy – wypas. To Wizowski właśnie załatwił młodemu chłopakowi pracę w Dolmelu i miejsce w klubie. Trzeba było się zacząć przebijać. Jan Brzeźny tak wspomina początki Charuckiego w wielkim mieście. I w nowym klubie: – Pamiętam, że przychodził taki chłopak, siadał przy stole, niekiedy po paru godzinach wciąż siedział, w końcu spoglądał na zegarek i wychodził. Okazuje się, że czekał po prostu na rower, a że pracował na drugą zmianę, to musiał w końcu uciekać do tej roboty.

Czy podobnie wspomina to Charucki? – W ogóle to pracowałem na trzy zmiany, u pana Mielczarka. Na dziale, gdzie były produkowane cewki do turbin. Na statki, do tramwajów również. I rzeczywiście czekałem tak na ten rower. Bo wtedy w Dolmelu było czterdziestu seniorów. Na początek dostałem więc taki rower byle jaki. A że przyjechałem do Wrocławia 4 lipca 1974 r., była pełnia sezonu, to na ten obiecany musiałem czekać. W końcu jednak, po dwóch tygodniach, mechanik mi go złożył – wyjaśnia biznesmen.

Rower już jest, trzeba jeszcze zrobić z niego użytek. Wyprzedzić konkurencję. – Nie miałem wtedy klasy mistrzowskiej, która dawała np. dożywianie. Po pierwszych wyścigach trener Żelaznowski wstawił mnie jednak do pierwszej drużyny. I z Szurkowskim w składzie wygraliśmy mistrzostwo okręgu. Do grudnia jeszcze trenowałem i pracowałem jednocześnie. Zimą byłem już urlopowany na zgrupowania. Pierwsze – testowe. By sprawdzić, jak się będę rozwijał. W 75 musiałem zrobić wyniki, by trafić do Legii bądź Floty Gdynia. To właśnie były wówczas jedyne wojskowe kluby. A zatem z Polski mogły przyjąć maksymalnie dziesięciu chłopaków, podczas gdy mocnych chętnych było 40-50. Nie jak dziś, gdy trzeba szukać kolarzy. Nie pozostało mi nic innego, jak powalczyć o miejsce w jednej bądź drugiej drużynie klubowej. Każda liczyła sześć osób, a przypominam, było nas czterdziestu. A jak już się było w tej drugiej drużynie, trzeba było walczyć po trupach, by się w niej utrzymać. Ja miałem szczęście, że trener Żelaznowski na mnie postawił. W ogóle miał nosa. Gdy postawił na Szurkowskiego, to mu podbił świat. Gdy ściągnął Brzeźnego z Faltynem, też zaczęły się wyniki – tłumaczy.

Po udanym kolejnym sezonie, kilku zwycięstwach i miejscu w kadrze młodzieżowej, młody Heniek trafił do Floty. Spędził w niej dwa lata, zdobywając m.in. drużynowe wicemistrzostwo kraju z Tadeuszem Mytnikiem. – Miałem iść do Legii, lecz chlasnął mnie klubowy kolega. Który? A był taki Mieczysław Widziak. Pożytku tam z niego nie mieli, nawet do końca służby nie dotrwał. Później chciała mnie i Flota, i Dolmel, który zapewnił te same warunki. Wróciłem, bo koszula bliższa ciału – zauważa Charucki.

Największe sukcesy? W barwach Dolmelu, po tym wojsku właśnie. Choć najpierw, w 1978 roku, triumf w Tour de Pologne przeszedł koło nosa. I właśnie koło nosa została pamiątka na całe życie. Dłuuuga szrama. – Byłem liderem, zostały trzy etapy z feralnym włącznie. A przed nami góry, moje góry. Tę kraksę spowodował Mytnik z kimś tam, zjeżdżaliśmy do Zawoi, w Beskidach. Przed lotną premią się sczepili po lewej stronie, wtedy wszyscy odbili na prawo i leżało nas z piętnastu. Ja przeleciałem przez tę kupę i nic by się nie stało, gdyby ktoś nie przejechał mi kołem i tymi pedałami z noskami po szyi. Cała twarz poharatana, wylądowałem w szpitalu w Makowie Podhalańskim. Operacja trwała 2 godziny 40 minut, musieli mi pozszywać skórę, śluzówkę od wewnątrz itd. Kiedy przyjechał do szpitala prezes Dolmelu, nie poznał swojego zawodnika. Minął mnie na schodach. Miałem głowę jak koń – uśmiecha się dziś mały wojownik. Później pokazał, że ma też głowę do interesów. Ale po kolei. Efektownie wyrżnął również Harry w Limanowej (1975) na Małopolskim Wyścigu Górskim.

– A tak. Trzeba wiedzieć, że wcześniej błysnąłem m.in. w Nowej Rudzie na czasówce pod górę. I w Małopolsce też zabierałem się z czołówką, jako jeden z nielicznych. W Limanowej był spór między Szurkowskim i Szozdą, który ma wygrać. Ja już wtedy wiedziałem, że pójdę do Floty, a w czołówce był też stamtąd Mytnik. Powiedział więc – “to puśćcie młodego Harry’ego, dajcie mu wygrać etap, przecież jeździł już z nami zawsze w czołówce”. Staszek Szozda mnie lubił, mówi – ja się zgadzam. A Rysiek był z mojego klubu, więc też nie mógł powiedzieć nie. Na 5 km przed metą kazali mi odjechać na 200 m. W związku z tym, że szykowało się pierwsze grube zwycięstwo, a meta była na stadionie, nie chciałem tam specjalnie hamować. Nie wiedziałem, że na żużlu jest tak miękko. Jak nie wypierniczyłem orła, to znalazłem się aż na środku murawy. A za chwilę wpadają oni. Najpierw Szozda, bo on świetnie po winklach chodził, po zakrętach. Wiele wyścigów tak wygrywał, Rysiek natomiast był nie do pobicia na prostych. I Szozda wpadając na stadion – nie widząc mnie – nie wierzył, że aż tak szybko poszedłem. Za chwilę jednak widzi, że… wygrał. Opieprzył mnie później, że tak wygruzowałem, a zanim się pozbierałem, to skończyłem siódmy – opowiada wrocławianin.

Podczas zwycięskiego TdP 1979 nie Harry był liderem grupy, a Szurkowski. Sport jest jednak piękny, bo nieprzewidywalny.

– Naszą drużynę metalowców prowadził wówczas niedawny prezes PZKol. Wojciech Walkiewicz. Taką zasadę przyjął, że do gór musiał mieć wszystkich górali w czołówce, by po drodze żadnego nie zgubić. Bo tam wszystko się może zdarzyć. Dojechaliśmy do gór, byłem drugi w klasyfikacji, ale Rysiek przyjeżdżał również wysoko. W Polanicy zaczęło się już prawdziwe pranie. Poszła ucieczka siedmiu ludzi. Nie zabrał się ani lider Michalak, ani ja, ani trzeci Cieślak, ani Rysiek. Mieli już oni 3,50 min przewagi, a w naszej grupie nie było komu gnać. Wszyscy ubici. Wtedy podjechał Walkiewicz i mówi – jeśli masz siły, to goń na własną rękę. Wiedziałem, że Ryśka nie puszczą te grupy, które miały swoich z przodu. Widziałem, że Cieślak jeszcze jako tako jedzie, mówię mu więc, że pod Spaloną odjeżdżam. Że jeśli ma siłę, niech się trzyma blisko mnie. Jak powiedziałem, tak zrobiłem. I zabrał się ze mną. Odrobiliśmy minutę pod Spaloną, minutę na Porębie, minutę pod Zieleńcem. Tak się rozpędziliśmy, że minęliśmy ucieczkę. Od tego momentu byłem już liderem, a Rysiek mi pomagał – wspomina Charucki. Choć skromnie zaznacza, że zawsze stał w tym drugim rzędzie.

W 1982 roku stał się zawodnik Dolmelu zawodowcem. Kierunek Francja. Normandia. Spędził tam 11 lat, nauczył się języka, wygrał wiele wyścigów i sporo pieniędzy. Choć te zaczął zarabiać już wcześniej. Gdy w 1978 roku zwyciężył w Tour de Mexico, dostało mu się 20 tys. dolarów! – Miesięcznie zarabiało się wtedy 10-15 dolarów. Kupiłem mieszkanie na ul. Legnickiej, dostałem talon od ministra przemysłu na poloneza – obrazowo porównuje. – Ale we Francji łatwo nie było. Żaden miejscowy nie chciał oddać swego kawałka chleba, początkowo języka nie znałem, uczyłem się go z lotu ptaka – dodaje. We Francji właśnie nawiązał Charucki kontakty, które do dziś przydają się w biznesie. Wrócił w 1992 roku, założył ze wspólnikiem firmę Harfa. Po jakimś czasie podzielili majątek, każdy poszedł w swoją stronę.

– Zaczynaliśmy na Zielińskiego od 40 m kwadratowych. Teraz mam 2 tys. m. Prawdziwy biznes zaczął się w 98 roku. To był przełom, m.in. dlatego, że Mavic po czterech latach zdecydował się na jednego dystrybutora. Na mnie – mówi Charucki, w branży kolarskiej handlujący towarem najwyższej klasy, czemu niektórzy przyszłości nie wróżyli. Nie mieli racji.

– Bo ja nie chcę być największy. Ja chcę być najlepszy. To od zawsze moje motto. Dlatego nie chciałem zarabiać od razu. Inwestowałem – mówi. Ma łeb. Jak jego własny sklep. Widzieliście?

WOJCIECH KOERBER

Henryk Charucki urodził się 2 grudnia 1955 roku w Ostrowi Mazowieckiej. Kluby: LZS Zambrów, Dolmel Wrocław, Flota Gdynia. Zwycięzca TdP 79, mistrz Polski w wyścigu górskim 79, uczestnik MŚ (47. miejsce). Wygrał blisko 200 wyścigów. Dziś właściciel firmy Harfa-Harryson, dystrybutor takich marek jak Mavic, Michelin, Sram, także zastępca dyrektora sportowego TdP. Jest jednym z ośmiorga dzieci państwa Charuckich, którzy ostatnie lata życia spędzili u niego, we Wrocławiu. Do dziś pomaga rodzeństwu. Ma córkę Kamilę (lat 33), absolwentkę prawa na UWr., która szykuje się do aplikacji. Syn Paweł (lat 31) był młodzieżowym mistrzem Polski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.