Bartosz Smektała kolekcja
lotto partner główny serwisu
betard
nie. Lut 23, 2020
wlodzimierz-luczak-wykonczenia-wnetrz
Polcopper

PO BANDZIE. Koerber: Bohaterowie regionalnych legend. “Gdyby nie pił, byłby mistrzem świata”

Przez media przetoczyła się już fala komentarzy, czy to aby na pewno właściwy ruch, że w Lesznie nie wykonano żadnego ruchu. Personalnego. A poza tym na branżowych łamach wciąż rządzi pan Ireneusz z Rzeszowa. Okazuje się, że w zmowie przeciwko niemu jest także Iversen. Pan Irek jednak obiecuje, że dojdzie, kto jest prowodyrem i za tym wszystkim stoi. A obiecywać potrafi.

Ta akademicka dyskusja o Fogo Unii, która popełnia błąd, bo nie miesza we własnym kotle, kompletnie mnie nie przekonuje. Bo po cholerę brać się za rozbiórkę tak świetnie zbilansowanego zespołu. Oczywiście, dopiero wiosną przyszłego roku zaczniemy się przekonywać, kto miał rację, lecz już dziś wiem jedno – nie przypominam sobie zespołu tak kompletnego na kartce papieru. Zresztą, już kiedyś wspominałem, że gdyby wziąć na warsztat i przejrzeć wszystkie leszczyńskie ogniwa, to każde nazwisko ma coś do udowodnienia. Sajfutdinow – że nie jest mniejszy od największych. Choć przy tych startach zostaje nieco za największymi. Hampel, Pawlicki i Kołodziej – w dużym skrócie, że należy im się miejsce w elicie. Kurtz – że podąża w kierunku elity, że nie zgubił szlaku. Każdej wiosny ma prawo wierzyć, że właśnie nadchodzi jego czas. Smyk ze Smoka – że ma do speedwaya smektałkę i dopiero powiedział „a”. A Kubera – że nie gorszy. Z drugiej strony patrząc, kogo tu wyrzucić i za jakie grzechy? Kołodzieja w nagrodę, że się dostał do Grand Prix i może w związku z tym przeżywać wahania nastroju? I ważna rzecz – kto w zamian? Mamy przecież świadomość, jak wyglądał rynek. Jak haki w sklepie mięsnym za komuny. Nagie haki.

Przypomnę tylko, że gdy Wrocławskie Towarzystwo Sportowe fundowało nam hat-tricka w latach 1993-95, czyniło to żelaznym składem, gwardią z roku na rok coraz starszą. Byli zasymilowani z Dolnym Śląskiem Knudsen, Śledź, Załuski i Baron, a do tego – wybaczcie stwierdzenie – unoszący się przy nich miejscowy plankton w osobach ukochanych swojaków: Piekarskiego, Lecha, Jankowskiego, Szuby, Zielińskiego. No i nie można zapomnieć o Protasie, który wsparł projekt przed ostatnim złotym rozdaniem. Dopiero po nieudanym sezonie 1996 w klubie uznano, że czas na zmiany. Świadkowie tamtych wydarzeń twierdzą, że padło zdanie o jednym zgniłym jabłku w skrzynce, które to sprawia, że pleśniowy nalot zaczyna przechodzić na pozostałe sztuki. I pozbyto się Załuchy. Zwracam również uwagę na fakt, że wrocławianie rządzili do czasu, gdy nie mieli dziur na pozycjach juniorskich. A zmieniło się to po wyrośnięciu Barona. U leszczynian może się to zmienić za rok. Choć nie musi, tam się talenty odpowiednio podlewa wodą święconą.

Często wspominam tamte lata, bo mam do nich ogromny sentyment. Stałem jeszcze wtedy po drugiej stronie siatki, z nosem między kratami i bez dostępu do ulubieńców. Dzięki temu właśnie kilku z nich tymi ulubieńcami było… Mówię Wam, czasem lepiej pozostać w krainie wyobraźni.

Równie miło wspominam zachowane obrazy z wcześniejszego dzieciństwa, końcówkę lat 80. Im człowiek był mniejszy, tym bardziej masywne wydawały mu się te żużlowe sylwetki. Otóż na próbę toru wyjeżdżali z reguły ci najbardziej doświadczeni, a przy okazji najokrąglejsi, by dostojnie pokonać dwa kółeczka przy krawężniku i dwa nieco szerzej. Nazywali się, dla przykładu, Kuźniar, Kępa, Kędziora, Gomólski, Pogorzelski, Kasprzak… To nie były ułomki. Chociaż w tamtych czasach wielu borykało się wciąż z innym problemem, mianowicie gorzałka nie uchodziła za wroga, lecz przyjaciela o działaniu leczniczym, dopiero później zastąpiona została przez… psychologów. Stąd też brali się m.in. mistrzowie dwóch kółek na dwa kółka, a wierni kibice, wciąż żyjący nadzieją, kręcili głowami: „No, gdyby nie pił, byłby mistrzem świata!”

Wiele żużlowych ośrodków miało na stanie takich niedoszłych championów, byli to niespełnieni bohaterowie regionalnych legend. I miało to niepowtarzalny swój urok. W czasach mojej maleńkości, we Wrocławiu – jak głoszą miejscowe podania i legendy przekazywane z pokolenia na pokolenie – za takiego niedoszłego championa i zmarnowany talent uchodził Sławomir Gonciarz. Nota bene kilka lat temu dostrzegłem go jako parkingowego obok wrocławskiego Dworca Świebodzkiego. Świetnie pamiętam 1991 rok i otwierający sezon remisowy mecz Sparty-Aspro ze Stalą-Westą Rzeszów. Wtedy właśnie zaczynał się cały boom, bo pośród jednakowych, przyblakłych i pozbawionych jakichkolwiek napisów klubowych skór (poza napisem WKM Sparta) pojawiły się dwie kolorowe i świecące: Tatuma oraz Louisa. Ale mniejsza z tym, wtedy właśnie po upadku Gonciarza w łuku Bartek Czekański napisał – stając w obronie zawodnika – że jakiś kretyn zbyt mocno napompował przednią oponę w motocyklu Sławka. I dlatego nie utrzymał maszyny. Mnie wtedy na trybunach nie było, musiałem polegać na relacjach prasowych, wizualizując sobie przebieg spotkania.

Ku chwale Rzeszowa ścigali się wówczas Adorjan, Nagy, Stachyra czy Krzystyniak, który jako jedyny skutecznie dobrał się do tej skóry Tatuma z innego, lepszego świata. A dziś mamy zakontraktowanych w Rzeszowie około piętnastu wierzących. Wierzących, którzy każdego dnia odpalają internet z nadzieją, że przeczytają o jakimś udanym biznesie i finansowym sukcesie prezesa Nawrockiego. Pan Irek natomiast regularnie przekonuje, że dojdzie, kto chce go wykończyć. Ostatnio się okazało, że w zmowie jest również Iversen. Bo upomniał się o należne pieniądze.

Mniej więcej rok temu o tej porze wielu z nas chciało widzieć w panu Irku bohatera złotych myśli z faceboooka, że oto wszyscy mówili, że się nie da, aż w końcu pojawił się ktoś, kto nie wiedział, że się nie da i po prostu to zrobił. Zresztą kilku do dziś w to wierzy. Nawrocki sądził naiwnie, że uczyni z żużla źródło dochodu, a przecież wiemy wszyscy, że do tego biznesu głównie się dokłada. Chociaż ekipy BSI czy One Sportu, na takie słowa, uśmiechają się zapewne pod nosem, chichocząc: „Popatrz, k…, a nam wychodzi”. No ale okoliczności przyrody muszą sprzyjać. Wniosek – im dłużej ta zabawa będzie trwać, tym mniejsze szanse, że speedway w Rzeszowie przetrwa, moim skromnym zdaniem, rzecz jasna.

Odnoszę wrażenie, że jedyną grupą, której pan Irek daje ostatnio zarobić, są dziennikarze. Dzięki niemu właśnie regularnie zapełniają szpalty. Choć nie myślcie, że również kieszenie. Nie w tym biznesie.

Wojciech Koerber