Główny partner portalu

Maciej Janowski. Foto: Jarek Pabijan
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Kolejnym gościem naszego cyklu “Pod szprycą pytań”, w którym pozwalamy Czytelnikom lepiej poznać osoby ze środowiska żużlowego – od zawodników, przez trenerów, osoby funkcyjne i działaczy, aż po dziennikarzy – jest indywidualny mistrz Polski z 2015 roku, Maciej Janowski. Jeden z najlepszych zawodników na świecie udzielił nam długiego, dwuczęściowego wywiadu. W pierwszej odsłonie (ukazała się w czwartek, 28 maja – dla tych, którzy nie widzieli, link na końcu artykułu) porozmawialiśmy o zainteresowaniach wrocławianina, początkach na żużlu, jego idolach oraz trenerach. Tematami tej części są dotychczasowe osiągnięcia w Grand Prix i ligach, kondycja amerykańskiego, brytyjskiego czy szwedzkiego speedwaya oraz podsumowanie dotychczasowych dokonań krajowego lidera Betard Sparty Wrocław. Zapraszamy.

Od jakiegoś czas obserwujemy nową modę, zgodnie z którą czołowe polskie kluby organizują obozy w Europie Południowej – Betard Sparta na Malcie, Motor Lublin we Włoszech czy Fogo Unia w Hiszpanii. W poprzednich latach te okresy przygotowawcze odbywały się z reguły w polskich górach. Czy wspólne treningi są faktycznie pomocne dla zespołów? Jeśli tak, gdzie objawia się ich największa wartość – w przygotowaniu fizycznym czy jednak bardziej w „team spirit”? Czy także sceneria śródziemnomorska polepsza Wasze przygotowanie, czy nie ma większego znaczenia podczas ćwiczeń?

Osobiście bardzo sobie cenię takie wyjazdy. Jest to niesamowita okazja do integracji z drużyną i warto spędzić czas z kolegami przed sezonem. W trakcie rozgrywek mijamy się na treningach czy na zawodach, ale to coś zupełnie innego. Co do miejsca obozu, zmiany w ostatnich latach są podyktowane dostępnością kurortów śródziemnomorskich. Obecnie koszty wyjazdu do Zakopanego czy Szklarskiej Poręby i wylotu na Maltę są bardzo zbliżone. Warto złapać trochę słońca przed rozpoczęciem sezonu, lecz sceneria nie jest najważniejsza – głównie powinno chodzić o trening i jego intensywność.

Przywoływany w pierwszej części rozmowy Piotr Świderski zwracał uwagę na to, że o ile korzyści pod względem zintegrowania zespołu są wymierne, o tyle narzucenie całej drużynie jednakowego reżimu treningowego może się odbić zawodnikom czkawką. W końcu każdy z Was ma inne preferencje, obciążenia czy harmonogram przygotowań i nagłe zmiany mogą tylko rozstroić Wasze treningi, a nawet organizmy. Czy podzielasz jego pogląd?

Wszystko zależy od tego, jaki schemat ma dany klub i kto odpowiada za przeprowadzanie zajęć. Z perspektywy Betard Sparty mogę powiedzieć, że prowadzone są wspólne treningi przez całą zimę, więc u nas ten problem raczej nie występuje. Na pewno jeśli ktoś trenuje indywidualnie zgodnie ze swoim cyklem i trafi w inny reżim, będzie mógł mówić o zaburzeniach, ale we Wrocławiu mamy od tego dobrego specjalistę, Mariusza Cieślińskiego, który wie, co trzeba zrobić w danym momencie, i nie słyszałem o jakichkolwiek głosach sprzeciwu. Chyba wszyscy byliśmy zgodni, że Malta może nam tylko pomóc.

W pytaniu o ulubione miejsce na wakacje wspomniałeś o Stanach Zjednoczonych. Z tego co wiem, byłeś tam kilka lat temu z innymi żużlowcami, bodajże między innymi z Przemysławem Pawlickim, i wspólnie jeździliście na tamtejszych torach. W swojej karierze miałeś także okazję startować w Australii. Jako że jesteś jednym z nielicznych polskich żużlowców, którzy zasmakowali żużel w wydaniu pozaeuropejskim, czy możesz się odnieść do charakterystyki tamtejszych owali? Czy one faktycznie tak skrajnie różnią się w porównaniu z polskimi i szwedzkimi odpowiednikami? Które elementy rzemiosła żużlowego można na nich najlepiej oszlifować?

Precyzując, w Australii startowałem jedynie podczas Grand Prix w Melbourne na sztucznym torze. Wraz z braćmi Pawlickimi mieliśmy plan, by polecieć tam w tym roku w listopadzie na turniej Darcy’ego Warda, ale ciężko powiedzieć, czy to będzie możliwe w obecnej sytuacji. Każdy tor jest inny i z każdego z nich można wynieść ciekawą lekcję. Tory w Stanach są bardzo małe i kręte. Technika jazdy jest zupełnie inna niż w naszych warunkach. Miałem okazję jeździć tam dwa razy i sprawiało mi to ogromną frajdę.

Wskazujesz na to, że amerykańskie tory są trudne technicznie. Wydaje mi się, że dzięki temu tamtejsi żużlowcy powinni sobie dobrze radzić na teoretycznie prostszych obiektach w Europie, a przecież od trzydziestu lat nie przebił się tu żaden żużlowiec z kraju „Gwieździstego Sztandaru”. W ubiegłym roku miałem okazję obserwować na żywo Luke’a Beckera, który chyba jako pierwszy po czasach Hancocka czy Hamilla rokuje na dużą karierę. Czy myślisz, że problemy amerykańskiego speedwaya wynikają głównie z powodów finansowych, czy przyczyn należy upatrywać w innych miejscach?

Na pewno bardzo dużym problemem jest brak dostępu do większych torów. To, co z jednej strony jest zaletą amerykańskich obiektów, z drugiej strony sprawia, że tamtejsi adepci nie są przyzwyczajeni do rozwijanych przez nas prędkości. Mają ogromne zdolności techniczne, ale i tak przybycie do Europy wymusza na nich kompletną zmianę swojego stylu jazdy. To właśnie w tym upatrywałbym największych ograniczeń.
Niemniej widać, że na horyzoncie rysuje się poprawa i zmiana niekorzystnego trendu. Poza wspomnianym przez ciebie Luke’em Beckerem są inni chłopcy, choćby Broc Nicol. Kibicuję im i myślę, że ich kariery mogą potoczyć się w dobrym kierunku, ale kluczowy będzie proces dostosowania się do naszych warunków. Mam też nadzieję, że w nieodległej przyszłości powstanie w USA tor spełniający europejskie standardy, co usprawni przejście tamtejszych chłopaków do Szwecji i Polski.

Pozostańmy przy tematyce żużla zagranicznego, lecz tym razem w wydaniu brytyjskim i szwedzkim. Startowałeś w zmaganiach ligowych w obu tych państwach, pierwotnie łącząc to ze sobą. Przed sezonem 2015 – pierwszym w cyklu Grand Prix – zrezygnowałeś na rok z jazdy w Szwecji i zdobyłeś trzeci tytuł mistrzowski z rzędu w barwach Poole Pirates. Po tym dokonaniu pożegnałeś się z Anglią i… wróciłeś już na stałe do Szwecji, gdzie od 2016 roku jeździsz w barwach Dackarny Malilla. Czym były podyktowane te decyzje? Głównym problemem Poole i całego tamtejszego żużla są względy finansowe, czy też chodzi o możliwość rywalizowania z większą liczbą czołowych zawodników, a to zapewniają Szwedzi?

Kiedy zaczynałem swoją jazdę na żużlu, kwestie pieniędzy miały nawet nie drugorzędne, a jeszcze dalsze znaczenie. Chodziło o możliwość stałego podnoszenia swoich umiejętności i Anglia dawała tu ogromne możliwości. Zawsze traktowałem tamtejsze rozgrywki głównie w kategoriach szkoleniowych. Z czasem zaczynało się to zmieniać, bo im wyższy poziom chcesz osiągać, tym bardziej rosną nakłady na cały ten sport.
W 2014 roku uzyskałem awans do cyklu Grand Prix. Musiałem wtedy podjąć decyzję co do miejsc, w których będę startował. Było to podyktowane w ogromnej mierze kwestiami logistycznymi – pogodzenie startów w PGE Ekstralidze, w Elitserien, w ówczesnej Elite League i dodatkowo dwunastu rund GP odbiłoby się na mojej regeneracji. Nie miałbym właściwie ani jednego dnia odpoczynku, a i samo przemieszczanie się pomiędzy poszczególnymi ośrodkami nastręczałoby wielu trudności. W pierwszym sezonie zrezygnowałem z jazdy w Szwecji, ale później negatywna selekcja dotknęła Wielką Brytanię. Koniec końców, tam spotkań jest znacznie więcej niż w innych ligach.

W ostatnich latach bardzo widoczny jest odpływ czołowych zawodników nie tylko z Anglii, ale też ze Szwecji. Choćby na sezon 2020 kontaktów tam nie podpisali Tai Woffinden czy największa miejscowa gwiazda dyscypliny, Fredrik Lindgren. Czy i Ty miewasz myśli, by ograniczyć liczbę startów wyłącznie do PGE Ekstraligi i zmagań indywidualnych?

Na pewno nie chciałbym podjąć takiej decyzji. Jestem typem żużlowca, który potrzebuje kilku startów tygodniowo, by jakość jazdy pozostała na odpowiednio wysokim poziomie. Trzymam kciuki za Szwedów, że się obronią a zainteresowanie żużlem zamiast maleć, zacznie ponownie rosnąć.   

Maciej Janowski. Fot. Jarek Pabijan.

Mimo że jesteś – w mojej ocenie – najlepszym wrocławskim żużlowcem nie tylko współcześnie, ale i w całej historii żużla w stolicy Dolnego Śląska, bywasz deprecjonowany przez mało liczną, ale stosunkowo głośną grupę kibiców Twojego macierzystego klubu. Sam byłem świadkiem pewnych zdarzeń, kiedy to podczas spotkań wyjazdowych większość zorganizowanej grupy trzymała za Ciebie kciuki, co spotykało się z, eufemistycznie rzecz ujmując, nieprzychylnym odbiorem Twoich antyfanów. Jaki masz do tego stosunek i co uważasz za przyczynę tej animozji? Cała historia wynika z Twojego odejścia do Unii Tarnów, czy należy wskazać coś jeszcze?

Konflikt wywiązał się przy wspomnianym przez ciebie transferze z Wrocławia do Tarnowa. Pojawiały się wówczas nieprawdziwe informacje na temat tła mojego odejścia z klubu. Garstka ludzi, którzy zaczęli mnie z tego powodu obrażać, jest mentalnie na poziomie dzieci. Nie mają pojęcia, jak wygląda rynek transferowy i przejścia zawodników między klubami. Transfery są przecież nieodzownym elementem tego sportu. Początkowo mnie to dotykało, ale jeżeli próbujesz komuś wytłumaczyć coś dziesięć razy, a nie przynosi to żadnego skutku, to jedenasty raz tego nie zrobisz.

Czyli początkowo była z Twojej strony wola pojednania…

Wiesz co, mieliśmy bardzo dużo nieprzyjemnych sytuacji – od rzucania pieniędzmi na prezentacji, aż po groźby, więc ciężko w takich sytuacjach mówić o pojednaniu… Ci ludzie są mi już obojętni. Szkoda tylko tego, że tak jak mówisz, na stadionie jest mnóstwo przychylnych mi osób, a mogą się poczuć pominięci. Po prostu wolę nie zaogniać sytuacji i nie prowokować konfliktów. Czasami przejdę się pod trybunę, lecz mam swoją godność i nie pozwolę, aby mi w ten sposób ubliżano.

Kończąc ten temat, wspomniałeś, że niekiedy ta niechęć ze strony grupki fanów przybierała kształt gróźb. Czy po dziś dzień zdarzają się sytuacje, w których ktoś Ci ubliża widząc Cię na mieście, czy jedynym forum wylewania tej frustracji pozostały trybuny?

Miałem kiedyś jedną sytuację podczas mszy za świętej pamięci Lee Richardsona we wrocławskiej Katedrze. Podbiegło do mnie wtedy z ośmiu osiłków i chcieli się ze mną „próbować” na pięści, ale to była jedyna taka sytuacja w moim życiu. Nigdy więcej nie miałem takich nieprzyjemności na mieście. To jest tak, że oni czują się mocni w grupie podczas zawodów. Jeden podkręca drugiego, każdy stara się popisać, wyjść na fajniejszego od reszty… Dorośli ludzie, a takie pierdoły im w głowach.

W latach 2017-2018 zajmowałeś czwarte miejsca w klasyfikacji cyklu GP. Chyba tylko z pozoru są one sobie równie. W końcu w pierwszym z nich byłeś nawet liderem po siedmiu rundach, lecz później przyszła runda aż czterech turniejów zakończonych już po fazie zasadniczej i wymknęły się nie tylko korona króla żużla kosztem Jasona Doyle’a, ale też pozostałe dwa medale. W drugim, przez wiele miesięcy toczyłeś zaciekły bój  o brąz z Fredrikiem Lindgrenem, przegrany o grubość opony podczas rundy w Toruniu. Którego z tych sezonów szkoda Ci bardziej? Kiedy była większa szansa na medal i w czym upatrujesz przyczyn ostatecznego miejsca tuż-tuż, ale jednak poza podium?

Raczej nie zastanawiałem się nad porównaniem tych sezonów. Obydwa z nich sprawiły, że jestem lepszym zawodnikiem, z coraz większym doświadczeniem. Tamtych niepowodzeń nie biorę sobie do głowy i skupiam uwagę na ewentualnych poprawkach w sprzęcie i tego typu kwestiach, a nie na samej analizie statystycznej poszczególnych zmagań. Żużel to strasznie pogmatwany sport i jak rozmawiam z Gregiem, to on mnie uspokaja mówiąc, że do ostatniego dnia kariery uczył się pewnych rzeczy.

Wracając jednak do sezonu 2017, był on – z perspektywy bacznego obserwatora speedwaya – wyjątkowo dziwny w wykonaniu nie tylko Twoim, ale też całej Betard Sparty. Kwestię Grand Prix już omówiliśmy, ale podobny przebieg miał sezon dla wrocławskiego klubu. Do sierpnia szliście jak burza, pokonując głównych rywali także na wyjazdach. W końcówce fazy zasadniczej przyszła zadyszka, która rzutowała także na play-offy. Co prawda po pamiętnym półfinale udało się pokonać Stal, lecz w finale z Unią Leszno nie było tak kolorowo i 25-lecie WTS-u oraz powrót na Stadion Olimpijski okraszono „zaledwie” srebrem. Ty z poziomu absolutnego lidera zespołu i pewniaka do dwucyfrówek zjechałeś do odpowiednio dwóch, siedmiu i jeszcze raz siedmiu punktów w trzech ostatnich meczach sezonu. W czym upatrujesz przyczyn tej porażki? Decydował wyłącznie sprzęt, czy też inne czynniki – może presja?

Na pewno wszystkiego po trochę. W żużlu jest tak, że sprzęt przekłada się na twoje samopoczucie – buduje pewność siebie i możliwość dokonywania dużych rzeczy na motocyklu. Tak jak wspominałeś, cały sezon szedł mi bardzo dobrze i w którymś momencie mogło dojść do przemęczenia, chociaż uważam, że byłem dobrze przygotowany i sam po sobie tego nie odczuwałem. Wkradła się presja, ale też problemy mechaniczne. Niestety zdiagnozowaliśmy je dopiero po sezonie.

Powoli kończąc, przejdźmy do ostatniego sezonu. Początek zmagań w 2019 roku – zarówno druga połowa meczu w Lesznie, świetny występ z Falubazem, jak i dwie pierwsze serie meczu w Grudziądzu – wyglądał niezmiernie obiecująco. Przez wypadek z Krzysztofem Buczkowskim i Przemysławem Pawlickim uciekła Ci jednak runda w Warszawie, a starty na lubianych przez Ciebie torach w Pradze i w Krsko były dalekie od ideału… Czy uważasz, że gdyby nie ta kontuzja odniesiona podczas majówkowego meczu z GKM-em, mógłbyś skutecznie powalczyć z Leonem Madsenem i Bartoszem Zmarzlikiem o tytuł mistrzowski?

Oj, tego już się nie dowiemy… (śmiech). Ciężko powiedzieć i raczej nie ma co gdybać. Kontuzja wyhamowała moje wejście w sezon, ale wypadki są wkalkulowane w ten sport. Nie myślałem o tym w kategoriach „co by było gdyby”. Wydaje mi się, że mimo tej kontuzji sezon był naprawdę dobry. Czasami myślę, że wróciłem troszkę zbyt szybko – mam tu na myśli start w Krsko – ale ta chęć zdobywania punktów nie dawała mi spokoju i ciężko mi było usiedzieć w domu. Paliłem się do jazdy już na Warszawę i decyzja o opuszczeniu tejże rundy była odkładana przeze mnie do samego końca. Siedziałem na motocyklu w warsztacie i wyginałem się na nim, sprawdzając, czy dam radę wystartować w zawodach. Podobne próby podjąłem też na torze. Niestety ani starty, ani wejścia w łuk nie pozwalały na uczestnictwo w warszawskiej eliminacji. Ręka miała za mało siły. Podsumowując, podjęcie tamtej decyzji było trudne, ale takich analiz nie przeprowadzałem.

Tak się składa, że byłem na tamtym meczu w Grudziądzu i pamiętam drogę powrotną na Dolny Śląsk. Wraz z kolegami dywagowaliśmy, jak cała ta historia może się skończyć nie tylko dla Ciebie, ale i dla całej Betard Sparty. W tamtym momencie zobaczyliśmy Twoje zdjęcie na Instagramie, gdzie siedziałeś z  bardzo smutną miną, a obok Ciebie stała kroplówka. Ten uraz, dzięki Bogu, był jednym z poważniejszych w Twojej dotychczasowej karierze., lecz czy uważasz, że kontuzja odniesiona u progu sezonu, kiedy całe środowisko żyje oczekiwaniami, jest jeszcze bardziej dotkliwa niż te, których zawodnicy doznają w trakcie rozgrywek?

Każda kontuzja jest zła i to niezależnie od fazy sezonu, w której ją odnosimy. Na pewno jednak wypadek u progu rozgrywek jest bardzo demotywujący. Przygotowujesz się całą zimę, pierwsze rezultaty są bardzo dobre, a tu wszystko się sypie jak domek z kart. Dodatkowo każdy z zawodników ma nadzieję na jak najszybsze pozbieranie się do kupy i walczy o prędki powrót na tor. Przez to nie ma czasu na wyleczenie się i dojście do stuprocentowej sprawności. W efekcie, ból w trakcie sezonu nawracał, a to skutkowało czasami lepszymi, czasami gorszymi wynikami… Miewałem problemy nocami – mogłem spać tylko na plecach. Ciągle pracowałem nad ręką. Ta blacha, którą mi wstawiono, miała być usunięta po trzech miesiącach, ale nie chciałem przerywać startów po raz kolejny i pod koniec sezonu zmęczenie było bardzo duże, co też przełożyło się na wyniki, lecz patrząc z perspektywy całego sezonu i dotkliwej kontuzji, nie było tak źle.

Powoli podsumowując naszą rozmowę, chciałbym Cię zapytać o Twoje największe sukcesy w karierze. Charakterystyką sportu żużlowego jest to, że starty żużlowców można podzielić na trzy kategorie – indywidualne, drużynowe i reprezentacyjne. Zacznijmy od pierwszej z nich. Masz na swoim koncie m.in. indywidualne mistrzostwo Polski z 2015 roku, wywalczone w niespotykanym dotąd stylu. Przez całe zawody aż 6 razy dojeżdżałeś do mety na drugiej pozycji, by w finale pokonać faworyta miejscowej publiczności, Bartosza Zmarzlika. Innym wielkim osiągnięciem było zdobycie tytułu mistrza świata juniorów, kiedy to wygrałeś rywalizację z Darcy’m Wardem. Czy to właśnie te trofea są dla Ciebie najcenniejsze, czy wskazałbyś na coś innego?

Tak jak mówisz, mistrzostwo Polski było super, ale zmagania z Darcy’m to też kapitalna historia i ciężko mi wyróżnić jeden tytuł kosztem drugiego. Były też inne sukcesy, choćby zwycięstwa w pojedynczych rundach Grand Prix, ale to właśnie te trofea z 2011 i 2015 roku są dla mnie szczególne.

Maciej Janowski podrzucany przez kolegów z toru po wywalczeniu tytułu najlepszego juniora globu. Gniezno, 2011. Fot. Jarek Pabijan.

A jak wygląda Twoja hierarchia sukcesów ligowych? W Anglii zdobywałeś mistrzostwa z Poole, w Szwecji z Piraterną Motala. Masz także na koncie tytuł mistrzowski w Polsce – 2012 roku i wygrana z Unią Tarnów – oraz szereg medali z Betard Spartą Wrocław…

Na pewno potrójna korona z Poole Pirates w latach 2013-2015 była fantastycznym przeżyciem. To była zabawa, którą udało się połączyć ze świetną i skuteczną jazdą. Okres spędzony w Tarnowie również wspominam pozytywnie. Mieliśmy znakomitą ekipę i w 2012 roku udało się zdobyć złoto, a w 2013, kiedy nie było już z nami Grega Hancocka, a ja przeszedłem na pozycję seniorską, dołożyliśmy brąz. Także te sukcesy z Wrocławiem są cenne. Szkoda, że jeszcze nie mam w dorobku złota ze Spartą, ale wszystko przed nami.

Kończąc ten trójpodział, co jest Twoim największym sukcesem reprezentacyjnym. Masz na koncie dwa lub trzy, zależy jak liczyć (w 2016 roku Maciej wystartował w zwycięskim półfinale DPŚ w Vojens, lecz w finale w Manchesterze zastąpił go Krzysztof Kasprzak – przyp. red.), drużynowe puchary świata. Czy to właśnie one mają dla Ciebie największą wartość spośród zdobyczy wywalczonych w biało-czerwonych barwach?

Medalu za edycję z 2016 roku nie dostałem, więc ciężko powiedzieć… (śmiech). Wszystkie sukcesy z orłem na piersi były wyjątkowe, ale najlepszym wspomnieniem z kariery reprezentacyjnej są The World Games z 2017 roku. Byłem ambasadorem całej imprezy, a dodatkowo zmagania miały miejsce we Wrocławiu. Startowi towarzyszyło mnóstwo emocji i wzruszeń. Dopingowała mnie cała rodzina i przyjaciele, co pomogło w osiągnięciu świetnego wyniku.

Omówiliśmy sukcesy, to teraz czas na ich nieprzyjemne przeciwieństwa. Co uważasz za największe rozczarowanie w dotychczasowej przygodzie z żużlem?

Wyrzucenie z kadry. Za tyle zawodów, które odjechaliśmy, za te wszystkie punkty przez nas zdobyte, upadki, medale… Ta historia została rozdmuchana przez nastawioną do nas wrogo część mediów. Nie śledziłem na bieżąco wszystkich komentarzy, które padały pod moim adresem, ale ciężko oprzeć się wrażeniu, że wszystko zostało odpowiednio nakręcone. Zdziwiło mnie, że cała kadra postanowiła posłuchać i uwierzyć w jakieś plotki, nie biorąc pod uwagę mojego zwolnienia lekarskiego, które z góry podważono. Zawsze twierdzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny i ta sytuacja dowodzi tej tezy.

Maciej Janowski w barwach reprezentacji Polski. Fot. Jarek Pabijan.

Co jest Twoim największym marzeniem związanym z żużlem? Zapewne wskażesz tytuł indywidualnego mistrza świata, dlatego nieco komplikując odpowiedź na pytanie, czy zdobycie tego tytułu sprawi, że uznasz się za zawodnika spełnionego, czy mimo wszystko żużel to głównie styl życia i forma bardzo przyjemnego spędzania czasu?

Zdobycie tego tytułu to dla mnie ogromne wyzwanie. Mam wobec siebie określone oczekiwania i związane z nimi marzenia, lecz nie jest też tak, że byłbym gotów poświęcić wszystko dla tego tytułu – na pewno bardzo dużo, ale są granice. Chciałbym też żeby uprawianie tej dyscypliny sprawiało przyjemność do końca mojej kariery, a moim kibicom dostarczało jeszcze więcej wrażeń.

Dziękuję za rozmowę.

Dzięki!

Rozmawiał JAKUB WYSOCKI

2 komentarze on Janowski: Przejście do Tarnowa? Transfery są nieodzownym elementem tego sportu (Pod szprycą pytań #9)
    Rysio-z-Klanu
    31 May 2020
    11:29am

    Świetny wywiad, który czytało się z wielką przyjemnością.
    A co do Belzebuba i jego klakierów z Pudelkowych Faktów nie ma co się tymi amatorami przejmować. Oni leczą swoje chore kompleksy.

Skomentuj

2 komentarze on Janowski: Przejście do Tarnowa? Transfery są nieodzownym elementem tego sportu (Pod szprycą pytań #9)
    Rysio-z-Klanu
    31 May 2020
    11:29am

    Świetny wywiad, który czytało się z wielką przyjemnością.
    A co do Belzebuba i jego klakierów z Pudelkowych Faktów nie ma co się tymi amatorami przejmować. Oni leczą swoje chore kompleksy.

Skomentuj