Mistrzostwa Świata Speedway’u

2020-04-29 17:00:00

Planowana relacja

Przejdź

Grand Prix Speedway

2020-02-29 20:00:00

Planowana relacja

Przejdź

Finał ICE SPEEDWAY

2020-02-28 18:00:00

Planowana relacja

Przejdź

Grand Prix Polski

2020-02-22 19:00:00

Planowana relacja

Przejdź

Grand Prix Szwecji

2020-02-20 19:00:00

Planowana relacja

Przejdź

Grand Prix Australii

2020-03-19 19:00:00

Planowana relacja

Przejdź

Jak mistrz świata Marianowi Wardzale motocykl podprowadził

Marian Wardzała, przed laty symbol żużlowego Tarnowa. Dwie dekady z jaskółką na plastronie, potem pracował jako szkoleniowiec w macierzystym klubie, prowadząc swoich następców zdobywał z nimi drużynowe mistrzostwa kraju. Dziś w roli… kibica.

Tegoroczny sezon z przyczyn epidemiologicznych będzie opóźniony, ale z tego, co pamiętam dla Tarnowa to żadna nowość, bo już podobna sytuacja miała miejsce, tyle, że z innych powodów. Możesz przybliżyć tamte okoliczności sprzed prawie czterech dekad?

To było na początku lat osiemdziesiątych. Kryzys, potem stan wojenny, wiadomo. Praktycznie cały zespół Unii, niemal wszystkich zawodników skierowano do pracy w Zakładach Azotowych. W klubie zostaliśmy we dwóch: Edward Gawełczyk i ja. Mieliśmy siedzieć na warsztacie i pilnować dobytku. Długo wyglądało na to, że do sezonu nie wyjedziemy i sekcja zostanie rozwiązana. Brakowało wszystkiego. W ratowanie żużla w Tarnowie bardzo mocno zaangażował się wtedy były zawodnik, a potem trener Andrzej Tanaś. Pamiętam, że chodziliśmy od wydziału do wydziału i rozmawialiśmy z każdym z zawodników, aby jednak zostali przy sporcie. Proszę wierzyć, to nie były łatwe rozmowy. Oni się już wdrożyli do pracy, poza tym zaczęli się zastanawiać, czy dalsze starty będą im się opłacały. To była prosta kalkulacja z ich strony. Jeżeli mógł w pracy liczyć na samą premię w wysokości 1000 złotych, a żeby na torze zarobić 600 złotych, musiał zdobyć 10 punktów, bo tyle płacono wówczas w II lidze, to trudno się dziwić, że zawodnik się zastanawiał. Wszyscy kochaliśmy żużel, ale skoro można było zarobić nawet większe pieniądze nie narażając zdrowia, to trudno się tym kalkulacjom dziwić. Koniec końców zebraliśmy drużynę i wystartowaliśmy do kolejnego sezonu.

Pieniądze pieniędzmi, ale w tamtych realiach czasem startowaliście w turniejach, gdzie nagrodami były fanty. Mam w swoim archiwum takie zdjęcie: Marian Wardzała na podium wraz z nagrodą za zwycięstwo – była nią… żywa gęś! Trzeba było mieć fantazję!

Pamiętam doskonale, to był taki towarzyski turniej w Tarnowie o Puchar Kibica w 1985 roku, na zakończenie sezonu. Najpierw w sobotę odbyły się zawody par, które wygraliśmy z Bogusiem Nowakiem, a nazajutrz zorganizowano turniej indywidualny. Jeden z działaczy, pan Stanisław Krzyżak, wpadł na taki oryginalny pomysł, pojechał na fermę, kupił największego gąsiora, przywódcę stada. Wymył go, pióra mu się napuszyły i był ogromny. I stanowił główną nagrodę za zwycięstwo.

A skoro jesteśmy przy archiwalnych fotografiach, to mam jeszcze taką z wcześniejszego okresu twojej kariery. Umorusana twarz, jak u górnika po szychcie i podpis – Marian Wardzała po próbie toru w Grudziądzu. Tak jak nasi kadrowicze mieli kompleks Wembley w Londynie, tak Unia Tarnów miała lata całe kompleks toru w Grudziądzu. Praktycznie co mecz to baty i to bolesne. Ciekawe dlaczego?

Ja tam jeździłem praktycznie na trzech torach, bo obiekt w Grudziądzu był przerabiany. Na początku był taki wąziutki, że na starcie zawodnicy dotykali się łokciami, potem go trochę poszerzyli. Miał jednak długie proste i bardzo ostre łuki. I faktycznie nie wszyscy potrafili na nim jeździć. Pamiętam taki mecz w 1984 roku, kiedy połamali się tutaj Edek Gawełczyk i Heniu Jasek. A przecież to byli zawodnicy, którzy wiedzieli o co w tym sporcie chodzi. Wylądowali w szpitalu na sąsiednich łóżkach, a potem ich helikopterem przetransportowano do Tarnowa. Myśmy mieli nawet takie powiedzenie, że tutaj strach jeździć, bo z prawej strony cmentarz, a z lewej Grabarz. Stadion w Grudziądzu leży obok dużego cmentarza, a w tamtych latach jeździł w GKM-ie zawodnik Wiesław Grabarz.

Skoro już jesteśmy przy anegdotach, to opowiedz proszę jak to było  z motocyklem, który „ukradł” ci mistrz świata Jerzy Szczakiel…

To były eliminacje Złotego Kasku w Ostrowie Wielkopolskim, rok 1977. Ja już byłem po swoich startach, motocykl stał w boksie zatankowany i przygotowany do transportu, bo miałem zaraz po zawodach jechać na kolejne do Czech. Jurkowi szło nie najlepiej, a moja jawa akurat okazała się na ten tor w tym dniu idealnie dopasowana. Pogadał z jednym z kolegów, aby ten odciągnął mnie na papierosa. I patrzę, a tu z parkingu Szczakiel wyjeżdża do decydującego dla niego o awansie wyścigu na moim motocyklu, który po prostu sobie, bez mojej wiedzy, pożyczył z boksu. I co ciekawe wygrał tamten bieg.

Afera była?

Nie. Obiecał mi za to obiad w najlepszej restauracji w Opolu, gdzie mieszkał.

Na zakończenie powróćmy do niewesołej rzeczywistości. Co według ciebie stanie się z tegorocznym, już opóźnionym, sezonem żużlowym?

Na szczęście to mnie nie dotyczy, bo obecnie nie działam już w tym sporcie. Jako kibic mam nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży. Pozostaje nam czekać.

Rozmawiał ROBERT NOGA

CASH BROKER

4 Odpowiedzi

  1. O proszę i już człowiek z jednego wywiadu może się dowiedzieć kilku ciekawych historii z przeszłości, anie tylko wałkowanie na okrągło o Drabiku, Pawlickich i Janowskim.

  2. Jurek Szczakiel miał zawsze nosa co jedzie a co jest chabetą.Pozdrowienia dla M.Wardzały od H.Karwata ps:Ja jestem tym 2- gim co to miał w 1979 r.być z Opola a nie przybył(zkończyłem wtedy z żużlem)

  3. Herbert Karwat często pana wspomina jaki był z pana wspaniały Kapitan,kolega a przedewszystkim CZłowiek.Szkoda.Fajnie pan pisze o żużlu bo się na tym znaaaa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.