Główny partner portalu

Komisarz toru Jacek Krzyżaniak (z prawej) i wrocławski toromistrz Grzegorz Węglarz.
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Zaczynał jako… piłkarz. Do żużla trafił późno, bo w wieku 19 lat. Od początku kariery powtarzał, że jego celem jest czapka Kadyrowa. I dopiął swego. Nie miał złudzeń, że zdoła powalczyć na arenach światowych, a mimo to zawiesił na szyi medal DPŚ. Karierę przerwała paskudna kontuzja, po której długo wracał do zdrowia. Dziś jest szanującym się radnym rodzinnego Torunia, a przy żużlu trzyma go licencja komisarza toru.

Żeby zachować porządek i chronologię zaczniemy od… środka. Oglądałem ostatnie derby Ziemi Lubuskiej i tęskniłem za derbami Pomorza. Ty startowałeś w nich po obu stronach barykady. Rzeczywiście są specyficzne?

Mecze derbowe Zielonej Góry z Gorzowem również są bardzo atrakcyjne. Myślę, że pozytywnie wpływają zarówno na kibiców, jak i na zawodników. W derbach Pomorza rzeczywiście brałem udział po obu stronach. Wydaje mi się, że zawodnicy jakoś nie odczuwają specjalnego znaczenia tych spotkań. W każdych zawodach, w których startują, chcą wypaść jak najlepiej. Mecze derbowe zaś mają chyba większe znaczenie dla kibiców. Można powiedzieć, że to okazja udowodnić sobie kto ważniejszy, mocniejszy, większy. Czasem w żartach słyszało się, że jutro przyjeżdża Bydgoszcz i tego meczu przegrać nie można. Ale to luźno i wyłącznie w żartach, bez dodatkowej presji. Zastanówmy się. Wygrywamy mecz derbowy, jedyny w sezonie i spadamy. Można przegrać derby, wygrać pozostałe spotkania i zostać mistrzem Polski. Nie pamiętam, żeby ani w Bydgoszczy, ani w Toruniu, ktokolwiek serio próbował przekonywać, czy motywować zawodników, że teraz derby, to trzeba koniecznie wygrać. Aż tak nie było.

Mimo że Twój tato, pan Bogdan, startował, wcale nie chciałeś być żużlowcem?

To prawda. Wolałem kopać piłkę. Nigdy też za bardzo, jako chłopiec, nie chodziłem na żużel. Grałem w piłkę w Pomorzaninie, uprawiałem jazdę figurową, hokej na trawie. Na żużel chadzałem sporadycznie. Kiedyś jednak odbywały się w Toruniu zawody oldbojów. Startował między innymi mój tato. Nie wypadało nie iść i nie zobaczyć go w akcji. Poszedłem i byłem zaskoczony. Ojciec był już po pięćdziesiątce, dobrze po, a zajął drugie miejsce. Pomyślałem: „Kurcze, facet w takim wieku i jeszcze tak się prezentuje. Może ja też spróbuję?”. No i tak sobie poszedłem… popróbować. W piłkę szło mi całkiem nieźle. Miałem nawet trafić do ówczesnego futbolowego potentata w regionie – Zawiszy Bydgoszcz, ale jak już znalazłem się na żużlu, to zostałem w nim na całe życie. Kiedy poszedłem powiedzieć o moich zamiarach i zmianie dyscypliny ówczesnemu prezesowi Zawiszy, po pierwszych obiecujących treningach w Bydgoszczy, ten zapytał tylko o jaki sport chodzi. Gdy usłyszał żużel, w trzy sekundy odczułem, co o tym myśli. Wtedy nie było jeszcze niebieskiej karty (śmiech). 

W szkółce Apatora byłeś jednak oldbojem…

No tak. Ale też nie trafiłem tam od razu. Po próbach, które nastąpiły po zawodach oldbojów, rodzice nie wyrazili zgody na treningi. Byli przeciwni. Musiałem odczekać jeszcze kilka miesięcy i dopiero jako pełnoletni chłopak zapisałem się do szkółki. Tam zobaczyłem jak jeździ Robert Sawina, czy Piotr Baron i poczułem się nieswojo. Oni byli znacznie młodsi. Myślałem: „ Matko jedyna oni tak jadą, a są o wiele młodsi, gdzie ja tutaj”. Wtedy podjąłem twarde postanowienie. W ciągu sezonu muszę uzyskać licencję. Jeżeli tego nie zdołam zrobić – trudno, nic tu po mnie. Na szczęście plan, czy zamysł zrealizowałem.

Od lewej: Krzyżaniak, Jacek Gollob, Hampel i Ułamek.

Może dlatego jako junior nie zanotowałeś spektakularnych sukcesów, za to w karierze seniorskiej już ich nie brakowało…

Cóż. To fakt. W czasie krótkiej przygody juniorskiej medali nie było aż tyle, ponieważ dopiero co zacząłem uprawiać ten sport. Wówczas nabierałem szlifu. Brakowało techniki, objeżdżenia, taktyki, ale nadrabiałem stracony czas. W żużlu to nie działa tak, że pstrykniesz i już jedziesz. Miałem fajną choć dramatyczną przygodę z mistrzostwami świata juniorów. Z ćwierćfinału w Toruniu awansowałem do półfinału w Szwecji. W Marienstadt ostatni wyścig musiałem wygrać, by awansować do finału. Spojrzałem na obsadę i pomyślałem – to może się udać, jest w moim zasięgu. Po starcie już prowadziłem. Na dystansie powiększałem przewagę, miałem niemal prostą nad rywalami. Niestety na wejściu w drugi łuk trzeciego okrążenia zerwał mi się łańcuch. Pech. Wtedy mistrzostwa świata i wiek juniorski odpłynęły. 

W Twoich czasach żużel miał szerszy zasięg, a liczących się lig było kilka…

Tak. Nie ma co ukrywać. Nic dodać, nic ująć. Kiedyś młodzi ludzie bardziej chcieli uprawiać sport. Sport w ogóle, niekoniecznie żużel. To była swoista trampolina, która pozwalała wyskoczyć i dostać się na Zachód. W tej chwili nie ma granic, ludzie mogą swobodnie wyjeżdżać i ta łatwość paradoksalnie działa na niekorzyść. Za moich czasów, jak grałem w piłkę to pojechałem z drużyną do Niemiec. To było wydarzenie i ogromna frajda. Teraz spowszedniało. Ja zobaczyłem tam inny świat. To samo w Szwecji, gdzie pojechaliśmy razem, klubowym autobusem. Zwykle po sezonie Apator wyjeżdżał do Kumli, dzięki uprzejmości nieodżałowanej pani Jadwigi, Polki mieszkającej w Szwecji. Niezwykle sympatyczna osoba. Ile razy jechałem do Szwecji na zawody, zawsze mogłem liczyć na nocleg u niej w domu. Wręcz była niepocieszona, gdy nie mogłem skorzystać z jakichhś powodów ze spotkania w jej progach. Dom miała zawsze otwarty i mnóstwo w nim było serca i ciepła. Tam również zobaczyłem kawałek świata, a do tego mogliśmy trenować i startować. Dziś współczesne, powszechne wynalazki sprawiają, że młodzież trudno oderwać od stolika. Wolą poserfować w sieci, pograć. Mnie się wydaje jednak, że nic nie zastąpi aktywności fizycznej. Na osiedlu jak chciałeś spotkać kolegów, wystarczyło pójść pod trzepak albo na boisko, a teraz tam pustawo. Jak wracałem ze szkoły, odrabiałem lekcje i od razu wychodziłem na podwórko. No i myśmy ze sobą rozmawiali, a współcześnie zauważyłem, że nawet gdy młodzi się spotykają, to nie potrafią ze sobą rozmawiać. Wolą wysyłać wiadomości, nawet siedząc obok siebie. Impreza, urodziny, a wszyscy z nosami w telefonach. 

Wróćmy do żużla. Czapka Kadyrowa wygodna? Tytuł w nadzwyczajnych okolicznościach…

To prawda. Najważniejszy był dla mnie medal IMP. Wtedy odstawaliśmy sprzętowo, bardzo mocno. Myślenie o mistrzostwach świata, to były trochę mrzonki. Świat był poza zasięgiem. Od początku kariery za cel postawiłem sobie złoto IMP. Nawet to oficjalnie powiedziałem w którejś z rozmów. No i udało się. Dokładnie w 10. rocznicę startów.

Bieg dodatkowy o złoto. Sławomir Drabik (z lewej) kontra Jacek Krzyżaniak. FOT. JAROSŁAW PABIJAN.

Tak łatwo się nie wykpisz. Opowiedz o kulisach barażu w Częstochowie.

Taak. No kiedyś były takie możliwości, żeby zaczarować rzeczywistość. Obecnie byłoby to niezgodne z regulaminem, ale wtedy… W moim przypadku zaplusowało równanie toru, o ile można to nazwać równaniem. Powiedzmy, przygotowanie toru, zaczęło się w momencie, w którym już zostały wylosowane pola startowe. Jak było wiadomo, że jadę z wewnętrznego, a Drabik z zewnętrznej, wyjechała polewaczka i pierwsze pole, do wejścia w łuk i cały łuk po krawężniku, zostały mocno zroszone. Korzystna ścieżka była wtedy po szerokiej, więc plan był prosty. Wygrać start i wysunąć się do bandy. Oczywistym było, że Sławek Drabik również będzie próbował tamtędy po starcie, więc trzeba było go troszeczkę powstrzymać. Musiałem po wyjściu spod taśmy błyskawicznie wyjechać z tego błota. Motocykl to natychmiast odczuwa, wystarczy troszeczkę wody, a tu było więcej niż troszeczkę. Wiedziałem też, że nic nie da jazda środkiem. Musiałem dojechać pod płot, tam gdzie było nasypane. Tam wjechałem i Sławek też tam próbował wjechać. Niestety, ja byłem tam pierwszy. Znaczy na mecie, to dla mnie stety. Ale owacji to wtedy nie zebrałem. 

Jacek, w końcówce kariery epizod w Grudziądzu zakończony dramatycznie…

No tak. Tak (westchnienie). W zasadzie przez całą moją karierę miałem dwa takie poważniejsze wypadki. Ten w Grudziądzu był jednak zdecydowanie groźniejszy. Udało mi się z tego wyjść, ale już tam zapukałem… Tak naprawdę nie byłem do końca świadomy, co się dzieje. Najbardziej przeżywała rodzina. Leżałem długo w śpiączce, a przez kolejny przynajmniej rok jeszcze, byłem nieobecny. Nie do końca orientowałem się we wszystkim, co się wokół dzieje. Na szczęście wróciłem.

Dzisiaj jesteś tym złośliwcem, jako komisarz, który przeszkadza gospodarzom robić tor jaki by chcieli?

(Śmiech). Parę lat temu miałem przerwę. Przez chwilę zajmowałem się toruńską młodzieżą. Sławek Kryjom zadzwonił z propozycją i podjąłem rękawicę. Licencję komisarza miałem jeszcze wcześniej. Teraz znowu jestem tą złą osobą, która przyjeżdża dzień przed zawodami, albo kilka godzin przed i próbuje przeszkodzić (śmiech). A serio, to zupełnie nie tak. Komisarz toru jest najogólniej od tego, żeby tor był bezpieczny i nie sprawiał problemów zawodnikom.

Finał IMP 1997. Od lewej Drabik, Krzyżaniak i Gollob.

Trudniejszy wątek od komisarza, to chyba tylko polityka. Jesteś aktywnym radnym Torunia i sport musi być Ci bliski…

To nie tak. Sport oczywiście, ale jako radny musisz patrzeć szeroko, na potrzeby i możliwości miasta. Nie można być egoistą. Tu chodzi o cały Toruń.

Czym ująłeś księgową Olę, że zechciała żużlowca?

Frytki jej kupiłem (śmiech). Poważnie. Przyszedłem, przyniosłem i spytałem, czy nie chce frytek, a ona w pakiecie wzięła je ze mną. A serio, to musiałbyś jej spytać. Nie mam pojęcia. 

A w życiu? Czego jeszcze chciałbyś dokonać, doczekać?

Chciałbym żeby moje dzieci poukładały sobie życie i nie musiały się o nic martwić. Żeby unikały problemów, miały ich jak najmniej. Obie to córeczki tatusia, więc przeżywam wszystko, co z nimi związane, na 120 procent. A dla nas, byśmy byli aktywni. Wtedy będzie i zdrowie, i radość życia. 

Rozmawiał PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI

3 komentarze on Jacek Krzyżaniak: Przez rok po kontuzji byłem jeszcze obok siebie
    Tornado
    22 Jul 2020
    4:49pm

    Fajny ten Cieślak, taki niesportowy i kombinator. Dobrze że stare tasmy się zachowały bo w książce pewnie o tym nie napisał.

Skomentuj

3 komentarze on Jacek Krzyżaniak: Przez rok po kontuzji byłem jeszcze obok siebie
    Tornado
    22 Jul 2020
    4:49pm

    Fajny ten Cieślak, taki niesportowy i kombinator. Dobrze że stare tasmy się zachowały bo w książce pewnie o tym nie napisał.

Skomentuj