Główny partner portalu

Apator Toruń czeka na niedzielny mecz z Falubazem. Spotkanie niezagrożone? | fot. Róża Koźlikowska @FotRose
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

eWinner Apator Toruń powoli kończy sezon po pierwszym w historii spadku do niższej klasy rozgrywkowej. Wszystko wskazuje na to, że torunianie zrealizują postawiony przed nimi cel i uzyskają upragniony awans do PGE Ekstraligi, jednakże zwycięstwo rozgrywek trzeba jeszcze przypieczętować na torze, zapewne podczas najbliższego domowego meczu z Unią Tarnów. Drużyna już wcześniej mogła być pewna zajęcia pierwszego miejsca, ale ostatnio spuściła trochę z tonu i pogubiła parę punktów. Włodarze toruńskiego klubu mogą mieć sporo zagwozdek przy budowaniu składu na kolejny sezon.

Wejście smoka

Torunianie rozpoczęli sezon w wielkim stylu i przez długi czas jechali jak z nut. Podopieczni Tomasza Bajerskiego wygrywali mecz za meczem i praktycznie za każdym razem kończyli zawody z przewagą oscylującą w granicach dwudziestu punktów. Od razu było widać, że „Anioły” jadą w konkretnym celu i chcą zabawić na pierwszoligowym froncie jedynie przez chwilę. Zespół momentalnie wypracował sporą zaliczkę punktową w tabeli i wysłał jasny sygnał, że zamierza zdominować rozgrywki na zapleczu.

– Drużyna realizowała wszystkie zadania, które zostały wyznaczone przed sezonem. Zależało nam, żeby przez cały czas być na pierwszym miejscu w tabeli, ponieważ sporo mówiło się o tym, że w obecnych warunkach nie uda się odjechać fazy play-off, co ostatecznie znalazło potwierdzenie w rzeczywistości. Nie mogliśmy sobie pozwolić na błądzenie po niższych pozycjach, żeby nie zaprzepaścić szansy na awans, który był naszym podstawowym założeniem. Bardzo się cieszę, że zdołaliśmy w ogóle ruszyć z tym sezonem i mogliśmy oglądać mecze w telewizji oraz na stadionie. Wiadomo, że kilka miesięcy temu nie wiedzieliśmy jak to wszystko będzie wyglądało i czy w ogóle przetrwamy. Teraz na pewno możemy odetchnąć z ulgą – mówi prezes eWinner Apatora Toruń, Ilona Termińska.

– Powiem szczerze, że pierwszy mecz oglądałam ze znacznie szybszym biciem serca, bo nie wiedziałam jak drużyna będzie prezentować się po tak długiej przerwie. Nie mogłam mieć pewności, że wszystko zadziała. Na szczęście było widać, że staranne przygotowania zdały egzamin i możemy jechać po swoje. Późniejsze spotkania śledziłam już z nieco większym spokojem. Widziałam ducha w drużynie, a kolejne zwycięstwa tylko nakręcały naszych zawodników. Nie mieliśmy ósmego zawodnika, który wypychałby kolegów ze składu, dlatego wszyscy mogli ze sobą współpracować. Myślę, że dobra atmosfera od samego początku była kluczem do sukcesu. Konkretny cel również dodawał naszym „Aniołom” skrzydeł – zdradza nasza rozmówczyni.

Jason Doyle i Ilona Termińska.

– Nie będę ukrywała, że miałam jakieś obawy, ponieważ żużel jest bardzo niejednoznacznym i nieprzewidywalnym sportem. W każdej klasie rozgrywkowej można spotkać zawodników ze sporym potencjałem, którzy mogą być wymagającymi rywalami. Nie zamierzaliśmy nikogo lekceważyć, bo widzieliśmy jak zacięte i wyrównane spotkania potrafią być w pierwszej lidze. Dla mnie jednak podstawą była wiara w drużynę i stworzenie wszystkim odpowiednich warunków do pracy – dodaje Termińska.

Wiele osób związanych z toruńskim klubem otwarcie przyznawało, że pomimo bardzo silnego i kompletnego składu, tak dobre wyniki Apatora były dla nich pewnego rodzaju niespodzianką. Każdy kibic toruńskiej drużyny zapewne przypuszczał, że w takim zestawieniu to wszystko powinno wyglądać mniej więcej w taki sposób, ale jednak większość wolała spodziewać się znacznie bardziej zaciętych spotkań, zwłaszcza na wyjazdach, a nie przekonujących zwycięstw odnoszonych seryjnie. Wiadomo było, że w zespole znajdują się ambitni zawodnicy, którzy chcą postawić kolejny krok naprzód oraz napędzić własną karierę, ale mimo tego przez długi czas można było być zaskoczonym, że całość funkcjonuje tak dobrze i pozwala zachować pełen spokój w kwestii awansu. Niektórzy żartowali nawet, że klubowa kasa nie wytrzyma takich wyników, a księgowa nie przestanie mieć bólu głowy.

– Kiedy kontraktowaliśmy naszych zawodników, to przewidywaliśmy, że ich zdobycze punktowe mogą być na wysokim poziomie, dlatego byliśmy na to przygotowani. Ja nigdy wcześniej o tym nie mówiłam, ale takie mniej więcej były założenia. Podchodziliśmy z szacunkiem do każdego rywala, jednakże szacowaliśmy, że wielokrotnie będziemy w stanie odnosić przekonujące zwycięstwa. Takie były nasze realne możliwości, które praktycznie za każdym razem znajdowały odzwierciedlenie w rzeczywistości, choć oczywiście dopuszczaliśmy do świadomości, że mogą pojawić się słabsze momenty. Wiadomo, że zacięte spotkania są przyjemne, bo generują więcej emocji, ale myślę, że drużyna dostarczyła sporo wrażeń. Należy pamiętać, że gdyby nasze zwycięstwa były mniejsze, to wiele osób zapewne stwierdziłoby, że powinniśmy pokazywać się z nieco lepszej strony, więc nam takie wyniki na pewno nie przeszkadzały – tłumaczy szefowa toruńskiego klubu.

Ilona Termińska bardzo pozytywnie wypowiada się także na temat działalności trenera Tomasza Bajerskiego, który w tym roku przejął toruńską drużynę, żeby wprowadzić ją do PGE Ekstraligi. – Tomasz Bajerski wniósł nową jakość do naszego zespołu i dał nam kompletnie inne spojrzenie na wiele spraw. Wiadomo, że on jest byłym zawodnikiem, więc potrafi znacznie lepiej doradzać chłopakom. Trzeba powiedzieć, że skonsolidował drużynę i cały czas był do dyspozycji. W obecnych pandemicznych warunkach nasi żużlowcy nie rozjechali się po świecie, tylko stacjonowali na miejscu, dlatego na każdym kroku poświęcał im sporo czasu chociażby na wspólne oglądanie meczów, treningi, zabawy, jazdę na rowerze czy pływanie. Moim zdaniem to miało bardzo duże znaczenie. W tym momencie mogę śmiało powiedzieć, że idziemy dalej razem z Tomaszem na pokładzie. To jest człowiek z naszego miasta, dlatego nie wyobrażamy sobie innego rozwiązania – słyszymy od naszej rozmówczyni.

Nie może być tak pięknie

Jeszcze całkiem niedawno można było mieć wrażenie, że do samego końca wszystko będzie szło jak po sznurku, a drużyna swobodnie prześlizgnie się przez rozgrywki, jednakże czymże byłby toruński żużel bez delikatnych trudności po drodze? Jeżeli porównamy sobie ostatnie mecze Apatora z wcześniejszymi spotkaniami, to prawdopodobnie dojdziemy do wniosku, że maszyna troszeczkę się rozregulowała i nie pracuje już tak dobrze, jak dotychczas. Od jakiegoś czasu kibice i media również zwracają uwagę na pewnego rodzaju zadyszkę „Aniołów”.

Zaczęło się od minimalnej porażki w Ostrowie (44:46), która przerwała świetną passę. Spotkanie rozgrywano jednak w trudnych warunkach torowych po intensywnych opadach deszczu, więc można było sądzić, że wynik nie jest do końca miarodajny i nie musi zapowiadać kryzysu formy, tym bardziej, że początek był bardzo udany. Adrian Miedziński wypowiedział się zresztą dosadnie na ten temat i wiele spraw wyjaśnił, zatem należało sądzić, że nic wielkiego się nie stało. Potem przyszło domowe spotkanie z Lokomtivem Daugavpils, które co prawda zakończyło się przekonującym zwycięstwem podopiecznych Tomasza Bajerskiego (54:36), ale niektórzy zawodnicy prezentowali się nieco słabiej niż zwykle i pewnie mogli ugrać trochę więcej. Drużyna broniła się jednak wynikiem, więc na niektóre krytyczne głosy można było patrzeć z delikatnym przymrużeniem oka.

W ostatniej kolejce torunianom przydarzył się jednak przegrany mecz wyjazdowy w Łodzi, który w pewnym sensie potwierdził, że Apator rzeczywiście może nie dysponować w tej chwili już tak wielką siłą rażenia, jak wcześniej. Wynik końcowy nie wyglądał co prawda najgorzej (43:47), ale trzeba zauważyć, że torunianie nie zdołali w tym meczu dojść do głosu, ani razu nie prowadzili i zmuszali trenera do stosowania rezerw taktycznych, co przedtem nie miało miejsca. W pewnym momencie ekipa z Grodu Kopernika przegrywała różnicą ośmiu punktów, a Bajerski niespecjalnie miał kim odrabiać straty. Takiej wersji Apatora w tym sezonie jeszcze nie widzieliśmy.

– Musimy pogodzić się z porażką i jechać dalej. Trudno było wygrać spotkanie przy tak wyrównanym składzie rywali. W drużynie z Łodzi nie brakuje dobrych zawodników, którzy potrafią jeździć na własnym torze, a my dopiero rozgryzaliśmy tamtejszy owal. Nie zamierzam tłumaczyć się przyczepną nawierzchnią, ponieważ warunki były równe dla wszystkich. Niektórzy zawodnicy po prostu pojechali słabiej, ale taki jest żużel – wyjaśnia trener „Aniołów”, Tomasz Bajerski.

Jeżeli przyjrzymy się tegorocznym występom toruńskich zawodników, to zauważymy, że do czasu meczu z ostrowianami wszyscy jechali stosunkowo równo i bardzo dobrze się uzupełniali. Kiedy jednemu z chłopaków przydarzył się słabszy mecz czy bieg, to momentalnie znajdował się drugi żużlowiec, który gwarantował zespołowi korzystne rozstrzygnięcie. Nie można powiedzieć, że ktoś regularnie zawodził, a ktoś za każdym razem ratował drużynie skórę, ponieważ wszyscy dorzucali coś od siebie, więc nie brakowało punktów.

Ostatnio jednak w Apatorze zaczęły pojawiać się dziury i deficyty punktowe ze strony niektórych zawodników, co odbijało się na wynikach spotkań. Stabilną formę prezentował tak naprawdę jedynie Jack Holder, ponieważ jego brat Chris, Wiktor Kułakow czy Tobiasz Musielak zanotowali w ostatnim czasie występy odbiegające od normy, do której przyzwyczaili. Najbardziej jednak swoją skuteczność obniżył Adrian Miedziński, który od jakiegoś czasu wydaje się strasznie zagubiony. – Czasami można było zastanawiać się, dlaczego dany występ wyglądał tak, a nie inaczej i nie udało się znaleźć odpowiednich przełożeń, ale taki już jest ten sport – zauważa Termińska.

Pod wpływem niedawnych meczów zniknęło nieco komfortowe przekonanie, że każdy senior w dalszym ciągu może okazywać się silnym punktem drużyny. Wystarczy wspomnieć, że jakiś czas temu wszyscy seniorzy znajdowali się w czołowej dziesiątce najskuteczniejszych zawodników eWinner 1. Ligi Żużlowej, a teraz zostało ich tam tylko trzech. – Myślę, że nie możemy nazywać tego jakąś wielką zadyszką. Znamy przyczyny ostatnich słabszych meczów, ale od początku sezonu powtarzam, że to zostaje między nami. To wynika z różnych problemów, które omawiamy we własnym gronie. Chodzi przede wszystkim o ustawienia motocykli. Zapewniam jednak, że zawodnicy w dalszym ciągu są bardzo dobrze przygotowani pod względem sprzętowym i mają na czym jeździć, tylko trzeba to wszystko nieco doregulować – ocenia Bajerski.

Wcale nie jest tak źle

Wszystkie niesprzyjające zdarzenia i okoliczności z ostatnich tygodni nie sprawiają jednak, że awans torunian jest poważnie zagrożony i wisi na włosku. Po prostu od kilku tygodni odwleka się ostateczne przypieczętowanie tej kwestii, co pewnie może już trochę męczyć sympatyków Apatora. Żółto-niebiesko-biali znajdują się jednak w komfortowym położeniu dzięki starannie wypracowanej przewadze i zgarnianiu punktów bonusowych. Ostatnie przegrane na pewno nie komplikują ich sytuacji. Jeżeli w najbliższej kolejce „Anioły” pokonają przed własną publicznością tarnowskie „Jaskółki”, to wszystko będzie już przyklepane. Niektórzy żartują nawet, że torunianie po prostu chcieli świętować awans na domowym stadionie, dlatego nie popisali się ostatnio na wyjeździe, aczkolwiek takie głosy należy traktować oczywiście z mocnym przymrużeniem oka.

Wiadomo, że porażki się zdarzają. Uważni obserwatorzy wiedzą, że w sporcie żużlowym trudno utrzymać się przez cały sezon na jednakowo wysokim poziomie. Praktycznie każdy przeżywa wzloty i upadki. Nawet dominująca w PGE Ekstralidze Fogo Unia Leszno miewa słabsze chwile, ale zawsze potrafi wyjść z opresji obronną ręką. Torunianom na pewno nie można zarzucić, że pokpili sprawę, zlekceważyli rywali i nie sprostali stojącemu przed nimi zadaniu. Drużyna na przestrzeni całego sezonu bez wątpienia zrobiła swoje, chociaż niektórzy zawodnicy zapewne oczekiwali od siebie trochę więcej i mogą mieć poczucie, że nie do końca obronili się swoimi wynikami. Nie dotyczy to wyłącznie seniorów, ponieważ młodzieżowcy również potwierdzają, że chcieli nieco bardziej pomagać zespołowi.

Problem polega na tym, że Apator przez większą część sezonu przyzwyczaił do spektakularnych osiągnięć i łatwości osiągania dobrych wyników, dlatego ostatnie mecze mogą wywoływać delikatny szok, zostawiać poczucie niedosytu oraz niepokoić w kontekście nieco bardziej odległej przyszłości. Być może postawienie na niektórych zawodników przy okazji startów w wyższej klasie rozgrywkowej będzie zbyt dużym ryzykiem? Na pewno trzeba porządnie pochylić się nad sprawą, bo ostatnimi czasy ból głowy chyba tylko rośnie. – Osobiście nie wpadałbym w panikę odnośnie tego sezonu, natomiast uważnie przyglądamy się tej sytuacji pod kątem przyszłości i zamierzamy wyciągnąć wnioski – zdradza „Bajer”.

Wielki plac budowy

Włodarze toruńskiego klubu już od jakiegoś czasu intensywnie myślą na temat ekstraligowego składu. Na razie trudno dowiedzieć się, którzy zawodnicy mogą liczyć na szansę startów w elicie, a którzy niestety nie przekonują, jednakże łatwo się domyślić, że nie obejdzie się bez modyfikacji. Tegoroczne występy toruńskich żużlowców na pewno powiedziały co nieco na temat ich potencjału i realnych możliwości. Z niektórych informacji nie można być zadowolonym, dlatego trzeba trzymać rękę na pulsie. – W tej chwili nie mogę za dużo powiedzieć, bo okres transferowy dopiero przed nami. Obecnie rozmawiamy z naszymi zawodnikami i rozpatrujemy różnorodne scenariusze. Jeżeli chodzi o juniorów, to bez wątpienia będziemy bazować na tym co mamy, ale myślimy też nad innymi rozwiązaniami – zdradza Termińska. – Na pewno będą jakieś zmiany, ale to nie jest odpowiedni moment na zagłębianie się w szczegóły. Wszystko będzie zależało od tego, jakie decyzje podejmą zawodnicy, z którymi planujemy rozmawiać w okresie transferowym – dodaje Bajerski.

Wiadomo już, że duży wpływ na budowanie przyszłorocznego zespołu będzie miał nowy przepis, nakazujący posiadanie w składzie zawodnika do 24 lat. Wśród seniorów Apatora obecnie nie ma takiego żużlowca, dlatego trzeba będzie sprowadzić kogoś z zewnątrz, kto jeszcze jakiś czas temu pewnie nawet nie był w planach. W tej sytuacji zostaną tylko dwa wolne miejsca dla obcokrajowców, a kandydatów co najmniej trzech, a nawet czterech, bo do braci Holderów i Wiktora Kułakowa należy doliczyć jeszcze wypożyczonego do Częstochowy Jasona Doyle’a. Australijscy bracia i rosyjski młodzieniec to w tej chwili trzej najskuteczniejsi zawodnicy eWinner 1. Ligi Żużlowej, którzy na pewno zasłużyli na ekstraligową szansę, ale któryś z nich raczej będzie musiał obejść się smakiem, a może nawet więcej niż jeden. „Doyley” miewał w tym sezonie słabsze momenty w Eltrox Włókniarzu i spędzał sen z powiek torunianom, którzy go obserwowali, jednakże trudno spodziewać się, że klub zrezygnuje z takiego transferu, choć nie można tego wykluczyć.

Jeżeli Mistrz Świata z 2017 roku rzeczywiście dołączy do Apatora, to w zespole będzie mógł pojawić się jeszcze tylko jeden obcokrajowiec z obecnego składu. W niedawnym magazynie „Bez hamulców” Ilona Termińska ogłosiła jednak, że w Toruniu najpewniej pozostanie Chris Holder, a jeżeli tak się stanie, to raczej nie należy oczekiwać odejścia jego brata Jacka, więc automatycznie zabraknie miejsca dla Doyle’a. Torunianom być może przydadzą się również wzmocnienia na pozycjach polskich seniorów. W tym wypadku najlepszym rozwiązaniem wydaje się polskie obywatelstwo dla mieszkającego w naszym kraju Kułakowa, ale Termińska podkreśla, że to jest decyzja zawodnika i klub nie będzie wywierał w tej sprawie żadnych nacisków. Włodarzy zespołu bez wątpienia czekają trudne wybory i jeszcze trudniejsze poszukiwania potencjalnych wzmocnień.

Należy jednak zaznaczyć, że przy podejmowaniu ostatecznych decyzji dotyczących przyszłości poszczególnych zawodników włodarze Apatora nie będą musieli opierać się wyłącznie na ich wynikach w pierwszej lidze, ponieważ będą mogli przyjrzeć się również ich gościnnym występom w PGE Ekstralidze, na które zezwoliły przepisy wprowadzone pod wpływem pandemii koronawirusa. – Okazuje się, że jednak nie było ekstraligi bez Torunia i potencjał naszych zawodników został w pewien sposób doceniony – komentuje Termińska. Prawda jest taka, że wszyscy seniorzy z Grodu Kopernika dostali szansę zaprezentowania się wśród najlepszych, ale tylko bracia Holderowie przebili się na stałe do składów swoich drużyn z Wrocławia (Chris) i Gorzowa (Jack). To na pewno o czymś świadczy, jednakże warto wspomnieć, że jedynie Jack potrafił niemal w stu procentach przełożyć swoją skuteczność z zaplecza na występy w elicie. Wyniki Chrisa nieco odbiegały od jego pierwszoligowych popisów i nawiązywały raczej do wcześniejszych startów tego zawodnika w najwyższej klasie rozgrywkowej. W dalszym ciągu trudno było dopatrzeć się wyraźnego progresu, który jest tak bardzo wyczekiwany.

A jak radzili sobie pozostali żużlowcy Apatora? Adrian Miedziński zaliczył kilka spotkań w PGG ROW-ie Rybnik, ale wydaje się, że nie zdołał za bardzo pomóc „Rekinom”, natomiast Tobiasz Musielak i Wiktor Kułakow odjechali po jednym meczu dla drużyn z Grudziądza i Zielonej Góry, o którym zapewne chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Polak nie najgorzej zbierał się ze startu, jednakże gubił punkty na trasie, z kolei Rosjanin nie poradził sobie z trudnym i przemoczonym torem, na którym wcześniej nie miał okazji startować. Czy takie ekstraligowe występy mogą pomóc ocenić przydatność zawodników dla zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej i mieć wpływ na przedłużenie lub nieprzedłużenie współpracy? – Na pewno oglądaliśmy te mecze. Niektóre występy dawały do myślenia, ale stoję na stanowisku, że czasami nie należy wyciągać zbyt wielu daleko idących wniosków i warto trochę bardziej zagłębić się w temat. Nie zaprzeczam jednak, że to była dodatkowa okazja do oceny naszych zawodników. Uważam, że zawsze najlepiej robić to przez pryzmat jazdy i osiągnięć na torze – wyjaśnia prezes eWinner Apatora.

Plan na pewno był taki, żeby skład za bardzo się nie zmienił, ale w rzeczywistości może być inaczej.  Niektóre rezultaty osiągane przez toruńskich zawodników mogą w jakimś stopniu martwić, zapalać lampkę ostrzegawczą i skłaniać do działania. Wydaje się, że część chłopaków nie do końca pomogła sobie swoimi niektórymi występami, przez co teraz mogą mieć trudniej. Wiadomo, że wszyscy żużlowcy przychodzili do Torunia z nadziejami na ponowne starty w elicie, ale włodarze będą musieli ocenić kto jest tak naprawdę gotowy do tego wyzwania i może stanowić wartość dodaną dla zespołu. Materiału poglądowego na pewno jest sporo.

Wiadomo, że to nie będzie łatwe, aby powiedzieć niektórym zawodnikom, którzy wywalczą awans, że zabraknie dla nich miejsca w ekstralidze, ale włodarze będą kierować się przede wszystkim interesem klubu. – Najważniejsza jest bezpośrednia rozmowa i szczerość. W naszym klubie cenimy sobie przede wszystkim uczciwość, więc na pewno podejdziemy do tego w odpowiedni sposób – przekonuje Termińska. Każdemu zależy na tym, żeby drużyna okazała się wystarczająco silna. Osoby zarządzające klubem nie mogą doprowadzić do sytuacji, w której Apator będzie zespołem za mocnym na pierwszą ligę, a jednocześnie za słabym na ekstraligę. – Wszystko zależy od zawodników oraz ich przygotowania do rozgrywek. Każdy z nas bardzo dobrze widzi, że sezon sezonowi nierówny, a forma okazuje się bardzo zmienna. Czasami trudno trafić, ale zrobimy co w naszej mocy, żeby się udało – stwierdza szefowa klubu z Grodu Kopernika.

Robić swoje jak najlepiej

Jakie będą założenia w toruńskim klubie po powrocie do elity? – Na pewno nie będziemy deklarować żadnych powrotów z wielkim przytupem, bo w przeszłości było tego zdecydowanie za dużo, a ostatecznie niewiele z tego wychodziło. Nie należy spodziewać się dream teamów i żyłowania oczekiwań. Naszym działaniom będzie przyświecał przede wszystkim spokój. Musimy zachować rozsądek i opanowanie. Spadek do pierwszej ligi nauczył nas pokory. Chciałabym, żebyśmy po prostu robili swoje i pokazywali, że potrafimy walczyć. Jeżeli zdołamy przełożyć to na awans do play-off i medal, to będzie fantastycznie, a jeżeli nie, to nikt nie będzie robił tragedii i rozpaczał. Trzymajmy się ekstraligi i bądźmy minimum w środku tabeli, żeby nasz ligowy byt nie był ponownie zagrożony. Uważam, że powinniśmy stopniowo przebijać się coraz wyżej. Zapewniam, że mamy stabilne fundamenty finansowe i organizacyjne, dlatego będziemy gotowi do jazdy w najwyższej klasie rozgrywkowej – wyjaśnia Termińska.

Zanim jednak „Anioły” ruszą na podbijanie ekstraligowego świata, muszą dokończyć sezon w eWinner 1. Lidze Żużlowej i ostatecznie potwierdzić awans. Podopiecznym Tomasza Bajerskiego zostały jeszcze dwa mecze, podczas których będą chcieli nawiązać do swojej skuteczności z początkowej fazy rozgrywek. Przy okazji najbliższego domowego spotkania z Unią Tarnów drużyna na pewno będzie zdecydowanym faworytem, jednakże później w Gnieźnie znowu może nie być jej tak łatwo o odniesienie zwycięstwa. Wszyscy sympatycy Apatora życzyliby sobie jednak, żeby zakończyć tegoroczne rozgrywki dobrym akcentem. Prawda jest taka, że zawodnicy nadal mogą walczyć o zwrócenie na siebie uwagi i podbudowanie swojej pozycji negocjacyjnej, więc stawka wydaje się wysoka. – Mam nadzieję, że to będą świetne mecze, które dostarczą sporo emocji. Jestem pewna, że nasi rywale będą chcieli pokazać się z jak najlepszej strony, żeby uprzykrzyć nam trochę życie – zapowiada Termińska.

Wiadomo, że w tym roku na zapleczu PGE Ekstraligi nie będzie fazy play-off, dlatego sezon ligowy w Grodzie Kopernika naprawdę dobiega końca. Dla torunian to na pewno całkiem niezłe rozwiązanie, bo decydujące mecze rządzą się swoimi prawami, a forma ostatnio chyba nie najwyższa, jednakże widowisko delikatnie na tym straci. Upragniony awans na pewno wywoła sporą radość w szeregach Apatora, ale ze względu na pandemię nie należy spodziewać się hucznego świętowania. – Kiedy wszystko rozstrzygniemy na torze, to będziemy cieszyć się skromnie we własnym gronie oraz wśród naszych kibiców na trybunach, a następnie zaczniemy myśleć o kolejnych wyzwaniach. Wszelkie pokazy i zgromadzenia będziemy musieli odłożyć na później – zakończyła prezes eWinner Apatora Toruń.

KAROL ŚLIWIŃSKI