lotto partner główny serwisu
pt. Sie 23, 2019

Głos Malickiego zamilkł na Olimpijskim

Andrzej Malicki, spiker (1982 – 2017). Spokojnie, to nie nekrolog, znany wrocławski mecenas, rocznik 51, żyje i ma się świetnie. Choć nie spikeruje od dwóch lat na wrocławskim Stadionie Olimpijskim, co czynił przez 35 lat. Dlaczego nie trzyma już sitka na murawie?  

– Być może w klubie było czasami o jednego Andrzeja za dużo, choć Krystyna Kloc czyniła niewątpliwie wiele, by takiego wrażenia nie odnieść – żartobliwie tłumaczy mec. Andrzej Malicki. A bardziej poważnie? – Cóż, właśnie wkraczam w wiek emerytalny, poza tym inne są dziś oczekiwania, a producentem widowiska pozostaje klub. Więc trzeba starzeć się z godnością – tłumaczy.

Malicki to bez wątpienia jeden z najbardziej wyrazistych spikerów w środowisku. Nieżyjący już Krzysztof Hołyński lubił podgrzewać atmosferę okrzykiem “dziewczyny piszczą”, wrocławski mecenas natomiast zwykł mawiać, że nie ma piękniejszego widoku niż “kobieta w tańcu, jacht pod żaglami, koń w galopie i żużel przy sztucznym świetle”. A trzeba pamiętać, że gdy powiedzenie to było na topie, na przełomie lat 80. i 90., jupitery we Wrocławiu rozpalano tylko od święta. A więc najczęściej raz w roku, przy okazji kończącej cykl rundy Złotego Kasku. – Red. Czekański mówił, że to powiedzenie dożynkowe, ale ja uważam, że rzeczy wartościowe należy pielęgnować, a to, co piękne, nigdy się nie nudzi – wyjaśnia Malicki, zapalony żeglarz, instruktor, sternik morski, a także wykładowca.

– Mikrofon przekazywał mi we Wrocławiu red. Maciej Bilewicz. Miałem też przyjemność zapowiadać z mistrzem i wspaniałym dziennikarzem radiowym Tadeuszem Osmędą, który charyzmą nawiązywał do Bohdana Tomaszewskiego. Jemu również nieobca była literatura, muzyka, sztuka, a także aktorstwo. Współpracowałem z Władysławem Pietrzakiem – honorowym prezesem CCP FIM, Januszem Pichlakiem, Adamem Jaźwieckim, Januszem Wróblem, Markiem Staniszewskim czy Tomkiem Lorkiem, a wiele się nauczyłem u boku Lucjana Korszka. No i jestem wdzięczny swoim wrocławskim współpracownikom: Czesławowi Janusiakowi oraz Ryszardowi Kręcigłowie – wylicza Malicki, nie zapominając też o wspomnianym Hołyńskim. – Nie ma go już wśród nas, ale z pewnością nadal jest piewcą żużla, gdzieś tam wysoko. Nieodżałowany Ryszard Nieścieruk powiedział kiedyś, że Malicki często odprawia msze, z kolei Hołyński komentuje niekiedy w sposób dożynkowy, ale ja myślę, że każdy był potrzebny i wzajemnie się uzupełnialiśmy – dodaje.

W 1985 roku to Malicki założył Towarzystwo Miłośników Sportu Motorowego Sparta, któremu też prezesował. – Zrobiliśmy to, by żużel we Wrocławiu nie upadł, gdyż Sparta, uznana wtedy za niewiarygodny podmiot prawa, nie mogła dokonywać żadnych transakcji. A poza tym stworzyliśmy też miejsce dla działaczy rajdowych oraz fachowców od bezpieczeństwa ruchu drogowego. No i byłem też w grupie ściągającej do klubu firmę Aspro i Macieja Marcinkowskiego. Awansowaliśmy do ekstraklasy, ściągnęliśmy takich zawodników jak Załuski, Baron i Śledź – przypomina. 

Najpiękniejsze przeżycie? – Kilka takich miałem. Na pewno pierwszy w historii turniej Grand Prix, w 1995 roku we Wrocławiu. Mjr Edward Tomków z Orkiestry Reprezentacyjnej Śląskiego Okręgu Wojskowego pytał mnie wówczas, ile razy będziemy grali hymn, na co mu odpowiedziałem, że najpewniej dwa: na początku oraz na końcu. I Tomek Gollob wygrał ten finałowy wyścig, choć dostał się doń z niewielką liczbą punktów. Nielsen i Rickardsson zajęli się sobą, a Tomek zrobił przycinkę i pognał po wygraną – opowiada mecenas. 

W pamięci przechowuje też Malicki jednodniowy wrocławski finał IMŚ z 1992 roku. – Wtedy po raz pierwszy zacząłem krzyczeć “fair play, okej”. I wtedy właśnie trzeba było ściągać z toru konia, który padł w tym upale. Złośliwi mówili, że padł, bo Malicki zaczął gadać – przypomina mecenas z dystansem do samego siebie. – W czasie tamtego finału zaliczyłem też chyba największą wtopę. Wydawało mi się, że zacząłem przeprowadzać na stadionie wywiad ze stojącym obok mnie Ole Olsenem, ale to był… niezwykle podobny do Duńczyka dziennikarz z Niemiec. Nie prostowałem tego jednak – zdradza po latach. 

Usłyszymy go jeszcze? – Nie wiem, ale nie mówię żegnajcie, tylko do usłyszenia i do zobaczenia. Bo ja żużel kocham, a jak uczyłem jeździć na rowerze moje córki Anię (dziś pani adwokat) i Agnieszkę (lekarz okulista), to też w lewo i nawet sąsiedzi się śmiali mówiąc “Andrzej, to nie żużel”. 

Byłoby miło… Dzięki, Mecenasie!

Wojciech Koerber

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.