Główny partner portalu

Żużel. Filip Sitera: Straciłem zdrowie, ale nie żałuję. Miałem 10 procent szans na przeżycie (WYWIAD)

fot. Jarosław Pabijan
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Na nagłówki tekstów na portalach internetowych czy branżowej prasy najczęściej trafiają ci zawodnicy, którzy mogą pochwalić się dużymi sukcesami. Tych sukcesów by jednak nie było, gdyby nie rywale, z którymi wygrywają. Wielu „średniaków” zanika z biegiem czasu w pamięci kibiców. Postanowiliśmy więc przypomnieć sylwetkę Czecha, Filipa Sitery, który zapowiadał się na dobrego żużlowca, a miłość do tego sportu ma we krwi. Dyscyplina ta zabrała mu zdrowie, ale – jak sam mówi – niczego nie żałuje. I cały czas kocha speedway i przy nim działa, a ostatnio jest mocno zaangażowany jest w pomoc Janowi Kvechowi. 

Filip, w Twoim przypadku można powiedzieć na żużel byłeś wręcz  skazany. Dziadek, Mirosłav Verner to jeden z najlepszych czechosłowackich zawodników. Sukcesy odnosili na torach też Twoi wujkowie – Jan oraz Vaclav.

Dokładnie tak. Można powiedzieć, że u nas wszystko kręciło się wokół żużla. Dziadek Miroslav po zakończeniu kariery był managerem reprezentacji Czech, a dodatkowo sprawował funkcję w FIM. Wiesz, jak z dziadkiem jeździłem na zawody to i miłość do tego sportu przeszła na mnie. Wujkowie Jan i Vaclav na początku kariery też byli obok mnie. Z Vaclavem miałem nawet okazję do wspólnych startów na torze, w sensie treningu. To było fantastyczne przeżycie. Te trzy osoby, męska strona naszej rodziny bardzo mi pomogły w tym, abym mógł jeździć na żużlu. 

Czym teraz się zajmujesz?

Można powiedzieć, że pełnię rolę menadżera reprezentacji Czech, jeśli chodzi o młodych chłopaków ścigających się na żużlu, długim torze czy próbujących swoich sił na lodzie. Pomagam im w sensie przekazywania doświadczeń czy pomocy w odpowiednim ustawianiu sprzętu. Od zeszłego roku, jak doskonale wiesz, bardzo blisko pracuję z Janem Kvechem. Można powiedzieć, że pełnię rolę jego menadżera. Zajmuję się kontraktami, poszukiwaniem sponsorów i oczywiście jestem obecny u niego w parkingu podczas zawodów.

Filip, dwukrotnie startowałeś w Indywidualnych Mistrzostwach Świata Juniorów. To największe Twoje indywidualne sukcesy na arenie międzynarodowej. Nie były to jednak udane dla Ciebie finały?

Zgadza się. Startowałem w finale w Ostrowie, gdzie ewidentnie się pogubiłem, jeśli chodzi o dopasowanie do toru, a u siebie w Pardubicach też mi nie wyszło. Byłem więc dwukrotnym finalistą mistrzostw świata juniorów, ale bez sukcesów. Wiesz, w żużlu to jest tak, że człowiek – jak w życiu – mądry jest po fakcie. Na pewno gdybym jechał jeszcze raz te finały wyglądałoby to inaczej. Chyba też trochę się „spaliłem”. Za bardzo chciałem, za szybko. Jak człowiek jest młody, to wszystko chce już. Z tym finałem w Pardubicach też było tak, że parę tygodni przed nim miałem kontuzję i za szybko po niej wróciłem, bo chciałem jechać półfinał IMŚJ w Prologu. Pojechałem, awansowałem, ale dawały się we znaki skutki kontuzji. W żużlu nie ma sensu wracać na tor, jak jest niewyleczona kontuzja, ale dla wielu z nas starty są ważniejsze. 

W 2006 roku podpisałeś kontrakt w polskiej lidze. Dość niespodziewanie trafiłeś do zespołu z Wrocławia…

Dostałem ofertę z Wrocławia, widocznie coś we mnie widziano i kontrakt podpisałem. Wiesz, to było o tyle dziwne wtedy, że to była jedyna oferta i to z tak renomowanego klubu. Do tego miałem blisko do domu. Same plusy. Lata we Wrocławiu, a było ich trzy wspominam bardzo dobrze. W 2006 zdobyliśmy złoty medal. Po Wrocławiu było Gniezno, z którego odszedłem bo klub awansował ligę wyżej i wiedziałem, że sobie nie poradzę. Na koniec swojej przygody w Polsce miałem umowę w Lublinie. Pojechałem tam dwa mecze i się skończyło, bo były problemy finansowe. 

Przejdźmy do tematów z kategorii trudnych i pokazujących żużel od mniej jasnej strony. W 2015 brałeś udział w wypadku który zakończył Twoją karierę.

To było w Libercu. Jechałem pierwszy i jadącego za mną zawodnika „pociągnęło” i wjechał we mnie. Ja z kolei wjechałem w bandę, ale w miejscu, gdzie już nie było bandy dmuchanej. To był koniec marzeń o żużlu. Dwa miesiące spędziłem w szpitalu, później dwa kolejne w centrum rehabilitacji, gdzie leczy się urazy kręgosłupa. Jestem wdzięczny wszystkim ludziom, którzy wtedy mi pomagali. Ja już nigdy nie wrócę do normalnego życia. Nie mam czucia w lewej nodze i nie mogę ruszać stopą. Do tego dochodzą bóle pleców, ponieważ zamiast złamanego kręgu mam kręg z tytanu. Z kolei prawa strona ciała, ta w której mam czucie, miała złamane biodro i miednicę. Także wesoło nie było, ale powiem ci, że cieszę się, że jest jak jest i optymistycznie patrzę na życie.

Rok wcześniej, o ile pamięć mnie nie myli, też miałeś groźny wypadek.

Tak. To było z kolei w Mseno. Praktycznie nic z tego wypadku nie pamiętam do dziś. Pięć dni byłem w śpiączce. Złamałem trzy żebra, miałem pęknięty staw barkowy. Do tego doszło rozdarcie wątroby i uszkodzona śledziona. Było tak źle, że miałem jednego wieczoru dwie operacje. Dwa razy dostałem po trzy litry krwi i helikopterem przetransportowano mnie do szpitala w Pradze na ostatnią operację. Teraz wiem, że ta Praga uratowała mi życie. Wyciągnęli mnie z „otchłani”. Przez pięć dni dawano mi dziesięć, maksymalnie piętnaście procent szans na przeżycie. 

Nie wypada nie zapytać czy nie żałujesz tego, że poszedłeś śladami dziadka i wujków. Wielkich sukcesów nie było w zamian dwie kontuzje zagrażające życiu

Szczerze odpowiem, że wiem, ile przeszedłem zdrowotnie i wiem, że nie będę już nigdy w pełni sprawny. Gdybym miał decydować jeszcze raz wybrałbym tę samą drogę. Mam dużo fajnych wspomnień i tego nikt mi nie zabierze. Był jeden mocno ciężki moment, do którego niechętnie wracam. To sytuacja, w której lekarze powiedzieli mi, że do końca życia będę poruszał się na wózku inwalidzkim. Bardzo ciężko było przyjąć to do siebie. Postanowiłem jednak o siebie zawalczyć i się udało. Poruszam się bez wózka. To tak naprawdę jedyne złe wspomnienie z uprawiania żużla. 

Zmieńmy wątek na sympatyczniejszy. Jako jeden z nielicznych czeskich zawodników byłeś na turniejach w Australii.

Tak. Nawet udało mi się to dwa razy. Oczywiście duży udział w moich wyjazdach miał stryj Vaclav, który znał Ivana Maugera. To tak naprawdę fajne wakacje połączone ze ściganiem się na żużlu. Australia to wspaniały kraj. Zakochałem się w niej i zamierzam tam wkrótce polecieć ze swoimi najbliższymi. Pamiętam że mocno zaskoczyło mnie wtedy że część torów miała… betonowe bandy.

Filip, czego można Ci życzyć?

Niczego. Ja wszystko mam. Żyję, nadal jestem obok żużla,  mam wspaniałą rodzinę, która niedługo się powiększy. Mieszkamy na wiosce parę kilometrów od miasta Mlada Boleslav. Powiedz sam, czego może chcieć więcej facet, który dwa razy w swoim życiu był na „zakręcie” i  z niego jakoś uszedł z życiem?

Dziękuje za rozmowę.

Dziękuje i pozdrawiam kibiców w Polsce.

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA

4 komentarze on Żużel. Filip Sitera: Straciłem zdrowie, ale nie żałuję. Miałem 10 procent szans na przeżycie (WYWIAD)
    R2R
    2 Nov 2020
     5:29pm

    Bardzo fajne podejście do życia. Zero pretensji do losu, facet pogodzony z rzeczywistością i potrafiący powstać po ciosach od życia.
    Do czegoś takiego trzeba mieć mego głowę.

    iksis
    2 Nov 2020
     5:48pm

    Te kombinezony żużlowe to jest jedno wielkie nieporozumienie. Przed niczym nie chronią. Po ich zewnętrznej stronie powinny być wszyte specjalne poduszki, które amortyzowałyby uderzenia o tor, w bandę czy w motocykl.

Skomentuj

4 komentarze on Żużel. Filip Sitera: Straciłem zdrowie, ale nie żałuję. Miałem 10 procent szans na przeżycie (WYWIAD)
    R2R
    2 Nov 2020
     5:29pm

    Bardzo fajne podejście do życia. Zero pretensji do losu, facet pogodzony z rzeczywistością i potrafiący powstać po ciosach od życia.
    Do czegoś takiego trzeba mieć mego głowę.

    iksis
    2 Nov 2020
     5:48pm

    Te kombinezony żużlowe to jest jedno wielkie nieporozumienie. Przed niczym nie chronią. Po ich zewnętrznej stronie powinny być wszyte specjalne poduszki, które amortyzowałyby uderzenia o tor, w bandę czy w motocykl.

Skomentuj