Żużel. Sajfutdinow: Chciałbym, by żużel stał się dla mnie trampoliną do sukcesu w innej dziedzinie życia (WYWIAD)

fot. Unia Leszno
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Baszkiria – oddalona od Polski o ponad 2500 kilometrów, barwna etnicznie kraina na terenie Rosji. Muzułmanie i prawosławni żyją tu w symbiozie i dobrej komitywie. W trzech niemal równych częściach tereny republiki zamieszkują Tatarzy, Baszkirzy i Rosjanie. Cerkwi jest niemal tyle, co meczetów. Ludność pasterska, z czasem przeniosła się do miast. To bogaty region, acz dla wybranych. Tutejszymi złożami ropy zawiadują obecnie rosyjscy oligarchowie. Potrawa – czak-czak. Bohater narodowy – Saławat Jułajew. Współczesny bohater kolebki radzieckiego wtedy żużla ze stolicą w Ufie – urodzony w Saławacie Emil Sajfutdinow. Co wyrwany z korzeniami z rodzinnego domu nastolatek zapamiętał z dzieciństwa? Przekonajcie się…

Szesnastolatek rusza tysiące kilometrów od domu, do miejsca o którym nic nie wie, nie zna ludzi, ani kultury, także języka. To nie było łatwe zadanie?

To prawda. Jedziesz daleko. Nie masz rodziny, najbliższych, kolegów. Nagle poznajesz inny świat, dotąd ci obcy. No nie jest to łatwe ogólnie. W pierwszym momencie bardzo tęskniłem za domem i chciałem wrócić. Miałem jednak w sobie ogromną motywację, żeby pokazać się w polskim żużlu z najlepszej strony. Tutaj chciałem zbudować fundament pod przyszłą karierę. Zdawałem sobie więc sprawę, że muszę zapomnieć o tęsknocie, zebrać się w sobie i być zdeterminowanym. Skupiałem się na treningach i startach, na tym by jak najlepiej wypromować swoje nazwisko. To pozwalało rzadziej myśleć o domu. Cel minimum założony przed sezonem, czyli wejście do składu drużyny, udało mi się osiągnąć i tak moja kariera w Polsce ruszyła.

Zanim jednak zostałeś zauważony przez Andreasa Jonssona i pojawiłeś się w Polsce, to byłeś małym chłopcem w Baszkirii. Żywym srebrem, które gdy mama Tamara ostrzegała: „nie wchodź na drzewo, bo spadniesz” to właśnie tam ruszał i nabijał sobie guzy, czy raczej spokojnym, ułożonym, rozważnym młodzieńcem?

Zawsze miałem opinię poukładanego. Nawet jeszcze w Rosji, gdy pojechałem jako nastolatek do Togliatti. Miałem wtedy 12, może 13 lat. Mieszkałem bez rodziców i radziłem sobie. Dbałem o pranie, jedzenie, musiałem zwyczajnie być samodzielny. Rodzice we mnie wierzyli. Byli pewni, że potrafię to zrobić. Moja jazda za to nie była wówczas poukładana. Byłem szalony, wręcz dziki. Za bardzo chciałem. Bardzo szybko, pewnie zbyt szybko, chciałem koniecznie pokazać się z dobrej strony, stąd pewnie często wychodziło inaczej. 

Jak ważna dla Ciebie jest religia? W Baszkirii macie zderzenie kultur. Tatarzy, Rosjanie, rdzenni mieszkańcy – zatem i islam i prawosławie?

Ja jestem prawosławny, ale dla relacji ludzi między sobą, chyba religia nie ma znaczenia. Albo raczej wyznanie nie ma znaczenia. Potrafimy się przyjaźnić bez względu na różnice religijne. Myślę, że Bóg jest jeden, tylko każdy inaczej do Niego podchodzi i może inaczej nazywa. Polak, Rosjanin, Tatar, czy Muzułmanin – każdy ma swoje zasady i wierzy po swojemu, ale Bóg wciąż jest jeden. Bez znaczenia jak to okazujesz. Ważne byś miał go w sercu. 

fot. Jędrzej Zawierucha

W Polsce najważniejszym świętem jest Boże Narodzenie. Dzieci czekają na Mikołaja i prezenty. Jak to jest u prawosławnych?

U nas takim rodzinnym świętem jest Nowy Rok. Wtedy spotykamy się w gronie najbliższych, mamy dla siebie czas, nie myślimy o zmartwieniach i pracy. To moment wyciszenia, spotkań i rodzinnego ciepła. Boże Narodzenie jest później i także spędzamy je w domach.

Które bajki pamiętasz z dzieciństwa? Wilk i zając numerem jeden?

To też oglądałem. Ale co jeszcze? Bremeńskie Muzykanty – to jeszcze było i bardzo mi się podobało. Nie. Jednak Wilk i Zając najczęściej. Ona była najpopularniejsza. Za bardzo też nie było gdzie oglądać. Mieliśmy telewizor, ale tylko trzy kanały. Nie jak teraz, w epoce YouTube, że możesz oglądać co chcesz i kiedy chcesz. Większość czasu spędzałem jednak na dworze i bawiłem się w… żużel.

No właśnie. To jak było z tym żużlem? Dziadek próbował. Ojciec próbował, to Emil i Denis też musieli?

No nie. Ogólnie to ojciec trochę jeździł na crossie. Spróbował na lodzie. Dziadek za to był trenerem zapaśników greko-rzymskich (styl klasyczny – dop.red.). I tata też był zapaśnikiem. Starszy brat Denis jeździł na crossie, po czym przeniósł się na żużel. Mieszkaliśmy naprzeciwko stadionu i wszystko działo się tam na moich oczach. Bardzo wcześnie wiedziałem, że chcę zostać żużlowcem. Dźwięki, ten zarażający zapach, który kiedyś był. Od dziecka chciałem startować. 

A potem przyjechał Andreas Jonsson i o mały figiel przegrałby z młodym Emilem?

No akurat wtedy nie przegrał. Wówczas tylko przez dwa okrążenia prowadziłem. Ze stresu i niedoświadczenia popełniałem błędy i zakończyłem ten bieg upadkiem. To był koniec października 2005. Mecz we Władywostoku. W nocy spadł śnieg. Wszystko zamarzło. Można powiedzieć, że prawie jechaliśmy na lodzie. Wewnętrzne pola to był lód. Tylko trzecie i czwarte wyglądały w miarę ok. Akurat miałem czwarty tor, z którego wszyscy wcześniej wygrywali. Wykorzystałem to, zaś Andreas jechał z pierwszego, z lodu. Prowadziłem przez dwa okrążenia, ale na trzecim się przewróciłem. Miałem wtedy propozycje z Polski, chyba z drugoligowych klubów, nie pamiętam. Mnie jednak już wtedy interesował tylko najwyższy poziom, żeby się szkolić i nie tracić czasu. Tak trafiłem do Bydgoszczy. 

Emil Sajfutdinow fot. Paweł Prochowski

Wspomniałeś o charakterystycznym zapachu, który dobiegał ze stadionu. A jakieś inne zapachy dzieciństwa pamiętasz?

Czak-czak. Pamiętam też, że uwielbiałem pierogi mamy Tamary. Jeczpoczmak. Ciasto, nadzienie mięsne i bulion którym to się popija. Jesz i popijasz. Piękne wspomnienie wywołałeś. Akurat pierogi często goszczą w naszej kuchni. Z żoną gotujemy je dla syna, bo także bardzo lubi. Mama nie może teraz przez pandemię przylecieć, to musimy sobie radzić sami i chyba dobrze nam to wychodzi. 

Od kilku ładnych lat jesteś obywatelem Polski, ale nadal startujesz w barwach Rosji, żona także z pochodzenia jest Rosjanką – tych korzeni nie można się wyrzec?

 – Mieszkam w Polsce, tu zarabiam i rozliczam podatki, więc obywatelstwo było czymś naturalnym, a przy okazji ułatwiło wykonywanie zawodu żużlowca. Nie musiałem troszczyć się chociażby o wizy, żeby swobodnie się przemieszczać. Nigdy jednak nie myślałem żeby wystąpić w Polskiej kadrze. Macie tu dużo dobrych zawodników. Nie śmiałbym zająć komuś miejsca. Do dziś nie mam takich myśli. Chciałbym bardzo, żeby w przyszłości, moje doświadczenia, które zdobywam w Polsce, mój dorobek w dyscyplinie i nagrody, które tu zarabiam miały przełożenie na adeptów w Rosji. Marzy mi się inwestycja w szkolenie następców. Na tę chwilę nie mogę polecieć do domu, porozmawiać z ludźmi, dobrze sprzedać tego projektu, czy produktu, ale wierzę że przyjdzie taki moment. Chciałbym pokazać młodym chłopakom dobrą ścieżkę, właściwą drogę żeby mogli w przyszłości osiągnąć może nawet więcej niż ja.

Pytanie tylko, czy liga w Rosji wytrzyma?

(westchnienie) Mam nadzieję, że wytrzyma. Wszystko jest możliwe. Tym bardziej teraz, z Covidem. Gospodarka mocno się z nim boryka i nie wiem jak to będzie z rosyjskimi klubami, czy ktoś zechce je nadal utrzymywać. Ten sezon przejechali i chyba nikt nie narzekał. Liczę, że mimo iż w kolejnym nie będzie łatwiej, to przynajmniej nie będzie gorzej. 

Wróćmy na chwilę do Twoich początków u nas. Jedziesz tysiące kilometrów do dzikiego kraju nad Wisłą. Co wiedziałeś o Polsce, jakie miałeś wyobrażenie?

Wtedy nie miałem żadnego wyobrażenia o tym dokąd jadę. Byłem nakręcony na wynik i postępy. Wiedziałem, że muszę się przebić, osiągnąć sukces, a Polska była najlepszym miejscem. Byłem nakręcony i zdeterminowany. Nie znałem ludzi, języka. Nie miałem początkowo znajomych, ale to nie miało znaczenia. To był marzec. Przed sezonem. W głowie miałem tylko jedną myśl. Pokazać się. Pokazać na co mnie stać i przebić się do składu. Początki były niezmiernie trudne. Stres, niepewność siebie, tęsknota. Często treningi kończyłem upadkami, pogięte ramy. Potem sam musiałem o nie zadbać. Wtedy pojawił się przy mnie pan Bogdan Sawarski z firmy „Prosiaczek”, który jest ze mną do dzisiaj. On mi bardzo pomógł. Zadbał, bym mógł zająć się tylko nauką tego sportu. By nic nie zaprzątało mi głowy. Szybko też musiałem nauczyć się języka. Na początku znałem tylko cześć, dziękuję i do widzenia. Miałem ze sobą słownik, a w klubie wszyscy mówili po polsku i całe szczęście, bo to pomogło w nauce. Przez rok mieszkałem na stadionie w pokoiku klubowym. Pamiętam, że pewnego razu wszystko zostało zamknięte na trzy dni. Było jakieś święto. Tylko mnie nikt nie uprzedził. Skakałem przez płot do najbliższej Żabki żeby kupić coś do jedzenia. W telewizji miałem też tylko trzy kanały, jak kiedyś w domu, tylko tu wszystkie po polsku. Musiałem sobie  radzić, zatem dawałem radę. Nie było internetu, więc nie wiem jak spędzałem czas. Ten okres „telewizyjny” też mi pomógł w szybszej nauce polskiego, ale nie był to wesoły czas. Potem mocno namawiałem Bogdana Sawarskiego na współpracę z Tomkiem (Suskiewiczem – dop.red.). To nie był tani mechanik. Wcześniej pracował u Rickardssona. A ja jeszcze nikomu nieznany zawodnik. Przekonywałem jednak, że potrzebuję kogoś, kto mi nie tylko pomoże, ale pokieruje moją karierą. Tłumaczyłem, że dobry mechanik jest mi niezbędny, by przeskoczyć szczebel wyżej. Byłem chyba przekonujący, bo nawiązaliśmy współpracę. Tomek mieszkał wtedy ze swoją dziewczyną, obecną żoną i oboje przygarnęli mnie do swojego mieszkania. Poczułem się bardziej swojsko. To już był fajny czas i sportowo od razu też nastąpiła poprawa. Dwa razy mistrzostwo świata juniorów rok po roku, to były pierwsze sukcesy międzynarodowe, owoce tej współpracy. Przyszło też zaproszenie na Grand Prix. Zaczęły się pracowite lata. Upadałem i podnosiłem się wielokrotnie. Przeżyłem w żużlu chyba wszystko.

Ale coś do osiągnięcia zostało, masz jeszcze motywację?

Zdecydowanie tak. Sporo przede mną. Wierzę, że będę miał zdrowie i siły by podołać i spełnić sportowe marzenia. 

Brakuje trochę wisienki na torcie czyli złota IMŚ…

Tak, tak. Byłoby pierwsze dla mnie i dla Rosji. Bywało blisko, jednak zawsze coś przeszkadzało. Staram się jednak o tym nie myśleć, nie winić losu, tylko przygotować się na kolejny rok i znowu powalczyć. Chcę osiągnąć ten cel. Najważniejsze żeby zdrowie dopisywało i ten łut szczęścia, którego chyba brakowało.

Przekonałeś się wielokrotnie jak boli powrót na motocykl po kontuzji. Nie ma obaw, może bardziej kalkulujesz?

Na pewno jestem mądrzejszy na torze jak za młodzieńczych lat. Na pewno więcej myślę i przewiduję. Tylko to jest żużel. Bywa, że musisz zaryzykować, nie uciekniesz przed tym. Motocykl nie ma hamulców, a jeśli chcesz być najlepszym, musisz ryzykować. Szczególnie kiedy nie masz ustawionego idealnie sprzętu, nie możesz wycisnąć ile potrzeba, wtedy jeszcze bardziej stawiasz wszystko na ostrzu. Starasz się wyciągnąć jak najwięcej. Doświadczeniem, umiejętnościami i właśnie ryzykiem. O bólu wtedy nie myślisz. Skupiasz się na walce, właściwym ustawieniu motocykla, kolejnym wyścigu. Nie ma miejsca na obawy, czy strach.

Twierdzisz, że w trakcie sezonu nie masz wolnego czasu, a jednocześnie ukończyłeś studia, do tego ekonomiczne, nie sportowe czy pokrewne. Jakim cudem? Dla mnie to fenomen.

Powiem tak. Nie ślęczałem nad książkami za bardzo, bo rzeczywiście czasu nie było wiele. Pojechałem jednak przygotowany na egzamin końcowy, który musiałem zdać i… zrobiłem to. Bardzo się cieszę z tego powodu. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w tej branży pracował, ale dokument mam. Prawo, że jak umiesz liczyć, to licz na siebie, też znam od strony praktycznej. To zawsze tak jest. Będąc zawodowym sportowcem nie było zbyt wiele czasu na szkołę. Wyjazdy, treningi, zgrupowania, mecze. W pewnym  momencie życia musiałem na coś postawić. Powiedzieć sobie – umiesz pisać, umiesz liczyć, teraz czas nauczyć się czegoś nowego. Trafiło na żużel, na sport. Czułem, że chemia, czy fizyka zbytnio mi się nie przydadzą w życiu, ale uczyłem się, można powiedzieć, dobrze. Nie była to może ekskluzywna, renomowana szkoła, tam w Rosji. Bardziej na obrzeżach miasta, ale dawałem radę. Rodzice też szczególnie nie naciskali na wyniki w nauce. Wierzyli, że poradzę sobie w sporcie. I wiedzieli ile taki sukces kosztuje. 

Jakie są marzenia Emila Sajfutdinowa poza sportem?

W obecnym czasie moim marzeniem jest, żebyśmy wszyscy byli zdrowi. Żona, syn, mama, koledzy, kibice – wszyscy, wszyscy żeby byli zdrowi. To najważniejsze obecnie. Myślę też o tym, żeby poukładać sobie życie poza sportem. Bardziej biznesowe. Chciałbym, by żużel był trampoliną do sukcesu w innej dziedzinie. Wiadomo, że wiecznie startował nie będę, a sport wiele mnie nauczył i mocno doświadczył zarazem. Chciałbym to umieć przekuć w sukces po zakończeniu kariery. Żeby nie kończyć przygody z żużlem i zastanawiać się co dalej, tylko mieć pomysł i przygotowany grunt. 

Emil, z okazji niedawnych urodzin, życzę Ci spełnienia marzeń i tej brakującej wisienki na torcie, w postaci tytułu IMŚ.

Bardzo dziękuję i obiecuję, że będziemy walczyć i starać się. Chciałbym też pozdrowić wszystkich kibiców. Dbajcie o siebie, przestrzegajcie zasad, żeby Covid nas jak najszybciej opuścił. Żebyśmy mogli spotykać się w takim samym gronie jak zawsze. Dziękuję też za wsparcie zarówno na stadionach jak też w internecie. To bardzo miłe i motywujące. 

Rozmawiał PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI

7 komentarzy on Żużel. Sajfutdinow: Chciałbym, by żużel stał się dla mnie trampoliną do sukcesu w innej dziedzinie życia (WYWIAD)
    szejk waniliowy
    31 Oct 2020
     9:25am

    Ale numer z szejkiem z…Izraela i tak był najlepszy 🙂

      Amanda
      31 Oct 2020
       11:45am

      Cha cha cha, że też dorośli ludzie, menadżer i zawodnik, uwierzyli w jakiegoś szejka z bańką dolarów, cha cha cha.

    Motor King
    31 Oct 2020
     3:05pm

    Tak się stanie jeśli trafisz do Wielkiego Motoru w którym każdy chce być i w którym kariery nabierają takiego tempa że aż strach.Pod okiem naszego mistrza prezesa Kempy zostaniesz mistrzem świata.Zapraszamy do klubu o wielkich tradycjach.

    iksis
    1 Nov 2020
     7:54am

    Świetny wywiad. Baszkiria to ważna kraina w żużlowym świecie. Niestety speedway upada coraz niżej. Brakuje wizjonerów, którzy tworzyliby żużel masowy (proste regulaminy, niskie koszty, nowe kluby) a nie elitarny (te wszystkie ekstraligi, grand prix, supertunerzy, superregulaminy, najemnicy zamiast wychowanków). Powinno się na przykład wyszukiwać stare stadiony w różnych miastach w celu zbudowania w ich miejsce obiektów żużlowych. Niestety kasa w żużlu zamiast na inwestycje idzie na konsumpcję i skutki mamy takie, że w 2000 roku były 23 kluby w Polsce a dzisiaj mamy ich 20. Speedway zamiast zajmować nowe tereny traci stare.

Skomentuj

7 komentarzy on Żużel. Sajfutdinow: Chciałbym, by żużel stał się dla mnie trampoliną do sukcesu w innej dziedzinie życia (WYWIAD)
    szejk waniliowy
    31 Oct 2020
     9:25am

    Ale numer z szejkiem z…Izraela i tak był najlepszy 🙂

      Amanda
      31 Oct 2020
       11:45am

      Cha cha cha, że też dorośli ludzie, menadżer i zawodnik, uwierzyli w jakiegoś szejka z bańką dolarów, cha cha cha.

    Motor King
    31 Oct 2020
     3:05pm

    Tak się stanie jeśli trafisz do Wielkiego Motoru w którym każdy chce być i w którym kariery nabierają takiego tempa że aż strach.Pod okiem naszego mistrza prezesa Kempy zostaniesz mistrzem świata.Zapraszamy do klubu o wielkich tradycjach.

    iksis
    1 Nov 2020
     7:54am

    Świetny wywiad. Baszkiria to ważna kraina w żużlowym świecie. Niestety speedway upada coraz niżej. Brakuje wizjonerów, którzy tworzyliby żużel masowy (proste regulaminy, niskie koszty, nowe kluby) a nie elitarny (te wszystkie ekstraligi, grand prix, supertunerzy, superregulaminy, najemnicy zamiast wychowanków). Powinno się na przykład wyszukiwać stare stadiony w różnych miastach w celu zbudowania w ich miejsce obiektów żużlowych. Niestety kasa w żużlu zamiast na inwestycje idzie na konsumpcję i skutki mamy takie, że w 2000 roku były 23 kluby w Polsce a dzisiaj mamy ich 20. Speedway zamiast zajmować nowe tereny traci stare.

Skomentuj