Bartosz Smektała kolekcja
lotto partner główny serwisu
betard
pon. Sty 20, 2020
wlodzimierz-luczak-wykonczenia-wnetrz
Polcopper

Nicki Pedersen (na zdjęciu w karambolu z Wiesławem Jagusiem) potrafił w ostatniej rundzie GP wyrwać złoto Jasonowi Crumpowi. FOT. JAROSŁAW PABIJAN

O pomyśle powiększenia lig słów kilka

Głośny jest znów temat powiększenia ekstraligi do dziesięciu zespołów. I bardzo dobrze. Czas najwyższy, żeby temat wybrzmiał mocno, zdecydowanie i był odpowiednio rozwałkowany. Fajnie się o tym czyta w sezonie ogórkowym, gdy nie ma jeszcze możliwości analizowania wszystkich meczów z każdej możliwej strony. Gdy tylko ryk motocykli staje się donioślejszy, temat znika aż do dnia, w którym znów nic się nie dzieje, bo transfery już podopinane.

Oczywiście, że jestem za powiększeniem ekstraligi. Mało tego, jestem również za powiększeniem jej zaplecza. Tym samym dziwny twór zwany trzecim poziomem rozgrywek odchodzi do lamusa i więcej nie musimy już słyszeć doniesień o stu kibicach na rozlatujących się trybunach i bankrutujących klubach w środku rozgrywek.

Powiększenie obu lig to praktycznie same korzyści. Przede wszystkim kibice zobaczą więcej meczów, a zawodnicy więcej meczów odjadą. Sytuacja, w której niektóre kluby na swoim stadionie rozgrywają raptem cztery spotkania, po czym kończą sezon, jest więcej niż niedorzeczna. W obecnym sezonie pierwszej ligi zespół znajdujący się poza play-offami na swoim terenie pojedzie sześć razy. Dodając do tego irracjonalną w swej istocie miesięczną przerwę wakacyjną, kibice zdecydowanie częściej za żużlem tęsknią niż go oglądają. W związku z powyższym kluby muszą mieć okazję do intensywniejszej jazdy. W sukurs tej tezie przychodzi jeszcze jeden argument, który przytoczył niedawno trener gorzowian, Stanisław Chomski. Otóż rzeczywiście nie może być tak, że samorządy pompują pieniądze w nowoczesną infrastrukturę stadionową tylko po to, by w najlepszym wypadku odwiedzano ją sześć razy. Nie kupuję za to kontrargumentu o czasowym obniżeniu poziomu sportowego. Jak niby mielibyśmy to zmierzyć, skoro od lat jesteśmy ligowym hegemonem w świecie i wszyscy najlepsi i tak u nas jeżdżą?

Kolejnym argumentem za jest większa liczba zawodników, która będzie mogła się wykazać w walce z najlepszymi. Od lat narzekamy na brak dopływu świeżej krwi wśród rodzimych juniorów. Teraz dodatkowo, po latach kryzysu, odradzają nam się Anglosasi z Wielkiej Brytanii i Australii. I oni będą jeździli w Ekstralidze bez względu na to, czy będzie ona ośmio- czy dziesięciozespołowa. Bo są po prostu odpowiednio dobrzy. W tej sytuacji tworzy się dodatkowe miejsce dla młodych Polaków, którzy mogliby być objeżdżani w tych właśnie klubach, które nie mają jeszcze zbyt wygórowanych ambicji i jednocześnie nie groziłby im spadek. Mogliby być również wypożyczani ligę niżej, do ośrodków gdzie nie byłoby tak wielkiej presji na awans i spadek, ponieważ byłaby ona zamknięta.

Tak, wszyscy piszą o ekstralidze jako o żużlowej NBA, tymczasem moim zdaniem należało by rozważyć taki wariant w Nice 1. Lidze Żużlowej, właśnie z uwagi na szkolenie żużlowców. Drużyny słabsze, które niekoniecznie mogłyby zaoferować swoim zawodnikom kontrakty na poziomie play-off, mogłyby spokojnie objeżdżać juniorów i oddawać ich lepszym, oczywiście za odpowiedni ekwiwalent. Przeciwnikom tego typu sztucznych rozwiązań poddaję pod analizę przykład Lokomotivu Daugavpils, który już dwukrotnie powinien był awansować do Ekstraligi, a jednak właśnie wskutek procedur nie został do niej dopuszczony. Mimo to co roku staje do pierwszoligowej rywalizacji i od czasu do czasu „wyprodukuje” żużlowca klasy Andrzeja Lebediewa czy przywróci do żywych, jak Fredrika Lindgrena.

W kwestii spadków i awansów pomiędzy ligami jestem zwolennikiem status quo, czyli automatycznej roszady jednego zespołu plus baraż, właśnie z uwagi na mniejszą presję związaną z potencjalnym spadkiem z ekstraligi. Tym samym do wyższej ligi awansuje drużyna, która faktycznie prezentuje odpowiedni poziom sportowy i infrastrukturalny. Nie będzie też zbyt dużego ryzyka tegoż mitycznego obniżenia poziomu sportowego. Jeśli natomiast druga drużyna z Nice 1. Ligi Żużlowej będzie wystarczająco dobra, to powinna przebić szklany sufit i wreszcie do Ekstraligi awansować.

Tutaj płynnie przechodzimy do nieuchronnego „…ALE”. (Ale) nie ma gdzie jeździć oraz (ale) nie ma za co jeździć. Sprawy infrastrukturalne to wypadkowa paru czynników. Najważniejszym jest wsparcie lokalnego magistratu. To oczywiście zależy od jego zasobności i chęci promocji poprzez sport żużlowy. Praktycznie każdy z zespołów ekstraligowych ma już w tej chwili porządny stadion. Do remontu są w zasadzie tylko obiekty Motoru oraz Unii Leszno. Na zapleczu infrastrukturą z ekstraligi pochwalić się mogą Rybnik oraz Łódź ze swoją nowiutką perełką. Reszta rzeczywiście odstaje, ale w razie sportowego awansu mógłby obowiązywać roczny okres przejściowy na modłę piłkarskiej Ekstraklasy. Kluby miałyby tym samym czas na przystosowanie się do warunków najlepszej ligi świata.

Co do drugiego „…ALE” to tak się ostatnio dziwnie składa, że jeżeli drużyna zapuka tylko do elity, to natychmiast znajdują się odpowiednie środki. Przypadek lubelski, gdzie przez długi czas były pieniądze, tylko nie było jak ich wydać, jest tu aż nazbyt widoczny. Osiemset tysięcy za podpis i osiem tysięcy za punkt leżały i czekały na szczęśliwego nabywcę. W zasadzie w ekstralidze każdy z zespołów ma hojnego mecenasa w postaci miasta, które dotuje swoje sportowe wizytówki milionami złotych. Powiększenie ligi może również orzeźwiająco podziałać na prezesów klubów. Od razu bowiem słychać argument, że za większą liczbę meczów (czyli również liczbę zdobytych punktów) trzeba będzie zawodnikowi więcej zapłacić. Otóż nie, można mu zapłacić dokładnie tyle samo, a on z pocałowaniem ręki taki kontrakt podpisze. Nie będzie miał innego wyjścia, jeżeli tylko rozsądek całego prezesowskiego środowiska weźmie górę. A jeśli nie, to będzie tak jak było. Fikcyjne umowy, pieniądze od sponsorów i kasa pod stołem. Kogo stać, zapłaci tych parę gorszy więcej. Trudno…

Sytuacja jest oczywiście o wiele bardziej zróżnicowana na ekstraligowym zapleczu. Miasto Rybnik nie skąpi środków, podobnie sytuacja ma się w Łodzi. W miejscach takich jak Piła, Kraków czy (do niedawna) Bydgoszcz było z tym oczywiście o wiele gorzej. Tutaj jednak, zamykając ligę, działacze unikają finansowego wyścigu szczurów w celu uniknięcia degradacji i mogą spokojnie miejskie pieniądze przeznaczać również na infrastrukturę. I dopiero wtedy – za łódzkim przykładem – starać się o awans.

Na koniec jeszcze dwie sprawy. Pierwsza – KSM. Pokutuje pogląd, że powrót do niego „w jakiejś innej formie niż ostatnio” jest nieodzowną składową rozszerzenia ligi. Kategorycznie się z tym nie zgadzam. Było już wielokrotnie udowadniane na poziomie statystyk, że KSM bardzo niewiele zmienia w pozycji poszczególnych klubów. Dodatkowo mamy dowody w postaci przedostatniego miejsca dream teamu z Leszna w 2016 roku oraz, de facto, sportowy spadek bogaczy z Torunia rok później. Nie komplikujmy sobie życia i zdajmy się na sport.

Wobec powyższych argumentów, pytanie brzmi więc nie „czy” tylko „kiedy”? Prezes Termiński z Torunia twierdzi, że nie wcześniej niż za cztery lata, bo telewizja. Przykład pierwszej ligi pokazuje jednak, że można się dogadać, jeśli wszyscy są zainteresowani współpracą. Miało być bowiem osiem drużyn, a jest jedna mniej. I finalnie pokazywać to będzie nie jedna stacja, a dwie. W ekstralidze, realnie myśląc, można by tę rewolucję przy dobrych wiatrach przeprowadzić już za dwa sezony. Tort do podziału trochę mniejszy, ale za to ile frajdy. Chyba że nadal chcemy narzekać, że jest krótko, dość przewidywalnie i nie ma komu jeździć. A przecież nie chcemy, prawda?

MATEUSZ ŚLĘCZKA